Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaraz sieje guzikami po całej stacji! Ja sam wczoraj znalazłem u Wacka zupełnie podobny…
Stanęła w ponsach i, zmierzywszy go wściekłemi oczami, uciekła za szafy.
Rozeszli się zaraz, maszynista skoczył na rezerwę i przepadł wraz z nią w śnieżycy, pomocnik ruszył ze skomlącym jamnikiem po lankastrówkę, a Józio powrócił do kasy, ale zaledwie wziął się do roboty, wszedł Raciborski, milcząco się przywitał, zapalił papierosa i ponuro patrzał w szalejącą zawieruchę. Niby burza wpadła na peron jakaś wojskowa ekstra: śpiewy, jękliwe wycia harmonijek, wściekłe tupania i nieludzkie wrzaski zatrzęsły całą stacją. Towarowe wagony, zapchane żołnierstwem, aż huczały rozdygotane od bicia obcasów, prysiudów i pokrzykiwań, że jeszcze przez pewien czas po odejściu pociągu wicher przynosił dzikie odgłosy krzyków i muzyki.
— Jadą pod Rudkę do odwalania śniegu! — objaśniał Józio.
— Wie pan, przegrałem w izbie sądowej! — odezwał się z goryczą szlachcic.
— Pozostaje panu jeszcze senat! — ironizował bardzo ostrożnie.
— A jakby pan wiedział, że apeluję do senatu, a na swojem, psiakrew, postawię! Krzywdzić się nie pozwolę, jak Pana Boga kocham, nie pozwolę — wybuchnął.
— Więc ciotka nie miała prawa rozporządzać swoim majątkiem? Nie wiedziałem!