Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Miała prawo, ale nie z moją krzywdą! To zgroza i śmiechu warte, żeby rodzona siostra mojego stryja zapisywała majątek na jakąś akademję, na jakieś tam głupie naukowe cele, a mnie zostawiała bez grosza! To przechodzi wszelką imaginację! Ale będę apelował i wygrać muszę.
— Zwarjowała baba na starość, trudno sobie inaczej wytłumaczyć! — pokpiwał.
— Zgadł pan, jak Pana Boga kocham, zapis zrobiła w stanie niepoczytalnym, adwokaci dowiodą czarno na białem, że przez całe życie była kompletną warjatką. Ufundowała przecież przytułek dla ociemniałych sług, to może dowód rozumu, co? Rozdawała stypendja malarzom i innym oberwańcom, to może nie bzik, co? Przecież tego zdrowy na umyśle i normalny człowiek nie zrobi. A naostatku, żeby już nie było wątpliwości co do stanu jej mózgu, ona, de domo Raciborska, zapisuje cały majątek na cele naukowe, na wydawnictwa. Jak Pana Boga kocham, ale to najoczywistszy dowód pomieszania zmysłów! Panie świeć nad jej duszą, ale mnie już szewska pasja ogarnia, jak pomyślę, że mnie rodzona ciotka poprostu okradła! To woła o pomstę do nieba!
— Wyszedł pocztowy! — krzyknął woźny, trzaskając drzwiami.
Józio otworzył kasę, ale że nie było pasażerów, odwrócił się i rzekł ciszej.
— Gazety wezmą pana na języki za zwalenie publicznego zapisu.