Marzyciel (Reymont)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.

Mieszkał za stacją w dużym drewnianym domu, prawie ukrytym między wyniosłemi drzewami, przy samym plancie.
— Frania się już rozgospodarowała! — mruknął, dojrzawszy oświetlone piąterko. W sieni dosyć mrocznej spotkał panią Zofję, żonę maszynisty, u której się stołował, zaparła przed nim schody swojemi bujnemi kształtami.
— Czy zejdzie pan na kolację? — Gorącą prośbę miała w głosie.
— Nie mogę dzisiaj, czeka na mnie kolega.
— Kolega? Byłam pewna, że to pan wrócił, bo ktoś tam spacerował. Magdzia poleciała na górę, ale ten kolega nie otworzył i ani się odezwał.
— Może już spał! Przyjechał z Warszawy bardzo znużony.
— To niechże i pan zaraz się położy. Musi pan być niewyspany, do czwartej czekałam, aż ucichnie w tym tajemniczym pokoju, nie mogłam również spać… Któż słyszał markować po całych nocach! Wygląda pan coraz mizerniej…
— Zaczytałem się nieco i ani spostrzegłem, jak wybiła czwarta.
— Jeśli przeszkadza zegar, to każę go na noc przenosić do kuchni.
— Bardzo go lubię, w nocnej ciszy rozlega się, jak srebrny, daleki dzwon.
— Nie brak tam panu czego? A czy Magdzia porządnie sprząta?
— Jak anioł! Dziękuję pani za wszystko.
— Chciałabym, aby panu było u nas dobrze… — szepnęła z naciskiem.
— I jest mi, jak w raju. — Pocałował ją w rękę, przytrzymała ją na chwilę, gderząc śmiesznie spieszczonym głosem.
— A proszę zaraz iść spać… nie czytać… i o niebieskich migdałach nie marzyć…
— A o czem mam marzyć?… — Zajrzał zbliska w jej oczy, oblała się rumieńcem, zrobiła ruch, jakby chciała mu się rzucić na szyję — i uciekła spłoszona.
Wzruszył ramionami, nie rozumiał bowiem jej troskliwości o siebie, ni jej płonących oczów, ni nawet bardzo wyraźnych słów!
Cała stacja wyśmiewała się z jej miłości, a on tak był pochłonięty czemś innem, że nawet niczego się nie domyślał.
Frania zamknęła za nim drzwi na dwa spusty.
— Już się tu jakiś parzygnat dobijał ze trzy razy.
Ze zdziwieniem rozglądał się po własnem mieszkaniu.
— Tiens! Lampa nie kopci, sprzątnięte, poustawiane, cuda prawdziwe!
Rzuciła mu się na szyję z gwałtownością.
— Prawda, że teraz ładniej? Prawda, że i Frania na coś się przyda? A tak się śpieszyłam, żeby tylko zdążyć. Jutro upiorę firanki, będzie ślicznie…
— Mów ciszej, na dole wszystko słychać! — szeptał, głaszcząc ją po jasnych, puszystych włosach i całując w oczy.
— Mocniej, panie Józiu, trochę mocniej! Lubię, jak mnie kto całuje tak, że to aż tchu braknie i ciarki chodzą po skórze, strasznie lubię! — szeptała, cisnąc się do niego.
— I ja lubię, ale jestem dzisiaj spracowany, jak wół. — Odsunął ją dosyć niechętnie.
— Moje biedactwo spracowane, moje złociste klejnoty! — mówiła współczująco, ale dojrzawszy jego zimne i zniecierpliwione oczy, stanęła zmieszana i onieśmielona.
— A może da pan klucz, to sprzątnę ten ostatni pokój…
— Nie potrzeba, daj lepiej herbatę.
Zasiedli przy okrągłym stole do kawalerskiej kolacji, ale Frania nie mogła usiedzieć na miejscu, zapełniając całe mieszkanie szelestem spódnic, śmiechem i przyciszonym szczebiotem. Ładna była, wysmukła i bardzo zręczna, miała twarz zdumionego ciągle dziecka, szerokie usta i niebieskie, wypukłe oczy o złotych rzęsach, które patrzyły z jakiemś psiem przywiązaniem, gotowe już na każde jego skinienie.
Po herbacie Józio zabrał się do czytania gazety, a ona, zasiadłszy naprzeciw w głębokim fotelu, naprawiała bieliznę.
W mieszkaniu było cicho, ciepło i jasno; wilgotna, zaśnieżona noc zaglądała przez okna, z długim, przeszywającym świstem przelatywały pociągi, aż szyby brzęczały, i drgał płomień lampy, niekiedy głucho zaklekotał pęknięty dzwon stacyjny, a czasami przedzierał się przez podłogę srebrzysty dźwięk wybijanych zwolna godzin.
— Strasznie mi tutaj dobrze! — szepnęła, rozglądając się dokoła z lubością. Mieszkanie było prawdziwie kawalerskie, po odrapanych ścianach spacerowały karaluchy, z okopconego sufitu opadł tynk, węglowy miał oblepiał szyby, piec stał krzywo, po kątach tuliły się niedobitki wspaniałych mebli, pokryte strzępami obić i pokrowców, stosy zakurzonych gazet leżały na krzesłach, ale nie widziała tego, przejęta uczuciem rozmarzonej radości.
— Siedzimy, jak prawdziwe małżeństwo! — Wparła się głębiej w fotel i całującemi spojrzeniami krążyła lękliwie nad jego głową pochyloną. Naraz gdzieś pod nimi huknęły gwałtownie drzwi, pies zaszczekał i podniósł się przytłumiony gwar jakby śmiechów i krzyków.
Ale gdy przycichło, Frania znowu zaczęła cerować i żałośnie westchnęła.
— Mój Boże, jakie to szczęście mieć swój dom, męża i dzieci!
Spojrzał na nią ukradkiem, łzy wisiały u złotych rzęs, blade usta krzywiły się jakoś boleśnie, a po wynędzniałej twarzy błądziły posępne cienie.
— Nie mogłaś to sobie kogo namówić? — odezwał się żartobliwie.
— Żeby mnie tylko chciał, to poszłabym nawet za złodzieja, nawet za hycla…
— A bo ci to samej źle? Wolnaś, jak ptak, robisz, co chcesz, używasz sobie…
— Jak pies w studni! — Wzburzyła się nagle i buchnęła: — Niech cholera zatłucze takie używanie! Tak, wolna jestem i ganiam po świecie z wywieszonym ozorem, tłukę się po wszystkich stacjach, jeżdżę od faceta do faceta, jak ten pies bezpański, którego każdy kopie na dowidzenia i kijem dalej przepędza, póki gdzie pod płotem nie zdechnie! Używam, aż mi to już bokami wyłazi. Pan myśli, że taka, jak ja, to już nic nie czuje, ani rozumie?… Przecież niezawsze wytykali mnie palcami… niezawsze byłam taka ostatnia… taka… — Naraz zaniosła się płaczem i chwycił ją suchy, rozdzierający kaszel.
Przyniósł jakieś lekarstwo i bardzo troskliwie zakrzątał się koło niej.
Uspokoiła się wkrótce, wytarła oczy i rzuciła mu się na szyję.
— Tylko pan Frani nie ukrzywdził, tylko pan jeden jest dobry, taki poczciwy, taki święty! taki kochany! — wołała, okrywając go namiętnemi pocałunkami.
Na dole zerwała się jakby wściekła burza, rozlegały się nieludzkie wrzaski, brzęki tłuczonego szkła i rozbijanie mebli.
Wyrwał się z jej uścisków, gdyż do drzwi ktoś zaczął się dobijać.
— Schowaj się do tamtego pokoju, prędko! — Zamknął za nią i dopiero poszedł otworzyć drzwi.
Zasapana Magdzia wniosła na tacy obfitą kolację.
— A to pani przysyła i dla tego pana, który przyjechał.
— Jedliśmy, ale zostaw. Cóżto u was za zabawa?
— A pan wrócił ze służby i tak se ano balują…
— I wesoły jak zawsze! — Rzucił nieznacznie gazetę na kapelusz Frani.
— A jużci, schlał się jak nieboskie stworzenie, i teraz wyprawia takie brewerje, pani go zamknęła, bo się już brał do bicia, sama siedzi se przy mnie w kuchni, a popłakuje i wyrzeka. Jabym się ta nie dała chłopu krzywdzić i poniewierać, nie! — rozpowiadała, zastawiając stół.
— Cóżby Magdzia zrobiła? — Patrzył niespokojnie na okrycie Frani, leżące na kanapie.
— Co? A jakby mi się upił, tobym go tak sprała, żeby mu się na drugi raz odechciało! Ale moja pani to jeno rączki łamie, lamentuje a boskiego zmiłowania czeka! A kajże to ten drugi pan? — przyglądała się podejrzliwie.
— Śpi w tamtym pokoju, zaraz go obudzę…
— To widzę, taki pan, co nosi kobiece obleczenie! — Dojrzała okrycie i, buchnąwszy śmiechem, uciekła, aż pod nią zadudniały schody.
— Żeby cię djabli, rozgada zwierzę po całym domu! — Zrzucił okrycie w kąt. — No, chodźże! — zawołał niecierpliwie, otwierając drzwi.
Ale Frania nie wyszła, stała przed portretami, wiszącemi na ścianie.
— Panie Józiu, a co to za facet ten — w siwej peruce?
— To mój pradziad.
— Pewnie jakiś aktor — że tak ślicznie ubrany. A gdzie on teraz pokazuje komedje?
— Na tamtym świecie! — Roześmiał się z jej naiwności.
— A ta pani, to ma dopiero fest przedsięwzięcia, no, mogłaby wykarmić całą stację! — wykrzyknęła przed portretem jakiejś damy, wspaniale wydekoltowanej.
— Głupiaś! — mruknął, niemile dotknięty.
— I te wszystkie książki pan przeczytał? — pytała zdumiona, wlokąc palcem po grzbietach książek, poustawianych na półkach.
— Naturalnie! Może co zjesz? Przyniosłem zająca z buraczkami, są i borówki…
— A zagraniczne też pan czyta? — Z trudem sylabizowała jakiś francuski tytuł.
— Wszystkie — pocóżbym je trzymał?
— To prawda, co mówią na linji, że pan umie po niemiecku, a nawet parlefranse?
— Prawda. Chodźże, tam zimno, jak w psiarni…
Drzwi za nią zamknął i zaczął spacerować, a Frania zabrała się do jedzenia dosyć łapczywie, ale nie miała apetytu i odstawiła wszystko na okno.
— Przecież zajączek nie hulnie przez szyby, co? A rano będzie wsuwa — że no!
Nie odpowiedział, zasiadła znowu do cerowania, podnosząc co chwila na niego oczy, pełne cichego podziwu.
Józio chodził nieustannie, ale niekiedy przystając przy oknie, patrzył w noc, na czerwone światła uciekających pociągów, i wzdychał jakoś tęskliwie.
— Czy to prawda, że pan Józio był dziedzicem? — spytała cichutko, lękliwie. Potwierdził, uśmiechając się dziwnie żałośnie.
— I miał pan prawdziwy dwór? I cugowe konie? I karety? I służbę w liberjach? I w kościele siadał pan przy ołtarzu w osobnej ławce? — Wpiła w niego oczy, zgorączkowane jakiemś wspomnieniem.
— Miałem! Miałem! Miałem! — powtarzał coraz ciszej i smutniej.
— I wszystko poszło… fiut, na bory i lasy! — Błysnęły łzami jej złote rzęsy.
— A poszło, psiakrew, poszło!
— I Żydy zabrały do ostatniego grdynia, jak panu Raciborskiemu, co?
— A wzięły! Nie warto nawet wspominać, nie warto. — Westchnął ciężko.
Chwyciła go za rękę i całowała z głębokiem współczuciem.
— Mój biedny dziedzic, moja sierota, mój jasny pan…
Wyrwał się dosyć szorstko i, pogwizdując, rzekł prędko, jakby gniewnie.
— Mniejsza z tem! Cóż tam słychać na linji?
Ale Frania odpowiadała niechętnie i o rzeczach dosyć mu znanych.
— Gdzie byłaś i u kogo?
— U pana Mikada siedziałam całe trzy miesiące.
— I wkońcu cię wylał!
— Wcale mnie nie wylał, tylko że wyjeżdża do Paryża i rzuca służbę…
Stanął, jak wryty, i długo nie mógł wydobyć ze siebie głosu.
— Mikado jedzie do Paryża? Mikado? Wziął cię na dobry kawał.
— Nie, na pewno jedzie, już sprzedał całe gospodarstwo, kupił od niego ten nowy dozorca, który przychodzi na jego miejsce. Sama naczelnikowa uczy go po francusku. Ma wyjechać już w przyszłym tygodniu, ale obiecał wyprawić na pożegnanie wspaniałą bibę. Pojedzie pan do niego?
— Obejdzie się żydowskie wesele bez marcepanów. A skądże wyrwał gotówkę?
— Dali mu jacyś państwo z Krakowa.
— Wielbiciele talentu! — szepnął drwiąco. — Naturalnie, poznali się na jego genjuszu! Nowy Matejko! — myślał, pełen zawistnej złośliwości.
Naraz zdołu buchnęły takie wrzaski, jakby się tam zarzynano.
— Hołota — psiakrew! Niepodobna już wytrzymać w tym domu.
— Zwyczajnie, jak w każdem małżeństwie! — zaśmiała się cichutko.
— Te bydlęta młócą się prawie codziennie. Ale — że nie puści kantem takiego draba!
— Bo najgorszy mąż jest lepszy od żadnego, a pan Soczek nie taki zły, nie…
— Znasz go z czasów kawalerskich, co? — rzucił wzgardliwie.
— Ale nie w taki sposób, jak pan myśli, nie! — zaprzeczała skwapliwie. — Przychodził często do moich rodziców, był jeszcze pomocnikiem i nieraz woził mnie na rezerwie po stacji, miałam z dziesięć lat, dawno już temu, dawno…
Wrzawa przycichła, rozlegały się tylko rozszlochane lamenty.
— Słyszysz, jak ryczy? zdrowo ją wypucował!
— Wcale jej nie żałuję, to ziółko, jak one wszystkie, jabym z nich kija nie zdejmowała, pan nie wie, co to są za cymesy! Damy, psiakrew! byle kocmołuch, a nos zadziera do góry, jak jaka hrabina — syczała nienawistnie.
— Musiała ci dobrze zalać sadła za skórę?
— Niechby tylko która spróbowała!
— Moja Franiu, co mnie to wszystko razem obchodzi!
— A jakie flejtuchy i próżniaki! — ciągnęła zapalczywie, nie zważając na jego zniecierpliwienie. — Przecież jak się przejeżdża którąkolwiek stację, to z każdego lufcika wyglądają — niby z budy — pofryzowane pudle. W mieszkaniach nigdy nie sprzątnięte, dzieci obdarte, wszystko aż lepi się od brudu, mąż idzie na służbę bez śniadania, bo pani nie ma czasu o tem myśleć, musi pilnować pociągów i szczerzyć zęby do pasażerów. Naturalnie — że front mają wystawny, wypchany ręcznikami, włosy ufryzowane, facjaty dobrze otynkowane i pooblepiane muszkami, wargi, jak krew, i bluzki — niby na bal, a oficyny zato w brudnych, obszarpanych kieckach i dziurawych pończochach, tego przecież nie widać z peronu! Znam ja je dobrze. A nieraz też widzę, jak to mąż wraca spracowany ze służby, a w domu pusto, zimno i niema co włożyć do pyska, bo pani na kawce u przyjaciółki, albo pojechała na romanse do Warszawy. A jak przeklinają swój los, jak się ciągle skarżą na biedę i na brak przyjemności. Myślałby kto, że się porodziły w pałacach. Na własne uszy słyszałam, jak pani Paleska krzyczała na swojego: „ukradnij a dawaj, od tegoś mąż! A nie chcesz, to znajdzie się taki, co będzie miał dla mnie i na powozy”. Jabym taką małpę zbiła, jak psa, i wypędziła na ulicę, niech sobie poprawi losu! Mówili, że pan Krukowski pompnął kasę na hulanki z dziewczynami, nieprawda, musiał żonie sprawiać po dziesięć sukien na rok i gości ciągle przyjmować, żeby się tylko żonusia nie nudziła, i teraz biedak doi kozę, a jaśnie pani kasjerowa spaceruje w podartych bucikach i przeklina zły los i złodzieja!
Rozgadała się już na dobre, przytaczając coraz więcej szczegółów i nazwisk, ale Józio nie słyszał, myślał bowiem z jakąś upartą, mściwie biczującą się złością.
— A ja! A ja! A ty zawsze będziesz tylko patrzył na przechodzące pociągi, zawsze będziesz tylko sprzedawał bilety, i zawsze będziesz marzył o niebieskich migdałach! Zawsze, zawsze!
Zamknął się nagle w swoim pokoju, zapalił lampę, siadł pod oknem przy długim stole, zawalonym albumami widoków, przewodnikami kolejowemi całego świata, Bedekerami, i nie wiedział, co zrobić ze sobą! Bezradnie błądził oczami po pokoju, zarzuconym rupieciami, próbował przeglądać albumy, szukał niecierpliwie na półkach jakiejś książki, to grzebał między stosami papierów, i wszystko leciało mu z rąk, i wszystko zarówno go nudziło.
— Mikado jedzie! A ja! A ja! — powtórzył z nagłym wybuchem gniewu.
— Czy pan mnie woła? — spytała Frania, zaglądając do pokoju.
— A tak, tak! Idź spać, już późno! Ja jeszcze trochę poczytam…
Niepokój nim zatargał, że jak nieprzytomny tłukł się po pokoju i rozbijał o sprzęty i graty, zalegające wszystkie kąty, wreszcie wpił głodne, zgorączkowane oczy w mapę, rozwieszoną na ścianie, i zwolna grążył się w niej, i tak przepadał w tęsknej kontemplacji, że nie słyszał krzątania się Frani, nie wiedział, że długo stała w progu, nie śmiejąc się odezwać, nie słyszał nawet przelatujących pociągów i świstów, jakby go porwał jakiś wicher kosmiczny i poniósł nad jakieś morza, rozmigotane w słońcu, i nad jakieś lądy, podobne do sinych chmur, że leciał, niby ptak, oszalały rozkoszą lotu i błądzenia w nieskończonościach.
— Panie Józiu! już bardzo późno! — zawołała lękliwie Frania.
— Zaraz idę, zaraz…
Odruchowo zaczął się rozbierać, ale, zdjąwszy kołnierzyk i marynarkę, zapomniał o tem, co miał zrobić, i znowu wparł się oczami w mapę, gdyż w plątaninie linij kolejowych, w chaosie nazw, zarysów granic, rzek, gór i krajów widniały podkreślone czerwonym ołówkiem nazwiska stolic niektórych, jakby tajemnicze, wiecznie kuszące wołania przestrzeni.
Paryż, Londyn, Madryt! Rzym!
I niby rubinowe wrota, rozwierały się przed jego olśnionemi oczami, niby święte wrota rajów, o których dusza śpiewała nieukojoną pieśń tęsknoty.
Wcisnął się w fotel i, powtarzając te nazwy z najgłębszą tkliwością, zamknął oczy i oddał się we władną i słodką moc marzenia.
Pociągi przelatywały z hukiem, trzęsły się ściany, szczękał klosz lampy, świsty rozdzierały powietrze, potężny rytm nieustannego ruchu przenikał go nawskroś, i po jakimś czasie zdało mu się, że już pędzi całą siłą pary…
Nie otwierał oczów, a widział przesuwające się z szaloną szybkością ciche krajobrazy nocy zimowej, przeogromne, zaśnieżone pola, niebo, zasiane blademi gwiazdami, uśpione, zaledwie dojrzane wsie, niekiedy jakaś stacja jawiła się na mgnienie, niby zbłąkane widmo, i przepadała, czasem w mrocznych pustkach zagrały łuny nad jakiemś miastem nieznanem, i znowu była tylko noc nieprzenikniona, milczenie i słupy telegraficzne uciekały wtył jakby jeszcze gwałtowniej, i uciekały posępne lasy, i uciekały pola, odziane w śnieżne całuny, a pociąg wciąż pędził naprzód z rozszalałym krzykiem potęgi.
Józio całe godziny unosił się tak gdzieś w nieokreślonych lotach marzeń i, ukołysany rytmicznym, monotonnym hukiem kół, zasnął znużony. Wkrótce zagasła lampa, Frania spała w drugim pokoju tak cicho, jakby bez oddechu, na dole zapanowało już głuche milczenie, tylko z linji odzywały się niekiedy trąbki dróżnicze i pod oknami nieustannie przelatywały pociągi: leciały zgorączkowane, ziejące parą i iskrami, rozmigotane światłami, zadyszane — i niby huragany rozlatywały się na wszystkie strony świata i ginęły w posępnej ciszy mroków, że tylko bure, skołtunione dymy tłukły się po oknach…
Dopiero nad ranem pierwsza przebudziła się Frania.
— Co pan tak marudzi, już strasznie późno! — zaczęła sennie grymasić.
Nie słyszał, spał, mocno wciśnięty w głęboki fotel.
— Żeby całą noc czytać! Kiepski warjat! — mruczała, zasypiając zpowrotem.
Obudził się dopiero o ósmej, jak zwykle, tylko bardziej zdenerwowany, niż zwykle, łaził po mieszkaniu jakiś zły i chmurny, spoglądając z urazą na Franię, która cichutko narządzała herbatę, nie śmiejąc ust otworzyć.
— Łazisz, jak zmokła kura, i nawet nie zakrzekorzysz! — zadrwił zniecierpliwiony.
— A bo pan się czegoś dąsa i nie śmiałam się odezwać.
Roześmiał się przyjaźnie, że przysunęła się z czułemi wymówkami.
— Tak mi było samej przykro… tak czekałam… a może pan już nie chce Frani…
— Przynajmniej raz wyspałaś się porządnie, bo nikt ci nie przeszkadzał.
— Ale dzisiaj musimy sobie powetować, nie będzie pan już czytał do rana, nie…
— Może, ale tymczasem nie zawracaj mi głowy! — Nie cierpiał mizdrzeń i czułości.
Odskoczyła zadąsana, niby psiak, boleśnie kopnięty.
— Kiedy tak, to zabiorę swoje gałganki i pójdę się bawić na inne podwórko.
Milczał, zapatrzony w okno, na rezerwę, manewrującą po stacji.
— Jak Bozię kocham, ale z panem tak ciężko dojść do ładu, niby z rodzonym mężem. Przemówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu! A bo nie tak, co? Pan Mikado — to facet całkiem na inszy fason! Jak zły, to zaraz zaklnie, wykrzyczy, zpsiekrwia i gotów nawet wjechać na cyferblat, ale zato jak jest w humorze, to tylko śpiewa, figluje i ściska, że trzeszczą żebra, i gotów oddać ostatnią koszulę. Z takim to zaraz człowiek wie, skąd wieje i gdzie dmuchać!
— Jeżeli chcesz, to zabierz sobie wszystkie rzeczy z mieszkania! — rzekł niespodzianie.
— Zawracanie kontrafałdy! co pana znowu ugryzło?
— Zabierz wszystko, wszystko — i uciekaj ode mnie, uciekaj! — Oczy mu rozbłysły jakoś dziwnie, twarz zbielała, i wargi się zatrzęsły. Przestraszyła się ogromnie.
— Co się panu stało? Może pan chory? Polecę po jakie krople…
— Nic mi nie jest i nic mi nie potrzeba! — rzucił twardo i zabrał się do mycia.
— Może sprzątnąć tamten pokój, dobrze? — Nie wiedziała już, co zrobić ze sobą.
— Dobrze, nie tykaj tylko papierów i książek! — zawołał za nią niespokojnie.
— Ależ to lamus! Prawdziwy lamus! — wykrzykiwała co chwila.
Jakoż istotnie pokój był tak zawalony, że ledwie się było można przecisnąć wśród przeróżnych rupieci; stały tam jakieś przedziwne biureczka z resztkami bronzów; jakieś wyzłacane kiedyś kanapki, całe w strzępach obić; jakieś szafeczki i stoliki, powykręcane dziwacznie, jakby w menuetowych dygach; jakieś obrazy bez ram, obtłuczone porcelany, uprzęże, nabijane pozieleniałym mosiądzem, siodło o wysokich kulbakach, zardzewiałe strzelby i pałasze, kolekcje nadzwyczajnych cybuchów, pozwijane dywany, stosy roczników jakichś pism, a wszystko to zmieszane, jak groch z kapustą, i pokryte wieloletnim kurzem, miałem węglowym i niedopałkami papierosów.
Na jednej ze ścian, pomiędzy portretami wisiał ogromny wieniec z kłosów pszenicznych, przewinięty spłowiałemi wstęgami.
— To pewnie jeszcze ze dworu? Jabym wyrzuciła na śmiecie tę graciarnię.
— Nie ruszaj, niech sobie odpoczywają w pokoju! — odezwał się żartobliwie.
— A jaki wspaniały kufer! O, i waliza zupełnie nowa!
— Nie wyciągaj, niech stoją pod stołem, mniej się tam kurzą.
— Czy pan się gdzie wybiera? — spytała nieco później, nalewając mu herbatę.
— A tak, moja najdroższa, wybieram się trochę w świat!
— Daleko?
— Bardzo daleko, może nawet do Ameryki.
— I do samej Ameryki dyrekcja daje bilety?
— Naturalnie, zresztą mniejsza o bilety, głupstwo.
— A hopki się już ma na drogę?
— Będą, to bagatela! — odpowiedział z wielkopańską niedbałością.
— Jak Bozię kocham, ale zupełnie nie rozumiem, poco ludzie jeżdżą zagranicę?
— Poco? Głuptas jesteś, że tego nie rozumiesz! Poco? — zawahał się nieco.
— Przecież i ja coś wiem, bo już byłam zagranicą. Pan Mikado wziął mnie raz do Katowic. Jakeśmy siedli do pociągu, to myślałam, że umrę z radości, aż się zbeczałam, i byłam pewna, że Bóg wie co zobaczę. Przyjeżdżamy, patrzę, wytrzeszczam gały, a za tą zagranicą wszystko tak samo, jak u nas, tylko — że szwargoczą po niemiecku. Zupełnie mi się nie podobało — i domy mają takie same, i deszcz padał tak samo, jak u nas, i błoto było, jak u nas! Mają tylko nadzwyczajne sklepy i można tanio nakupić różnych śliczności. Kupiłam sobie bluzkę i materjału na suknię, ale potem mieliśmy awanturę, bo jakiś szwab łaził za nami i sypał do mnie takie perskie oko, że pan Mikado trzepnął go w facjatę!
— Katowice! Boże się zmiłuj! A któż jeździ do Katowic? chyba kolejarze! Paryż! Londyn! Rzym! Neapol! to jest dopiero prawdziwa zagranica!
— I naprawdę tam jest tak ślicznie?
— To są raje prawdziwe, rozumiesz? cudowne, wymarzone raje! Nie mogę o nich wspominać bez zachwytu — mówił gorąco, śpiesznie popijając herbatę, gdyż dochodziła dziewiąta i czas było iść na służbę. — Boże, żeby to można rzucić wszystko i lecieć w cały świat, jak ptak! I jak ptak rozwinąć skrzydła i ważyć się w słońcu, odpoczywać gdzieś na szczytach, i ginąć w nieskończonościach. Choćby raz jeden w życiu obejrzeć te cuda i upić się niemi, upić się na śmierć i przepaść! — marzył głośno, zapomniawszy o Frani, która szepnęła z głupowatym uśmiechem:
— Że to panu się nie sprzykrzy takie ciągłe tryndanie!
— Włóczyłbym się całe życie, żebym tylko mógł! — powiedział żałośnie.
— Na linji mówią, że te pańskie jazdy po zagranicach — to blaga i naciąganie…
Porwał się gwałtownie, wyjrzał oknem na sygnały i, kładąc palto, pytał dziwnie roztrzęsionym głosem, nie patrząc jej w oczy.
— Cóżto za dureń ci mówił?
— Wszyscy. Pan Mikado wspominał kiedyś o pańskich podróżach, to ten dzięcioł z Rokitna powiedział, że to są derdymały i zawracanie frajerom głowy! Że pan nigdzie nawet nosa nie wytknął zagranicę. Pokazałam mu język, niecierpię tej rudej mordy! Ale oni pana nie lubią i przezywają jaśnie panem i hrabiczem. To dopiero hołota, co! Prawda, że pan nie blaguje? Prawda! Przecież pan nie taki, jak oni?…
Wysłuchał cierpliwie i, zapiąwszy palto, rzekł cicho:
— Przyjdę w południe, obiad przyniosą na górę, to zjemy razem, ale — jeżeli się chcesz przejść po mieście…
— Także, spacery mi tam w głowie, kiedy w domu tyle roboty!
Ucałował ją z głęboką wdzięcznością.
— A ja panu Józiowi wierzę, jak już nie wiem komu! — Rzuciła mu się na szyję.
— Z ciebie byłaby dobra żona! — wyrzekł poważnie.
— To niech się pan ze mną ożeni! — buchnęła śmiechem, ale tak dziwnie spojrzał, iż uciekła zmieszana i, wyzierając oknem, zaczęła prędko trzepać: — Oho! śnieg sypie, jak z worka! Osobowy wyszedł, podali już halt!
Poleciał śpiesznie, na dole w uchylonych drzwiach mignęła uśmiechnięta twarz pani Zofji, a ich wyżeł odprowadzał go w gigantycznych podskokach.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.