Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zgadliście, właśnie odprowadzam mu pieska i zabiorę dubeltówkę.
— Uważajcie, może wystrzelić, zwłaszcza, jeśli nabita!
— Kpicie ze wszystkiego i nigdy z wami nie można pomówić serjo…
— Ależ można — i zaraz wam powiem zupełnie serjo, co się potem stanie: jutro zamienicie broń, no, dajmy na to, na torbę borsuczą, za tydzień torba przemieni się na kordelas, potem kordelas stanie się rogiem do prochu, a wkońcu zamienicie róg na parę spinek do mankietów, które wyrzucicie za okno. Nie tak bywało?
— Orzynali mnie czasem, ale teraz robię kokosowy interes; prawie nowa lankastrówka za jamnika, który mnie kosztuje dwie laubzegowe ramki! Pan Raciborski już chce kupić ode mnie fuzję! — zawołał triumfująco.
— Wiecie, jak się to razem nazywa? Zamienił stryjek siekierkę na kijek, czyli kiełbie we łbie!
Wpadł maszynista rezerwowy, cały zaśnieżony.
— Chodźcie, synkowie, na gorzałkę, zmarzłem, jak pies, a zaraz muszę rznąć na linję torować drogę przed pocztowym! Poszoł won! — krzyknął na warczącego jamnika, chwycił go za kark, zajrzał mu w zęby i rzucił na kanapę.
— Ostrożnie, to już nie pies, ale prawie nabita lankastrówka! — zaśmiał się Józio, rozpowiadając po drodze historję zamiany.