Marzyciel (Reymont)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Józio, nie słuchając więcej, poleciał do domu i, przebrawszy się w długie buty i kożuszek, odezwał się do zdziwionej Frani:
— Jadę na linję, wrócę może dopiero nad ranem.
Rzuciła mu się na szyję, z żałosną skargą:
— Znowu będę sama!
— Już ci się sprzykrzyło! Muszę jechać do zasypanego pociągu, muszę…
— I boję się, bo ta gruba zdołu zrobiła mi straszną awanturę.
— Tutaj w mieszkaniu?
— Nie, ale spotkała mnie na schodach i tak mi nawymyślała, że wstyd powtarzać. Nie daruję tej torbie… i jak mnie jeszcze raz zaczepi, to jej wlezę na pysk! Nie dam się krzywdzić takiej małpie! Wiem, o co jej chodzi, ona zazdrosna o pana!
— Masz, babo, kaftan! — jeszcze tego brakowało.
— Naprawdę, ona ma apetyt na pana.
— Zrzuć ją ze schodów, to się nieco utemperuje!
— Już ona mnie popamięta! Wielka mi pani! służyła za bonę u zawiadowcy, a teraz zadziera nosa, jak jaka naczelnikowa. Flejtuch jeden, aż śmierdzi z brudu, kiecki ma z farfoclami, a będzie mną pomiatała! Maszyniścina, figura, nie przystępuj bez kija! Ja też sroce z pod ogona nie wypadłam! Upasła się na mężowskim chlebie, jak maciora, to swędzi ją kałdun i chciałaby poromansować!
Wykrzykiwała bezładnie a coraz zacieklej.
Ucałował ją, uspokoił, jak mógł, i jeszcze ze schodów zawołał:
— Tylko nie rób hecy, to w sobotę pojedziemy na bibę do Mikada.
— Co? Naprawdę? — wołała, radośnie wybiegając za nim.
Ale już poleciał i, jakby nie spostrzegając pani Zofji, czyhającej w uchylonych drzwiach, wypadł śpiesznie na drogę i, przekopawszy się przez zaspy do peronu, skoczył na maszynę, oczekującą już tylko na niego; druga, z brankardem, pełnym żywności, zapasowych łopat i ludzi, miała wyruszyć w jej ślady.
— Jazda, panowie! — zawołał, witając się z mechanikami.
Maszyna poderwała się z miejsca, jak ptak, i całą siłą pary runęła w zawieję: z pod kół trysnęły śnieżne fontanny i podniósł się skłębiony tuman. Popędzili z przeszywającym świstem, rozbijając w puch wszystkie zaspy i groble, ale zaraz za stacją zwalił się na nich huragan całem stadem wichrów, porwał ich tysiącami rozszalałych szponów i rzucił w przerażający wir, jakby na samo dno burzy, w chaos konwulsyjnych miotów, szamotań, wrzaskliwych jęków. Co chwila, niby tarany, biły w nich potwornie wzdęte kłębowiska; co chwila podnosiły się ze wszystkich stron zwichrzone, groźne tabuny białawych fal, zalewając ich sypkim, lodowatym wrzątkiem, co chwila uderzały wichry, wyżerały oczy, smagały po twarzach, zapierały oddech, szamotały się z maszyną i goniły ją z rozwścieklonym skowytem, ale stalowy potwór pędził niepowstrzymanie, błyskał krwawemi ślepiami latarń, toczył śnieżną pianę z kół i tłoków, i z krótkim, głuchym warkotem leciał, jak kula, skróś zamieci wyjącej, niby stado głodnych wilków, skróś skłębionych śnieżyc i skróś szaleństwa, przewalającego się z dzikim rykiem po świecie.
— Zdrowo sypiemy, co? — krzyknął Józiowi maszynista.
Wichura wepchnęła mu odpowiedź do gardła — zakrztusił się tylko i siedział skulony na tendrze, brodząc niespokojnemi oczami po skołtunionej rozwiei. Pomocnik maszynisty co pewien czas otwierał szybry pieca i walił węgle w ognistą paszczę, buchającą krwawemi brzaskami, że, niby w łunie krateru, migotały nad plantem jakieś chałupy, zasypane po dachy, i jakieś drzewa, szarpiące się rozpaczliwie, ale skoro szczęknęły zatrzaskiwane szybry, wszystko przepadało, jak majaczenia — i znowu lecieli przez szarawą, nieskończoną noc, przez skołtunione przestrzenie, gwałtownie uciekające wtył, i przez wzburzone do dna morze śniegów, szumiących spiętrzonemi falami, że już nie było nieba ni ziemi, a tylko szarawy wał, kotłujący się z wyciem, jakby w niezgłębionej otchłani wulkanu.
Maszyna jęczała coraz ciężej, i mgławiej już połyskiwały krwawe ślepia latarń, chrypnął nieustanny świst, a niekiedy koła zgrzytały jakby po piasku, dygotały żelazne ściany i spracowane tłoki piszczały żałośnie, tylko maszynista, jakby odlany ze spiżu, siedział nieruchomo z ręką na korbie, wpatrzony w nieprzeniknioną dal, spokojny i czujny, baczący na manometr i na każdy zakręt drogi, na każdy jej spadek i wzniesienie, wciąż pędził całą siłą pary, a tylko niekiedy zwalniał bieg, jakby zbierając siły, i rzucał się gwałtownie na większe zaspy, leżące wpoprzek szyn, rozdzierał je aż do dna, tratował na śmierć i uciekał jakby przed wściekłością burzy, miotającej się z coraz większem szaleństwem.
— Psiakrew, możemy się wsypać do rowu! — zawołał w jakiemś miejscu, gdy maszyna uderzała już, jak taranem, w puszyste zwały śniegów, przekopując się z niezmiernym wysiłkiem przez jakiś przekop, zasypany po wręby. Gdzieś z oddali przedarł się długi, przeciągły świst maszyny, idącej za nimi, ale niepodobna było nic dojrzeć, a świsty zrywały się krótkie, nawołujące, rozpaczliwe i milkły, zgłuszone rykiem burzy.
— Jeżeli Soczek uwiązł, to postoi do rana! — krzyknął maszynista i, przedarłszy się z przekopu na wysoki nasyp, popędził całą siłą, przeleciał, jak grzmot, długi, okratowany most i zwolnił dopiero pod lasami, gdzie wprawdzie wicher był znacznie mniejszy, ale śniegi leżały grubszą, puszystszą warstwą i jeszcze bardziej kurzyło.
— Wleczemy się, jak ze smołą! — jęknął zrozpaczony Józio.
— Na pieszo będzie pan prędzej. Nie zatrzymuję.
Nie odrzekł, uczepił się jakiegoś słupka i wypatrywał gorączkowo w ciemnościach, bo wciąż mu się zdawało, że gdzieś w śnieżnych tumanach majaczeją fiołkowe oczy i białe, wyciągnięte ręce, a niski, śpiewny głos woła z odmętów:
— Ratuj mnie! Ratuj!
Po tysiąc razy wychylał się z maszyny, aby skoczyć w zamieć, ale ironiczne spojrzenia maszynisty przywracały go do przytomności.
Dopadli wreszcie lasów. Długi, zasypany przekop zabielił się spienionemi grzywami, maszyna potoczyła się wolniej i z coraz większą ostrożnością, świsty darły się w krótkich, ostrzegawczych skowytach, gdyż przez kurzawę jęły przebłyskiwać łuny ognisk, a niekiedy wiatr przynosił jakby echa krzyków i nawoływań.
Orkan huczał górą i przewalał się po wierzchołkach drzew, a bory wyły rozsrożoną pieśń walki, miotały się gwałtownie, bite przez huragan, gięły prawie do ziemi, siekąc gałęziami z poświstem, i wstawały rozprężone, groźne, podobne w tumanach do olbrzymich, rozkołysanych cieniów. Niekiedy runął jakby grzmot. To jakiś olbrzym walił się strzaskany, niekiedy przelatywały nad maszyną oderwane gałęzie, a chwilami, gdy ustawał wrzask wichury, lasy huczały głuchym, posępnym bełkotem, napełniając noc gędźbą jękliwą, jakoby skargą konających drzew, żałosnym lamentem zniszczenia, zgrozy i śmierci.
Dojeżdżali, parowóz ryczał już, niby okrętowa syrena i, przysapując ciężko, toczył się coraz uważniej, gdyż niedaleko przed nim, zamiast sygnału, wybuchał olbrzymi kierz zwichrzonych płomieni, okryty krwawo-czarną otęczą dymów, skier i zamieci. Józio, nie czekając, aż maszyna stanie, skoczył na plant i poleciał do pociągu, stojącego o kilkadziesiąt metrów dalej. Naftowe pochodnie, pozatykane z obu stron przekopu, dymiły żałobnie, jakby nad czarną, wpół zasypaną trumną, ludzie mrowili się dokoła, ledwie dojrzani. Wicher świszczał i nieustannie zamiatał, co chwila tworzyły się wiry, pękające z przeraźliwym szumem, przetaczały się białe kłębowiska i ślepiły spienione, szalejące kurzawy. A nad tym białym grobem bór huczał złowrogo, z jękiem przeginały się drzewa, skowyczały wiatry i wrzało, jak w kotle, przysłoniętym konwulsyjnie rozmiotaną śnieżycą.
Dozorca biegał, rozkazywał i groził, ale nikt go już nie słuchał; przemarznięci, śmiertelnie umęczeni ludzie poruszali się sennie, niepodobna było zresztą usłyszeć ani jednego słowa komendy, burza głuszyła wszystko, a każdą wyrzuconą łopatę śniegu wicher powracał całym tumanem.
Pociąg tonął coraz głębiej, już tylko z niektórych wagonów błyskały światła, większość była zasypana po dachy, maszyna ugrzęzła cała w zaspie, tylko komin sterczał ze śniegów, buchając od czasu do czasu dymami. I po paru godzinach wyczerpującej walki żywioł zwyciężył, ludzie rzucali daremną pracę i kulili się pod wagonami, pochodnie gasły jedna po drugiej, niektóre porywał wicher, migotały jeszcze przez chwilę w kurzawie, jak krwawe żagwie, i przepadały.
Tylko w zasypanym pociągu panował zupełny spokój.
Józio przedostał się na korytarze, lękliwie zazierając do przedziałów; były prawie puste, gdyż większość pasażerów stłoczyła się w wagonie restauracyjnym, ale tam wejść nie śmiał i dopiero z plantu zajrzał przez okna.
Biała księżniczka siedziała w licznem i niezmiernie rozbawionem towarzystwie, trącano się kieliszkami, co chwila wybuchały śmiechy, twarze jaśniały zadowoleniem, a garsoni wciąż kręcili się z butelkami, obwiniętemi w serwety, i dolewali nieustannie.
Szyby były zahaftowane arabeskami mrozu, że patrzał, jak przez lodową taflę, dosyć wyraźnie widział, iż jakiś gruby pan z kieliszkiem w ręku mówił coś do księżniczki; trąciła się z nim, podniosła na niego fiołkowe oczy i uśmiechnęła się dziwnie radośnie.
— A ja sobie marzyłem! — zaskarżył się Józio przed duszą własną i, skulony na śniegu, zasypywany kurzawą, bity wichrami, stał, niby pies bezdomny, wpatrując się w oświetlone okna i jakby skamląc o zmiłowanie księżniczki.
A cudna była, jak marzenie — i jak w marzeniu, gdzieś poza lodową szybą zaklętego jeziora, majaczyła jej twarz, przecięta królewskiemi brwiami, jej purpurowe usta, fiołkowe ogromne oczy i czarne, zaplecione nad czołem warkocze.
Jak w cudnym, nigdy nieziszczonym śnie, uśmiechała się słodko biała księżniczka!
I jak w czarodziejskiej bajce, królowała biała księżniczka w jakiejś złotej grocie, pełnej kwiatów, słońca i wesela, ani nawet przypuszczając, że nad nią szaleje zawierucha, wyją huragany i cały świat dygoce w przerażeniu, a jakieś biedne, marzycielskie oczy modlą się do niej w niemem uwielbieniu.
Naraz cała chmura śnieżycy przetoczyła się przez niego i runęła na wagon, poślepły nagle zasypane okna, i Józio zerwał się i jakby oprzytomniał.
— Na szczęście, nikt mnie tu nie widział! — pomyślał, rozglądając się dokoła. — To przecież śmieszne wystawać pod oknami! Śmieszne! — Trzeźwił się szyderstwem, ale, że zrobiło mu się strasznie zimno, postanowił wejść do wagonu na wódkę.
— Dobra myśl! — wykrzyknął, wahając się jednak dość długo. — Spojrzę na nią i zaraz wyjdę! Tylko spojrzę! — obiecywał sobie uroczyście i, tłumiąc jakąś cichą, radosną nadzieję, śmiało wszedł do restauracyjnego wagonu.
Jakiś drab w czerwonej kurcie zastąpił mu drogę.
— Nie można! tu tylko dla pasażerów pierwszej klasy.
— Idź do djabła! — krzyknął rozkazująco i, chociaż strwożony własnem zuchwalstwem, wcisnął się do zadymionego wagonu i zasiadł przy jakimś stole — jak był utytłany w śniegu, w czapce na głowie, i zapalił papierosa.
Najbliższe stoliki przycichły, patrzano na niego z ciekawością, odsuwając się zarazem z lekceważącą niechęcią, jak od intruza.
Przyleciał do niego starszy garson i szepnął z impertynencką uniżonością:
— Przedział dla nie palących i kuchnia już nic nie wydaje!
— Przynieś mi wódki, tylko prędko! — rozkazał mu bardzo wyniośle.
— Panie konduktorze, czy prędko pojedziemy? — spytał go jakiś sąsiad.
— Jak pociąg odkopią — odburknął, wpatrzony w księżniczkę.
— A kiedyż nareszcie odkopią? Stoimy już parę godzin.
— Jak odkopią!
— Boże, co za porządki! Zagranicą byłoby to wprost niemożebne! — jęczał głos.
— I zagranicą padają śniegi! — odrzucił szyderczo.
Przy sąsiednim stoliku roześmiano się z tej odpowiedzi, a on tak był przemarznięty, zmęczony i zarazem onieśmielony tem towarzystwem i bliskością księżniczki, że skoro garson przyniósł wódkę, przypiął się do niej żarliwie i pił kieliszek za kieliszkiem. Zwróciło to powszechną uwagę; jakieś panie przyglądały mu się przez szkła, czyniąc przytem głupie a złośliwe komentarze, a kilku panów przysiadło się bliżej, zawiązując rozmowę na temat zamieci. Józio chętnie odpowiadał, a pragnąc zwrócić na siebie chociażby przelotne spojrzenia księżniczki, stawał się coraz swobodniejszy, mówił głośno i dowcipkował.
Ale biała księżniczka nie raczyła go nawet zauważyć, wciąż zajęta rozmową z grubym panem i jakby wielce rozbawiona.
A Józio, podniecany wódką, otoczeniem i jej obojętnością, plótł już, co mu ślina przyniosła, opowiadał nawet jakieś pocieszne a tłuste dykteryjki kolejarskie, z których się zaśmiewano, trącał się z każdym, kto chciał, pił naumór, wznosił jakieś tajemnicze zdrowia, wybuchał co chwila śmiechem i tak porwał wszystkich i rozbawiał szaloną werwą, że otaczali go coraz ciaśniejszem kołem.
Tylko księżniczka wciąż nie zwracała na niego uwagi.
Zerwał się w jakiejś chwili, zatoczył błędnemi już oczami i wybełkotał:
— Urżnąłem się, jak świnia!
Zaśmiał się smutno, rozpaczliwie, machnął ręką i wyskoczył z wagonu.
Noc go otuliła w lodowaty płaszcz wichrów i śnieżycy, nawet nie poczuł tego, nie wiedział bowiem, co się z nim dzieje. Powlókł się nieprzytomnie w rozszalałą topiel zamieci.
— A ja sobie głupi roiłem! — załkał naraz boleśnie, smutek ścisnął mu serce i oczy napełniły się gorzkiemi, żałosnemi łzami.
Poczuł się zupełnie pijanym, więcej jednak, niźli wódka, oszołomił go gryzący jad zawodu, a przygody tej dziwnej nocy jęły się w nim skłębiać w taki chaotyczny wir, że już zgoła nie wiedział, co było rzeczywistością, a co tylko marzeniem, ale nim zdołał zrozumieć cośkolwiek, zapomniał o sobie i o całym świecie. Rozejrzał się nieprzytomnie po ślepej, skołtunionej nocy i ruszył bezwiednie w kierunku swojej maszyny…
Przechodził wzdłuż zasypanego pociągu i zaglądał w każde oświetlone okno, jakby kogoś wypatrując po korytarzach i wagonach, ale przez zamarznięte szyby majaczyły tylko jakieś obce, groźne twarze i jakieś oczy błyskały tak złowrogo, że cofał się z przerażeniem i szeptał coraz ciszej i żałośniej:
— Nie poznała mnie księżniczka! Nie poznała!
Miał oczy pełne zamarzłych łez, i serce, pełne bolesnej skargi.
A gdy się znalazł w czystem polu, jakby na samem dnie skłębionej nocy, gdy zawierucha zawyła mu nad głową groźnemi głosami, a wichry zaczęły go bić i szarpać nim, jakby oderwaną gałęzią, i miotać po zaspach i dołach, rozgniewał się, pogroził pięścią w niebo i zawołał:
— Głupie bydlę! Głupie! Głupie! — wrzeszczał z pijackim uporem i powlókł się dalej nieprzytomny i pijany, jak cały świat, jak ta zwichrzona zamieć, jak te bory, rozkołysane i krzyczące w nieustannej walce, jak te złe, szalejące wichry! Bo dokoła niego wszystko już było niczem, ruchem, krzykiem i zmaganiem się dzikich potęg, wszystko było walką, zamętem i szałem — a wszystko jednako biło w jego roztęsknioną duszę i wyło w niej krzywdą doznaną i strasznym, żalnym płaczem.
— Dlaczego? Dlaczego? — jęczał niekiedy, wlokąc się coraz wolniej, gdyż nogi mu się plątały i poczuł się tak znużonym, że przysiadł pod jakąś zaspą i, wsłuchany w szumy zawiei i w niemilknącą gędźbę lasów, zasypiał słodkim, kojącym snem — a bory mu śpiewały jakieś tajemnicze cudowne opowieści, a wichry szeptały jakieś upragnione, święte echa i, gładząc go pieściwie po twarzy, zasypywały miękkim, puszystym, białym całunem…
Na szczęście, przebudziło go zimno, zerwał się i uciekł dalej, leciał z zamkniętemi oczami, śmiertelnie już znużony i śmiertelnie senny.
Aż nagle olbrzymie ognisko, niby drzewo płomieniste, wyrosło tuż przed nim, i otoczyli go ludzie.
— Panie Józefie, czekamy na was! Wyżerka godna, jadła po pachy! — wołał Soczek, ciągnąc go za rękę do ogniska.
— Co się z panem stało? — mówił ktoś drugi.
— Naczelnik już miał posyłać ludzi, żeby pana odkopali.
— Jasiek! lej, chamie, gorzałkę dla pana kasjera!
— A może pan woli mieszaninkę: koniaczek, anyżówkę i gorące piwo, co?
— Araczku dać mu dla smaczku, a śledzika na ząbek.
— Może piwa prosto z lodu. Albo krupniczku, no, rzeknij pan słowo…
— I kiełbasy prażonej na węglach z pieczonemi ziemniakami!
— I co pan tylko rozkaże! Bufecik zaopatrzony wspaniale! — krzyczano na niego ze wszystkich stron.
— Cóż pan tak oczy wytrzeszcza, jak kot na gorącym popiele.
— A bo sierota wstawiony! Jedzie od niego gorzałeczką, a może nawet i czemś lepszem! — krzyczał Soczek.
Józio się nie odezwał, ale, jakby nieco oprzytomniawszy, usiadł przy ogniu pod osłoną łopat, wbitych w śnieg i tak gęsto przeplecionych gałęziami, że było mu poza niemi zacisznie i ciepło, jak w pokoju.
Młody, rudawy inżynier przysunął się do niego skwapliwie i zapytał:
— Cóż się tam dzieje w pociągu?
— Nie poznała mnie! — szepnął bezmyślnie Józio, lecz spostrzegłszy nagle przed sobą jego jasne, jakby wygotowane oczy, i żółtawą bródkę, zakrzyczał gwałtownie: — Czego? Idź pan do djabła!
Inżynierek odskoczył tak trwożnie, aż się roześmiali, a ktoś zadrwił:
— Nie ugryzie, panie naczelniku! On tylko się wstawiwszy…
Ale inżynier uśmiechnął się jakoś blado i, chociaż było mu bardzo zimno, jął dreptać w dostojnem osamotnieniu pod rezerwowemi maszynami, wzgardliwie spoglądając po tłoczących się przy ognisku; niekiedy nakładał złote binokle na maleńki nosek i przyglądał się burzy, a bardzo często podchodził zapalać papierosa i urzędowo pytał wachmistrza, podającego mu ogień:
— Jakże, długo będzie jeszcze ta zawierucha?
— Nie śmiem wiedzieć! — odpowiadał żandarm, podnosząc rękę do czapki.
— Dopóki się nie skończy! — dopowiedział ktoś, bo już wszystkich niecierpliwił.
— A możeby pan naczelnik napił się z nami krupniczku? — proponował Soczek.
— Dziękuję, zupełnie nie pijam — rzekł oschle i odszedł z godnością.
— On się tylko zna na oczyszczonej, albo na herbacie z limonom!…
— Dumna sztuka! Tak nosa zadziera, że mógłby już nim dostać słoniowi do ogona! Instrument jerychoński! — zaklął dozorca.
— Boi się usiąść, żeby mu porteczki nie wyszły z fasonu.
— Ważna osoba, nie przystępuj bez kija! — dogadywali złośliwie.
— Konieczno, co ważna osoba! Putiejec, a my dla niego nie kompanja! — ozwał się z głęboką powagą wachmistrz, wygrzebując szablą upieczone ziemniaki.
Spojrzeli po sobie i rozmawiali już ciszej; robiąc coraz ostrzejsze uwagi, a czujnie zezując na obie strony.
Tylko Józio nie zważał na nikogo, siedział skulony i sennemi oczami patrzał w ogień, wesoło trzaskający. Setki ludzi tłoczyły się dokoła niego, sine twarze majaczyły w czerwonych brzaskach, gwar rozmów wrzał ustawicznie, a nad głowami wisiało posępne, ołowiane niebo, dziko szumiały bory i biły rozsrożonemi czubami, czasem zawyła nagle zawierucha i na rozjarzone, ciche kolisko zwalały się skłębione tumany śniegów, a wicher uderzał niby jastrząb, aż rozlatywały się głownie, jak wylękłe, ogniste ptaki, przewracali się ludzie, przygasły płomienie, powstawał zamęt i krzyki, ale po chwili wszystko się uspokajało; znowu burzyło się ognisko, chlustając krwawemi fontannami w ciemnościach, roznosił się zapach przypiekanych kiełbas, krążyły flaszki z gorzałką, ludzie zasiadali dokoła, ściskając się coraz ciaśniejszym kręgiem, aż parowały ośnieżone kapoty — jeden już drzemał, rozebrany ciepłem, wódką i znużeniem, inny pojadał, zwolna i rozważnie napychając kiszki, inny się społecznie ugwarzał, inny ściągał buty i, siedząc w kuczki boso na śniegu, suszył przemoczone onuce lub wyprażał nad ogniem gadziny z kożucha — a wszyscy cierpliwie czekali na przejście zawiei, aby się zabrać do odkopywania zasypanego pociągu.
Urzędnicy i służba pociągu siedzieli oddzielną kupą, zabawiając się między sobą. Soczek przyrządzał krupnik i opowiadał niesłychane przygody z polowań i tak łgał nadzwyczajnie, aż wszyscy pokładali się ze śmiechu.
— Daję wam słowo honoru, że mówię prawdę! — krzyczał, rozlewając krupnik w skwapliwie podstawiane szklanki. — Niech Świderski powie!
— Łżyj, bracie, co się zmieści, ale krupniku nalewaj do pełna!
— Opowiedz, jak to zabiłeś te trzy dziki jednym strzałem.
— Albo o tym zającu, który uciekł przed twoim psem na wierzbę.
— A może o kuropatwach na stawie!
— Wszystko to fraszki, małe ptaszki! Opowiem wam, co mi się zdarzyło jesienią. Żarty na bok! Świderski może potwierdzić, jechał wtenczas ze mną. Prowadziłem pociąg gospodarczy. Muszę się przyznać, że zawsze wożę na maszynie swoją pukawkę. Niewiadomo bowiem dnia ani godziny! Wyjechaliśmy z Rudki bardzo wcześnie, po wschodzie, jeszcze siwa rosa leżała na trawach. Ciągnąłem siedemdziesiąt osi, naładowanych podkładami; pod górę na pięćdziesiątej czwartej wiorście ciężko było, maszyna robiła bokami, jak koń… Naraz trąca mnie Świderski i krzyczy: kot! kot! Przecieram oczy, patrzę — śmiga, jucha, ku plantowi; dałem gwizdkę, żeby nie wpadł pod koła, nie spłoszył się, rżnie prosto na maszynę. Myślę sobie: wygarnę do niego, a nuż… Strzeliłem — kot bęc, ani grzebnął nóżką! Przyniósł go Świderski… stary gracz, uszy miał potrzepane śrucinami. Byłem rad, że żonie przywiozę niespodziankę. Zwaliliśmy podkłady na sześćdziesiątej, i tylko co ruszyłem, pokazuje się od lasów koziołek, sypie prosto na pociąg. Powiadam wam, aż mnie w dołku ścisnęło: zahamowałem maszynę, strzelbę do oka… czekam… serce łomocze mi, jak młot… a on sadzi… rżnie, psiakrew, przez zagony, jak kołyska, podpuściłem go na strzał i, chociaż było ze sto kroków, gruchnąłem w samą komorę. Nie krzyknął nawet: Jezus, Marja, i gotowy! Chwała Ci, Panie, na wysokościach! Ledwieśmy go wtaszczyli na tender. Posłałem go swojemu naczelnikowi, nie mógł się nadziwić! Ale czy uwierzycie, że to jeszcze nie wszystko! Jak Boga kocham, to był poprostu cudowny dzień, bo tylko co dałem parę i pociąg ruszył, a tu jak się nie sypną z gajów sarny, żebym zdechł, jak pies, jeżeli łżę, ale było ich kilkadziesiąt, i wszystkie pognały z bekiem za pociągiem. Zdrętwiałem…
— Leciały z chusteczkami w rękach, płakały za koziołkiem.
— Mówię wam, włosy mi powstały na głowie, nabiłem siekańcami obie lufy…
— Słuchaj, Soczek, jak mi jeszcze raz strzelisz i zabijesz sarnę, to ci dam w pysk! — zakrzyczał dozorca.
Wszyscy buchnęli śmiechem, a Soczek szepnął żałośnie:
— Strzeliłem, ale spudłowałem, haniebnie spudłowałem, niech Świderski powie… Ale opowiem coś jeszcze lepszego! — zawołał, nalewając nową porcję krupniku, nie zdążył jednak zacząć, gdyż przystąpił do nich inżynier i odezwał się dosyć cierpko, kręcąc zapamiętale słomianą, rzadką bródkę:
— Panom bardzo przyjemnie, ale trzebaby się dowiedzieć, jak się bawią pasażerowie.
— Można! Jasiek, zapalić pochodnię, pan inżynier pójdzie do pociągu. A ruszać się, chamy, prędzej! — ryknął dozorca, nie ruszając się z miejsca.
— A może i pan pójdzie? — pytał dosyć rozkazująco.
— Jak się trochę wiatr uspokoi, to przyjdę z ludźmi do roboty, a teraz nieciekawym pasażerów i nie śpieszy mi się! — odpowiadał opryskliwie.
Młodzian się zaczerwienił i, otoczony pochodniami, ruszył ku pociągowi.
— Chłystek jeden! myśli, że jestem na jego posługi. Kaczyński, nie śpij pan! — zawołał, trącając swojego pomocnika, który się kiwał zawzięcie.
Kaczyński podniósł głowę, wygładził wspaniałą, szpakowatą brodę, zapalił fajkę i rzekł:
— Racja fizyka, Kaśka butów nie ma! Niech się wielmożna małpa pofatyguje sama.
— A wystroił się na linję, jakby do dyrekcji — drwił dozorca. — Lakiery, płytkie kalosze, szynelek, czapeczka z gwiazdką, formienno od stóp do głowy!
— Onże inżenier, putiejec, to się boi, żeby go nie wzięli tylko za człowieka.
— Ale liberał! — wtrącił gruby, zasapany nadkonduktor ekspresu. — Podobno miał grubą historję z żandarmami, ledwie skończył Instytut!
— Liberał, a jak dostał posadę, to mu najmilszy brat wachmistrz i pannie Marychnie zrobił awanturę, że w bufecie odezwała się do niego nie-urzędowo. Psia ich mazurska mać, już mi bokiem wyłażą takie liberały!
— I nikomu nie podaje ręki! — dorzucił któryś z urzędników.
— Pokaż mu, bracie, stówkę, a wyciągnie do ciebie obie!
Pogadywali bardzo swobodnie, gdyż wachmistrz poszedł z inżynierem, ale dozorca machnął wkońcu ręką, przyjrzał się niebu, pociągnął nosem i rzekł:
— Za jaką godzinę weźmiemy się do roboty! Ustaje i wiatr coś mięknie, ma się na odwilż. Kaczyński, nie śpij pan!
— Kto śpi na biwaku, ten czuwa za wszystkich! — mruknął Kaczyński, zapalił zagasłą fajkę, pociągnął parę razy i znowu zadrzemał.
— Czy naprawdę on był w powstaniu? — pytał Świderski, nachylając się ku dozorcy.
— A był, ma nawet wspaniałe dokumenty!
— Dokumenty! To niby świadectwa, co?
— A tak! Plecy i boki zorane nahajami, jak zbronowane pole! A w dodatku pokłuli go bagnetami, parę razy przestrzelili, potem trochę podyndał, ale że się szczęśliwie oberwawszy, to dla dokończenia kuracji powędrował na piętnaście lat do katorgi. A teraz odpoczywa sobie szlachcic na tłustej posadzie starszego robotnika, którą mu wyżebrała jego żonka!
— To wprost nie do uwierzenia!
— Sam patrzałem na niejedno, uważa pan dobrodziej!
— To i pan też był…
Aż się zachłysnął z podziwu i zdumienia.
— A cóżeś pan myślał, że ja całe życie tylko chamów biłem po mordach, albo na jakim ciepłym przypiecku kury macałem! Żyło się, panie, kiedyś inaczej, żyło się bujnie, chmurnie i górnie, i wzięło się za to niezgorzej po łbie! Spytaj się pan Raciborskiego; on powie, jak to z nami bywało!
— Nie może mi się tylko w głowie pomieścić, co pan mówi o Kaczyńskim! Przecież on z wachmistrzem zapanbrat i z wszystkiego się wyśmiewa!
— Zdarło się chłopisko aż do podszewki! Cóż pan chce? Oddał całe życie i całą fortunę dla sprawy, i wszystkie marzenia djabli wzięli! A przytem bieda… ma rubelka na dzień, żonę i sześcioro dzieci; wyżyj pan z tego! Nic dziwnego, że go gryzie wszystko i że troski zalewa. Pod dozorem jest jeszcze ciągle, to i z różnemi figurami się przyjaźni, aby go nie wyleli z posady!
— A ona podobno nie nasza?
— A nie nasza, i dzieci też, przywiózł je zdaleka! Baba z piekła rodem i prawowierna do szpiku. Byłem kiedyś u nich. Powiadam panu, jakby mnie kto pałą uderzył w ciemię, tak mnie zamroczyło. W mieszkaniu mają nawet porządnie i czysto, ale po rogach wiszą złociste ikony, a na ścianach portrety w koronach i kokosznikach, a dzieci chodzą w czerwonych rubaszkach. Nieszczęsny człowiek! Nie bronię go, tylko mi strasznie żal! Psiakrew, ta polska dola!
Zaklął i, dźwigając z trudem potężny brzuch, huknął grzmiąco na robotników:
— Wstawać, psiekrwie! Do roboty! Kaczyński, nie śpij pan! zaczynamy!
Kaczyński jął się przeciągać ociężale, a Soczek, zlewając pod światło ogniska resztki krupniku do pękatej butelki, również zakrzyczał:
— Świderski na maszynę! Rób pan parę, zaraz ruszamy!
Ludzie zaczęli się zbierać przed maszynami a ruszać dosyć senną i bezładną falangą, zaś dozorca, niby pies owczarski opędzał całe stado, krzyczał, poganiał kijem i pięściami a siarczyście przeklinał.
Tylko Józio nie ruszał się z miejsca i drzemał wpatrzony w rozżarzone głownie.
Wicher prawie ustał, lasy szumiały coraz ciszej, zamieć już tylko niekiedy, jakby przez sen, wzdymała się w kłęby, zasypując dogasające ognisko.
Niebo pociemniało i śniegi jęły się nieco wyłaniać i majaczyć posępną, nieskończoną szarością; roztoczyła się głucha i cicha noc, jakby zmordowana wyczerpaniem i sennością, tylko chwilami zajęczały żałośnie druty telegraficzne, niby zbolałemi palcami trącane, albo gdzieś daleko, w jakichś wsiach niedojrzanych, zaszczekały psy.
Ale przy zasypanym pociągu wrzała gorączkowa praca i nieustanny ruch; światła pochodni, dokoła pozatykanych, jeszcze się niekiedy szarpnęły, rozsiewając krwawe, migotliwe brzaski, w których mrowiły się tłumy robotników i błyskały żelazne łopaty, wybuchały gwary i nawoływania, świsty parowozowych gwizdawek przeszywały powietrze, sapały ciężko maszyny, szczękały koła, rozlegał się głuchy łomot buforów, rozbijających resztki zasp, dozorca krzyczał coraz to w innej stronie, a sypki, monotonny odgłos wyrzucanych śniegów roznosił się, jak szum. Praca szła śpieszna i nieustająca już ani na mgnienie.
A Józio przebudził się w jakiejś chwili, rozejrzał się zupełnie przytomnie i poszedł do brankardu, odczepionego od maszyny. Soczek napoił go krupnikiem i otulił ogromnym, ciepłym kożuchem, że zasnął, nie troszcząc się już o nic i o nikogo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.