Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Że aż włosy stają dęba i febra trzęsie ze strachu! — suflował Józio poważnie.
— I człowiekowi zbiera się na jazdę do Rygi! — wtrącił rubasznie zawiadowca.
Panna Irena rozczapierzyła się, jak indyczka, poprawiła binokli i, zwracając do nich groźny, siny nos, syknęła wzgardliwie:
— Dla panów są tylko święte rozkłady jazdy! I zrozumiałe — dodała.
— I okólniki naszych władz! — dorzucił Józio; ale żeby ją ułagodzić, zaczął innym, prawie pokornym tonem: — Mamy po czternaście godzin służby na dobę i…
— To nic nie znaczy! — przerwała mu wyniośle. — Można zawsze znaleźć czas do nakarmienia własnej duszy! Ale panowie wolą karty, polowania i bufety…
— A przytem rozmaitego gatunku panny Franie i Marychny! — dodała ze złowrogim naciskiem pani domu, obcierając nosy najmłodszym pociechom.
Zawiadowca coś pilnie zabawiał się z pieskami, a Józio, przewracając machinalnie kartki, zatrzymał się w jakiemś miejscu i zaczął głośno czytać:
„Lubię, gdy mi kobieta“…
Ale już po pierwszych wierszach pani domu zakrzyczała wzburzona:
— Fe! takie paskudztwo! Przecież wstyd tego słuchać!
— To z ewangelji panny Ireny, nawet podkreślone ołówkiem, wiersz nieco zabrudzony, jakby