Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Co mi tam gazety, mogę ich nie czytywać! Niby to ja, panie dobrodziejski, nie rozumiem, co to jest publiczne dobro! Sam nieraz dawałem pro publico bono, sam popierałem sztukę i literaturę! A toż przez piętnaście lat byłem członkiem Zachęty, wygrałem nawet parę obrazów, prenumerowałem pisma, płaciłem różne składki, ale co za dużo — to i niezdrowo! Nie mówię, broń Boże, żeby tak setkę zapisała jaką, nawet, pal sześć, i jaki tysiączek, może i sambym dołożył jeszcze drugie tyle! Czegóżby człowiek nie poświęcił dla dobra kraju, dałem już, panie tego, dowody, ale całe sto tysięcy zapisać na jakieś wydawnictwa, które się psu nawet na budę nie zdadzą, tego już za wiele!
— Ale fundacja imienia Raciborskich — to także coś warte!
— Bóg zapłać, wolałbym to w gotówce! Babsztyl sobie wyimaginował jakieś honory i Bóg wie jakie sławy, a czy ostatni z rodu ma całe buty, o to się nie zatroszczyła. Łatwo dobrodziejować z cudzego! Honory mi nie zapłacą mieszkania, jak Pana Boga kocham, nie dadzą papu! A czemu o takie honory nie zabiegają ci, którzy na to mają, naprzykład, nasi hrabiowie i książęta?
— Widzi pan, oni na innych polach służą krajowi, jak mogą najlepiej! A cóżby się stało bez ich opieki z warszawskim baletem? W coby się obróciła hodowla koni wyścigowych? Któżby nas reprezentował po szerokim świecie? A to wszystko niemało kosztuje! Musi być podział pracy, trudno,