Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stało się, a za tydzień wyjeżdżam, puszczam kantem kolej, służbę naczelników i niosę się we świat! W szeroki, straszny, i cudny świat! — wołał entuzjastycznie.
— I Paryż dziura, tylko nieco większa od drugich! — szepnął wzgardliwie Józio.
— Paryż dziura! Boże drogi, tak strasznie bluźnią ci ludzie, a ty nie grzmisz! — wykrzykiwał ze śmiechem, tłukąc dla rozgrzewki nogę o nogę. Był porywająco brzydki, miał w twarzy wszystko za wielkie: za długi nos, usta za szerokie, brodę za kwadratową, czoło za wysokie — o potężnych, lwich wypukłościach, i włosy za bujne, tworzyły bowiem dziką, zwichrzoną puszczę koloru dojrzałego żyta, tylko oczy miał prześliczne, szafirowe i lśniące, jak oczy dziecka.
— I nie boicie się? Rzucać posadę i jechać tak na niepewne, bez środków, bez stosunków i bez języka, to trzeba mieć odwagę nielada.
— Przedewszystkiem będę miał po sto franków miesięcznie przez pierwszy rok, a potem może Bozia też nie opuści, języka nieco się już poduczyłem, a resztę na miejscu, stosunków mi nie potrzeba, nie jadę na balowanie, ale na pracę i uczenie się! Pewnie, że odwagi mi nie brakuje, przecież to gra o całe moje życie! Ale wygram, zobaczycie! Jeszcze o mnie będzie głośno!
— Wierzę, że Polsce przybędzie nowy Rafael! — uśmiechnął się złośliwie.