Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 60 —

ale analfabeci nie mogą się zajmować akademjami nauk, to zaledwie godne szlacheckiego gminu!
Na stację wleciał zadyszany, ośnieżony pociąg, w oknach ukazywały się przerażone twarze pasażerów, kilkanaście osób otoczyło zawiadowcę, rozpytując się trwożnie o bezpieczeństwo dalszej jazdy, a jakiś stary Żyd z rozwianą brodą i chałatem, nie mogąc się do niego przecisnąć, latał dokoła i wrzeszczał, przekrzykując wichurę.
— Czy mamy się bać, panie naczelniku? Panie naczelniku, bo mnie się śpieszy!
Pociąg ruszył już z półgodzinnem opóźnieniem.
Józio, dosłuchawszy żalów Raciborskiego, pożyczył mu wkońcu trzy ruble na apelację i pobiegł śpiesznie na obiad.
Naturalnie — że spotkał panią Zofję, czekała w uchylonych drzwiach mieszkania.
— Podobno pański przyjaciel nie wyjechał, może chory? — uśmiechnęła się jadowicie.
— Zdrowy, ale jeszcze u mnie posiedzi przez parę dni. — Był już zły i krzyknął w stronę kuchni: — Magdzia, przynieś mi obiad na górę!
— Myślałam, że pan zje razem z nami! Jest i pan Gołębiowski.
— Bardzo żałuję, ale mi się śpieszy.
— Do stęsknionego również przyjaciela… — wyrzekła z naciskiem.
— Przecież muszę się nim nacieszyć, taki rzadki gość…