Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To niech się pan ze mną ożeni! — buchnęła śmiechem, ale tak dziwnie spojrzał, iż uciekła zmieszana i, wyzierając oknem, zaczęła prędko trzepać: — Oho! śnieg sypie, jak z worka! Osobowy wyszedł, podali już halt!
Poleciał śpiesznie, na dole w uchylonych drzwiach mignęła uśmiechnięta twarz pani Zofji, a ich wyżeł odprowadzał go w gigantycznych podskokach.


III.

Na stacji panował już zwykły ruch, bieganina i rwetes, jak przed każdym osobowym; nieustannie brzęczały dzwonki zajeżdżających sanek i płynęła ruchliwa, zgorączkowana fala ludzi, we wszystkich salach wrzało już jak w ulu.
A Józio, jak zwykle, stanął przed okienkiem, słuchał żądań, patrzył na wyciągające się ręce, odpowiadał, rzucał bilety, zgarniał pieniądze, zapisywał na czarnym stole i, pochłonięty tą codzienną, monotonną pracą, ogłuszony gwarem rozmów i turkotem bagażowych wózków, zapominał zwolna o sobie.
— Łapacz musi być blisko, kiedy Żydzi kupują bilety! — myślał, patrząc na ciżby czerwonych, grubych i jakby opuchłych rąk, wyciągających się gorączkowo po bilety, że tylko zrzadka dojrzał nieśmiałe, twarde ręce chłopskie, a zaledwie kilka razy mignęły mu jakieś rękawiczki.