Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ale analfabeci nie mogą się zajmować akademjami nauk, to zaledwie godne szlacheckiego gminu!
Na stację wleciał zadyszany, ośnieżony pociąg, w oknach ukazywały się przerażone twarze pasażerów, kilkanaście osób otoczyło zawiadowcę, rozpytując się trwożnie o bezpieczeństwo dalszej jazdy, a jakiś stary Żyd z rozwianą brodą i chałatem, nie mogąc się do niego przecisnąć, latał dokoła i wrzeszczał, przekrzykując wichurę.
— Czy mamy się bać, panie naczelniku? Panie naczelniku, bo mnie się śpieszy!
Pociąg ruszył już z półgodzinnem opóźnieniem.
Józio, dosłuchawszy żalów Raciborskiego, pożyczył mu wkońcu trzy ruble na apelację i pobiegł śpiesznie na obiad.
Naturalnie — że spotkał panią Zofję, czekała w uchylonych drzwiach mieszkania.
— Podobno pański przyjaciel nie wyjechał, może chory? — uśmiechnęła się jadowicie.
— Zdrowy, ale jeszcze u mnie posiedzi przez parę dni. — Był już zły i krzyknął w stronę kuchni: — Magdzia, przynieś mi obiad na górę!
— Myślałam, że pan zje razem z nami! Jest i pan Gołębiowski.
— Bardzo żałuję, ale mi się śpieszy.
— Do stęsknionego również przyjaciela… — wyrzekła z naciskiem.
— Przecież muszę się nim nacieszyć, taki rzadki gość…