Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To i wam już zgorzkniały słodycze koleżeństwa!
— Nigdy w nich nie smakowałem, nigdy! — wyrzekł namiętnie. — Nie macie pojęcia, ile ja musiałem wycierpieć przez ludzką głupotę! Ale wnet się to wszystko skończy, lada dzień rzucę wszystko do djabła i pójdę, gdzie mnie oczy poniosą!
Zamilkł, ale po chwili znowu mówił, tylko już spokojniej, jakby odniechcenia i ze swoją zwykłą, wielkopańską wyniosłością.
— Paryż już mnie niczem nie nęci, darujcie, ale to dobre dla artystów, lub dla międzynarodowych złodziei! Ja łaknę i potrzebuję szerszych horyzontów, ciągną mnie oceany i najprawdopodobniej pojadę do Meksyku, do swoich serdecznych przyjaciół, którym już oddawna obiecuję przyjazd. Są to wielcy właściciele ziemscy, dziesiątki tysięcy morgów pod kukurydzą, olbrzymie hodowle bydła, kaktusowe lasy, polowania na pumy, życie napoły feodalne, bo to stary, arystokratyczny ród hiszpański. Wiążą nas dawne stosunki przyjaźni, związane jeszcze przez naszych pradziadów za Napoleona. Tam zdechnę i zapomnę o tym zaśmierdłym, zażydzonym kraju, tam — pod palącem niebem, wśród oddanych przyjaciół… — Unosił się, opowiadając same nadzwyczajności i tak się podniecając własnemi słowami, że cały już płonął, jak pochodnia, i nawet nie spostrzegał złośliwych uśmiechów Mikada, który zadeklamował z komicznym patosem.