Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Muzyka, to znaczy, że będą i jakie panienki!
— Ani ani! Jedna tylko Frania, jeśli mi jej pożyczycie na ten wieczór, zajęłaby się kuchnią, bo Maryśka zna się tylko na żarciu prosiąt.
— Owszem, jeżeli zechce, to może do was jechać choćby zaraz.
— Czuję, że jej nie oceniacie dostatecznie, to prawdziwa perła! Taka jedna idzie za kopę — tak zwanych porządnych kobiet. Morowa brzana, mówiąc po galicyjsku.
— Trzeba się w niej kochać, żeby ją aż tak drogo oceniać! — uśmiechnął się ironicznie.
— Nie kocham jej, ale ją cenię. Wiecie, chciałem ją kiedyś rysować, bo ma prześliczny akt, ale za nic w świecie nie chciała mi pozować nago, wstydziła się! Przecież to nadzwyczajne! Więc liczę na was z pewnością.
— Naturalnie, prosiliście i tego Rudego Dzięcioła?
— Choćbym go nie zapraszał, i tak przyjdzie! Prawda, wy się z nim gniewacie.
— Na błaznów gniewać się nie można, niecierpię tylko jego dowcipów i przyczepiań.
— Dajcie mu w pysk i zaraz będzie po znajomości.
— Gdyby taką metodą można się pozbywać znajomości z różnemi facjatami, to musiałbym codziennie kogoś walić! Przecież to cała menażerja! — wybuchnął.