Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


że chodziłem za nim, jak pies za kiełbasą. Pochwalił rysunki, pokazałem mu wszystko, co tylko miałem, a kiedy napasł oczy dosyta, powiada mi prosto z mostu.
— Waść masz talent bardzo oryginalny, ale waść nic nie umiesz i jesteś surowy, jak nieugotowany kartofel. Powtarzam dosłownie.
Józio zaczął się śmiać.
— Jakbym w pysk dostał, ale rznę mu naodlew. To niech mi dobrodziej paliwa dostarczy, a ja się już ugotuję na krucho i podam ze skwarkami — choćby na czystem złocie! A nie da, to niech mi dobrodziej nie zawraca kontramary i wynosi się na zbity łeb! Byłem wściekły, gwizdnąłem nawet na pieski, żeby go odprowadziły na stację. Stary wybuchnął śmiechem, że i ja się roześmiałem, i Rudy Dzięcioł, który był przy tem, też nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słowem, zrobiła się jeneralna heca! Może i dlatego mój jegomość się nie pogniewał i został do samego kurjera. Wpakowałem w niego jadła i napitku za gruby fundusz; wziął na pamiątkę parę szkiców, odfotografował mnie wraz z pieskiem i Maryśką, ciągnącą za ogon ciołka do obory, i odjechał. Zapomniałem o nim na śmierć, ale przed miesiącem najniespodzianiej przysyła mi przekazem na Paryż tysiąc dwieście franków!
— Zupełnie, jak w bajce! Cóżto za jeden?
— Nie mam pojęcia, poprostu jakiś „szlachetny nieznajomy”, wiem tylko, że mam na dłuż-