Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Szkoda chłopa! Może się nie wykaraskać, bo to już po raz drugi; ale sam sobie winien! Takie ciągłe przyjęcia, wyjazdy zagranicę, strojenie córek… to musiało zwrócić uwagę. Nieraz go już ostrzegałem! Jakże… miał dziewięćset rubli rocznie, a wydawał dziesięć tysięcy!
— Winien, bo dał się złapać!
— Można wiele, ale trzeba ostrożnie, w rękawiczkach…
— Nawet kraść — rzucił z chytrze maskowanem potakiwaniem.
— Zależy, co kto nazywa kradzieżą…
— A raczej, jak tego gatunku sprawy kwalifikuje kodeks karny…
— Bo wszystko, drogi panie, jest względne, wszystko.
— Jestem też pewny, że gdyby kolejarze układali prawa karne, to nie byłoby wolno używać nawet tak łagodnego określenia, jak malwersacja.
— Łatwo żartować z tarapatów swoich bliźnich; ale jak pan będzie miał żonę i dzieci, to jeszcze pogadamy.
— Wiele rzeczy można jużci wytłumaczyć, ale złodziejstwo jest złodziejstwem!
Zawiadowca się skrzywił i, patrząc w okno, zauważył niespokojnie:
— Straszna zawierucha… chyba dzisiaj stanie cała buda.
— Przekopy pod lasem muszą już być zawalone.