Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Już cała kolej wyśmiewa się ze mnie, niech wam będzie na zdrowie.
— Bo wielu rwało się tak samo i tak samo marzyło, a tylu już tam przepadło i tylu jeszcze przepadnie! — mówił z politowaniem i prawie z nienawiścią.
— Baba z wozu, koniom lżej! Nikt na tem nie ucierpi, jeśli mnie djabli wezmą, wolę przy sztuce zdechnąć z głodu, niźli tutaj żyć na raty i czekać, póki mnie jaka cholera nie zatłucze! Kto przepadł, nie będę go płakać, mnie obchodzą tylko żywi! Wiem, czego chcę, i wiem, że — co mi potrzeba, będę musiał wydrzeć pazurami i wydrę! Wydrę, psiakrew! — rzekł zapamiętale.
— Zuchwale powiedziane i mocno.
— Na wszystko mogę sobie pozwolić, bo wszystko mam do zdobycia.
— Już wzięliście podobno jakąś konkursową nagrodę?
— Za plakat na proszek do skutecznego tępienia pluskiew! Pięćdziesiąt rubli gotowym groszem i wzmianki po gazetach! Naturalnie, że fajgle spuściłem wmig, a wycinki posłałem matuli, niech chociaż ona jedna uwierzy w moją sławę! To był wstęp, zbawienie przyszło później. W parę tygodni po zwycięstwie zjawił się z pośpiesznego jakiś jegomość w bogatym przyodziewku i z aparatem fotograficznym pod pachą. Bąknął mi jakieś nazwisko i najspokojniej zabrał się do przeglądania moich arcydzieł, porozwieszanych na ścianie. Jużci,