Iliada (Przybylski)/Xięga I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Homer
Tytuł Iliady Xięga I
Pochodzenie Iliada
Redaktor Franciszek Ksawery Dmochowski
Data wydania 1804
Drukarz w Drukarni Xięży Piarów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jacek Przybylski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Całe wydanie
Pobierz jako: Pobierz Całe wydanie jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe wydanie jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe wydanie jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

ILIADY
XIĘGA I.
Przekładania Jacka Przybylskiego.

Gniew Achillesa śpieway, Muzo! gniew zgubliwy,
Co tysiączne nieszczęścia zwalił na Achiwy,
I wielu bohatyrów w kray Plutona mroczny,
Silne dusze postrącał, a kupie żarłocznéy
Psów i sępów rozszarpać dał niegrzebne ciała.
(W czém się wszystkiém Jowisza wola wypełniała)
Odkąd zostali swarem poróżnieni dzikim
Atreyczyk wódz narodów z boskim Peleyczykiem.
Któryż ich z bogów zwaśnił? i czém obrażony?
Apollo syn Jowisza z Tytanki Latony,
Rozgniewany na wodza, żołnierzy uderzył,
Zaraźliwe choroby w obozie rozszerzył,
I gubiła lud zemsta boga niezbłagana
Za to, że król znieważył Chryzesa kapłana.
Chryzes przyszedł do szybkich Achayskich okrętów,
Pragnący córę z jeńczych oswobodzić petów,
Niósł okup w upominkach rozlicznych kosztowny,
Za lube dziecię oyciec i starzec szanowny.
Miał w ręku Apollina wieniec wawrzynowy
Z berłem złotém, a siwéy nakłoniwszy głowy,
Tak żebrał zaklinaiąc wszystkich Greckich panów,
Naybardziéy zaś Atreyców dwóch związku hetmanów:

„Atreycy! i wy drudzy zbroyni Argiwowie!
Oby wam poszczęścili Olimpscy bogowie
Rychło zdobydź Jlium miasto Pryamowe,
A z plonem zdrowo progi oglądać domowe.
Lecz wróćcie mi za okup moie drogie dziecię,
Jeśli zdalastrzelnego Feba się boicie.„
Rzekł: a wszyscy Danaycy zgodnie mu sprzyiali,
Uczcić kapłana, przyiąć okup doradzali.
Lecz sam król Agamemnon, co mu nie w smak było,
Źle zbył starca, i przydał zapowiedź niemiłą:
„Niech cię nie spotkam, starcze! gdzie naw stanowisko,
Ni mi tu stóy, ni potém śmiey przystąpić blisko,
Bo cię ni wieniec boga, ni berło nie zbroni.
Jéy nie wypuszczę, chyba aż ią starość zgoni
Na służbie w domu naszym pod pańską opieką,
W stolicy Argos od iéy oyczyzny daleko.
Musi tkać płótno, musi moie dzielić łoże.
Precz! nie jątrz! pókiś cały, pókić ieszcze grożę.„
Rzekł: a starzec ustąpił zlękły groźbą iego,
I cicho szedł po brzegu morza szumiącego;
Lecz na ustroniu głośno wzywał, rozrzewniony
Feba, co z krasnowłosey rodził się Latony:
„Usłysz mnie Srebrnołuki, co się opiekuiesz
Chryzą i boską Cyllą, w Tenedzie króluiesz;
Sminteju! ieślim maił twą świątynią w kwiatki,
Lub kiedy tłuste byków i kóz piekł łopatki,

Zjść mi żądzę: niech będą tknięci od twéy strzały
Danaycy, za łzy, co się z mych oczu wylały.„
Rzekł; a Feb się zlitował nad lubym kapłanem,
Zstąpił z wierzchołków nieba z sercem zagniewanem.
Miał z barki łuk i saydak pokryty: a strzały
Na mściwego ramionach groźliwie szczękały,
Gdy sobą ruszał; sam zaś mglistym się otoczył
Obłokiem, i podobien ciemnéy nocy kroczył.
Wnet siadłszy odal od naw zmiótł strzałę z cięciwy,
A wark srebrnego łuku, rozległ się straszliwy.
Naprzód strzelał cierpliwe muły i psy białe,
Wreście puścił wyroczną i na ludzi strzałę.
Skąd codzień mnogie trupów zapalano stosy,
A prze dni dziewięć środkiem woysk szły boskie ciosy.
Dziesiątego Achilles natchnieniem wzbudzony
Troskliwéy o Danayców bogini Junony,
(Bo z boleścią patrzyła, iak marły gromady,)
Zawołał Danayskie wodze i gminy do rady;
A gdy w jedno zebrany lud odezwy czeka,
Chybkonogi Achilles wstawszy tak przerzeka:
„Atreycze! nam znów przyydzie błąkać się w podróży,
Jeśli tu przód trupami śmierć nas nie położy
Bo wraz i woyna i mór Achiwów wynędza.
Lecz spytaymy się wieszczka iakiego, lub xiędza,
Lub snów tłumacza, (wszak Sen od Jowisza z nieba)
Niech powie, skąd taki gniew Apollina Feba?

Czy za zwleczenie ślubu cierpimy te kary?
Czy żeśmy zaniedbali dadź sta głów ofiary?
Zbłagać go wonią iagniąt i kóz przystałoby,
Żeby od nas śmiertelne chciał zwrócić choroby.„
Rzekł bohatyr i usiadł; a Kalchas powstawszy
Testorczyk, z ptakowróżców wieszczek nayciekawszy,
Który pamięcią rzeczy przeszłe ogarnywał,
Znał dobrze teraźnieysze, a przyszłe zgadywał,
I Achayskie okręty styrował pod Troię,
Poważany od wszystkich przez wróżenia swoie,
Co ie otrzymał z daru Feba Apollina,
A zawsze mądrze radził, tak mówić zaczyna:
„Każesz powiedzieć bogu, miły Achillesie!
Za co nam Zdalastrzelny w gniewie czuć daie się?
Ja powiem, lecz mi zaręcz i waruy przysięgą,
Że mnie chętnie zasłonisz słów i rąk potęgą.
Bo przeczuwam, że mocarz gniewem się rozpali,
Król Argów, co mu zwierzchność Danaycy przyznali:
Mocnieyszy zaś król, gdy się gniewa na słabszego;
Bo choć strawi urazę dnia tego samego;
Karmi w piersiach nienawiść, aż zemstę wykona.
Powiedzże mi, czy dla mnie iest w tobie obrona?„
Chybkonogi Achilles wraz wyrzekł do niego:
„Powiedz, co wiesz, bezpieczen! nie bóy się niczego:
Bo na Feba, któremu modlisz się Kalchasie!
Wróżąc Danaycom, nic ci złego nie przyda się.

Nikt się tu, pokąd ia żyw i patrzę po ziemi,
Nie odważy rękoma tknąć cię gwałtownemi.
Nikt z Danayców, choćbyś rzekł i Agamemnona,
Którego dziś moc w związku zbyt przez się wielbiona.„
Niewinny wieszczek śmielszy wraz tak wróżbę śpiewa:
„Nie o ślub, nie o stogłów, Feb się na nas gniewa,
Lecz że kapłan zhańbiony od Agamemnona,
Dary iego wzgardzone, córa nie wrócona.
Już zranił Zdalastrzelny, ieszcze zada razy;
Ni wprzód powściągnie ciężkie dłonie od zarazy,
Aż będzie bez okupu i bez darowizny
Odwieziona do Chryzy swéy świętéy oyczyzny
Wabooka dziewica oycu karzącemu
Uroczyście posłana, a wtedy bydź może,
Że się nam dasz przebłagać Febie wielki boże!„
Tak rzekłszy Kalchas usiadł; a wraz powstał smętny
Bohatyr Agamemnon przestronnie maiętny.
Gniewy mu serce zwarły, a rozum przyćmiły,
Oczy mu się iak żywy ogień zaiskrzyły.
Złośliwie na Kalchasa weyrzał i przemawia:
„Zły wieszczu! nic szczęsnego twoia pieśń nie zjawia.
Zawsze ty lubisz smutne opiewać nowiny.
Nigdy dobre nie były twe słowa, ni czyny,
I dziś mi wśród Danayców wróżąc twierdzisz w oczy,
Że za to Zdalastrzelny bole na nas tłoczy,

Iż wziąć za Chryzeidę okupu nie chciałem.
Bom ią żądał mieć w domu, bo ią ukochałem,
Bo ią nad Klitemnestrę żonę moię własną
Przekładałem, choć niemniéy przemyślną i krasną,
A panną mi ślubiona była Tyndarowna.
Ta zaś twarzą, przemysłem i pracą iéy zrówna.
Jeśli zaś lepiéy wrócić, nie iestem przeczący,
Wolę widzieć lud zdrowy, niż umieraiący.
Lecz niech mi wraz nagrody będą zgotowane,
Niech bez zysku z Achiwów ia sam nie zostanę,
Wszak to widzicie wszyscy, że tak się nie godzi:
Że mi moia nagroda gdzieindziéy przechodzi.„
Jemu zaś chybkonogi Achilles tak rzecze:
„Atreycze! siebiechwalco! łakomy człowiecze!
Jakżeć dadzą nagrodę Danaycy wspaniali?
Wież kto, czyśmy gdzie dotąd wspólny skarb zsypali!
Był dział łupów z miast wziętych, narodow uchwałą:
A nie zdobi, znów zkupiać, co się raz rozdało.
Ty! dziś téy ustąp bogu; a Danaycy ci to
Troiako i czworako nagrodzą sowito,
Jeśli im kiedy Jowisz da posiłki swoie,
Znieść mocnemi twierdzami opasaną Troię.„
Na to król Agamemnon ozwie się surowo:
„O Achillesie! nie błądź tak daleko głową.
Chocieś podobien bogu i siłę masz władną,
Nie potrafisz mnie podeyśdź, ni ułudzić snadno.

Sam chcesz mieć twą nagrodę? a ia na ohydę
Siędę potrzebien? każesz wrócić Chryzeidę?
Dobrze, lecz mi wraz stratę Achiwy opłacą
Zgodnie do moiéy woli, żeby było za co.
Jeśli nie, ia sam sobie wezmę (daię słowo)
Twoię, lub Aiaxową, lub Ulissesową,
Ten zaś, co go nawiedzę, ciężko rozgniewa się.
Ale o tém w wolnieyszym pomyślimy czasie.
Teraz na boskie morze okręt puśćmy czarny,
Opatrzmy w zręcznych maytków stem bydląt ciężarny.
Każmy i pięknolicey wsiadać Chryzeidzie,
Niech z nią za przewodnika ieden z królów wnidzie.
Aiaxie! Idomenie! boski Ulissesie!
Lub niech tobie, Peleycze! ten los dostanie się,
Coś to naystrasznieyszego z mężów pełen sławy!
Zbłagać zdalaczynnego przez święte wyprawy.„
Spóyrzał krzywo Achilles i z gniewem odpowie:
„O bezwstydny! roiący lisie myśli w w głowie!
Jakże cię kto z Achiwów usłucha, ażeby
Szedł na zasadzki, lub się bił w czasie potrzeby?
Wszak ia nie dla orężnych Troyców tu przybyłem
Woiować? bo ich nigdy o nic nie winiłem.
Nie zegnali mi z pola wołów, ani koni,
Ni w skibistéy a żyznéy Ftyi kiedy oni
Psuli mi urodzaie, bo liczne przegrody
Od nas, cienne gór lasy i szumne mórz wody.

Lecz zwiedliśmy pod Troie woiowników tłoki
Dla czci Menelasowi i tobie! psiooki?
A ty bez względu dla nas masz dumę i wzgardę.
Już i mnie wziąć nagrodę groźby czynisz twarde?
Com ią krwawo wysłużył? a Grecy mi dali?
Anibyśmy się kiedy w nagrodzie zrównali,
Gdy zburzą ludną Troię, ia zaś moią ręką
Toczę po większéy części woynę wieloięką.
Twóy plon (ieśli nastąpią kiedy nowe działy)
Będzie daleko większy; ia luby choć mały
Trzymaiąc, na okręty odchodzę spokoynie,
Choć sam naywięcéy na téy pracowałem woynie.
Teraz do Ftyi wracam, bo lepiéy do domu
Płynąć z pyskatą flotą, niż ulegać komu.
A nie rozumiem, żebyś, skorom tu zelżony,
Sam wyczerpnął zdróy bogactw i zagarnął plony.„
Król mężów Agamemnon wraz mu odpowiedział:
„Uciekay, gdy tak myślisz, ni żebyś tu siedział
Dla mnie, proszę. Inni mnie związkowi zaszczycą,
A zwłaszcza radny Jowisz wesprze swą prawicą.
Tyś mi tu z boskich królów sam nieprzyiacielem,
Zawsze zaczepki, zwady, bitwy są twym celem.
Jeśli się chlubisz z siły, ten dar masz od boga,
Szczęśliwa ci z ziomkami i z okręty droga!
Panuy twym Mirmidonom, twóy gniew mnie nie zmoże,
Ja o kłótnika nie dbam, tak ci zaś pogrożę:

Kiedy dziś Chryzeidę Apollo bierze mi,
(Bo ią poślę okrętem moim i z moiemi,)
Ja piękną Bryzeidę pod twoim namiotem,
Sam wezmę, i uwiodę, żebyś wiedział o tém,
Żem mocnieyszy od ciebie. Niech się drudzy boią
Równać mi się i zwierzchność w brew przyswaiać moią.„
Tak rzekł król; a Peleyczyk żółcią był zjątrzony,
Serce w kosmatéy piersi, gnie mu się w dwie strony;
Czy miał wydobydź wtedy ostry miecz od boku,
I ubić Atreyczyka usunąwszy tłoku?
Czy gniew ukoić? żądzę zhamować gwałtowną?
Tak w sercu i umyśle wahał się zarówno,
Ciągnąc z pochew miecz wielki; wtém z nieba zjawiona
Minerwa, (bo ią prędko wysłała Junona,
Z przywiązania o obu troszcząca się losy)
Stanie, i za żółte go z tyłu chwyci włosy,
(A iemu się samemu tylko pokazała;
Ni iéy innego Greka zrzenica widziała).
Drgnie zdumiony bohatyr, w tył głowę nachyli,
I Ateńską Palladę uzna w téyże chwili,
A straszliwie oczyma błysnął ognistemi,
Tak zaś rzekł do Minerwy słowy skrzydlatemi:
„Po cóż tu schodzisz? córo wstrząsacza Egidy!
Słyszeć Agamemnona Atreyczyka szydy?
Ale ci się oświadczam i chcę ręczyć za to,
Że on przypłaci pychy wkrótce życia stratą.„

Jemu zaś modrooka Minerwa odpowie:
„Zchodzę gniew twóy przyśmierzyć, ieśli na mém słowie
Przestaniesz. Wysłała mnie tu z nieba Junona,
Obu was kochaiąca, obu sprzymierzona.
Nuże zaniechay boiu, ni miecza dobyway;
Lecz się słowy z Atreycem, iak chcesz, przegadyway,
A ia ci przepowiadam, i to się uiści,
Że trzykroć tyle darów szacownych w korzyści
Przyydzie ci za tę krzywdę, lecz się miarkuy w zwadzie,
A naszéy przyiacielskiéy chciey zaufać radzie.„
Chybkonogi Achilles odrzekł iéy wzaiemnie:
„Chowam, boginie! słowo wasze, ile zemnie,
Bo tak lepiéy, choć zemstą pałam rozgniewany.
Wszak kto posłuszen bogom, chętniéy iest słuchany.„
Tak rzekł; a ieszcze w dłoni obeymował silnéy
Srebrną rękoieść, lecz się wnet radzie przychylnéy
Poddał, i miecz swóy wielki w pochwy wsunął znowu,
Ni się dłużéy Minerwy nie opierał słowu.
Bogini wraz w gwiaździste niebo ustąpiła,
Gdzie mieszka Jowisz i władz nieśmiertelnych siła.
Peleyczyk zaś Atreyca znów potwarzał mściwie,
Jeszcze w piérwszym ochłodnąć nie mogący gniewie:
„Opoiu! masz psie oczy, a serce ielenie,
U ciebie iśdź na woynę, iest iśdź na zginienie.
Nigdyś się nie śmiał zbroić z towarzyszmi twemi,
Ni wypaśdź na zasadzkę z Achiwów piérwszemi,

Bo w rozległym obozie daleko szcześliwiéy
Wydzierać dary temu, kto ci się sprzeciwi.
Królu żarłoku ludu! służą ci niezdatni,
Zaiste dziś Atreycze! lżyłbyś raz ostatni.
Lecz mówięć i przysięgam iak nayuroczyściéy
Przez to berło, co nigdy gałązek ni liści
Nie wyda, gdyż obcinki ztrząsło miedzy góry,
Ni zakwitnie złupione i z liścia i z kory
Ostrzem miedzi; a teraz trzymaią go wszędzie
W dłoni syny Achiwów, narodowe sędzie,
Co z mądrości Jowisza wyczerpnęli prawa.
To ci niech za naywiększą przysięgę obstawa:
Przyydzie czas, gdy się wszystkich Achiwów życzenia
Złączą, by z Achillesa mieć pomoc ramienia,
A ty, choć cierpieć będziesz, nie zaradzisz władnie,
Gdy wielu od Hektora mężobóycy padnie;
Wtedy poczniesz wewnątrz przy gniewie zgryzotę,
Iżeś naysilnieyszego z Achiwów lżył cnotę.„
Tak rzekł Peleyczyk; a wraz zatoczył po ziemi
Królewskie berło gwoźdźmi nasadne złotemi,
I usiadł; Atreyczyk zaś dąsał się bezmiary.
Wtém wstał Nestor, Piliyców krasomówca stary,
Co mu słowa z warg słodsze od miodu płynęły;
A iuż za życia iego dwa wieki minęły
Różnoięzykich ludzi, co się z nim rodzili
Niegdyś razem i razem odchowani byli

W boskim Pilos, gdzie trzeciem pokoleniem rządził.
Rzekł zaś, iak zawsze radził rostropnie i sądził:
„Przebóg! żałoba chłonie Achayskie krainy!
Cieszyć się będzie Pryam i Pryama syny,
I inne Troycy sprawią radosne biesiady,
Gdy posłyszą o wszystkiem, iakie u was zwady,
A z was Danaycom w radzie i w woysku ozdoba!
Lecz daycie się przekonać, boście młodsi oba.
I iam z lepszemi od was, co przed laty żyli,
Spółkował, a nigdy mnie lekce nie ważyli.
Ani iuż takich mężów więcéy nie zobaczę,
Jak Pirytousz, Dryas, narodów władacze,
Ceney, boski Polifem, lub Exady bywał,
Lub Tezeusz Egieyczyk, nieśmiertelnych rywał.
Oni to z mężów ziemskich naysilnieysi byli,
Jak téż z naysilnieyszemi w zapasy chodzili.
Oni zgładzili zwierzów górolężnych srogo,
Z niemi było wędrować precz od Pilos błogo
Daleko od Apii, gdziekolwiek wezwano,
I iam téż walczył siłą ieszcze niestarganą.
Lecz z teraźnieyszych wszystkich mocarzów na ziemi,
Aniby umiał który doświadczać się z niemi;
A słuchali mey rady i powolni byli,
Tak i wy usłuchaycie, bo w zgodzie żyć miléy.
Ty! choć hetmanisz, nie bierz dziewicy drugiemu,
Zostaw nagrodę daną od Achiwów iemu.

I ty się téż Peleycze! nie przeciw królowi,
Bo się nigdy podobna berła piastunowi
Nie zdarzyła dostoyność, iaką dał mu Jowisz.
I choć, żeś syn bogini, żeś silnieyszy, powiész,
On iednak potężnieyszy, bo liczne Achiwy
Ma pod sobą. Więc poskrom Atreycze! twe gniewy;
Ja zaś proszę Peleyca, żeby był spokoyny,
Bo on iest murem Greków od szkodliwéy woyny.„
Jemu król Agamemnon odpowie nawzaiem:
„Starcze! że wszystko godnie wyrzekłeś, przyznaiem,
Lecz ten człowiek nad innych wszystkich się przesadza,
Chce, żeby wszędy iego górowała władza,
Żeby wszyscy zawiśli od iego rozkazu.
Lecz mniemam, nie dokaże tego ani razu.
Jeśli go chcieli bitnym mieć bogowie wieczni,
Czy mu lżyć pozwalaią przeto naywszeteczniéy?„
Przerwał boski Achilles skargę rozwlekaną,
I rzekł: „Jużby mnie tchórzem i podłym nazwano,
Gdybym ci tak ulegał we wszystkiem, iak gadasz.
Rozkaż to sobie innym, nad któremi władasz;
Ale mnie nie rozkazuy, bo nie ustąpię ci,
Coś ci inszego powiem, a ty miéy w pamięci:
Bić się nie myślę z tobą, ani z nikim w świecie
O dziewczynę, coście mi dali i bierzecie;
Lecz rzeczy innych, które mam na czarnéy nawie,
Nie tkniesz bez moiéy woli, bo się tam rozprawię.

Doświadcz tylko, zobaczą i ci, iak kaleczę,
Wnet ci po tym oszczepie czarna krew pociecze.„
Tak królowie, co słowy spierać się powstali
Przy okrętach, spór długi i radę przerwali.
Peleyczyk poszedł usiąśdź do Tessalskiéy floty,
Wiodąc Menecyyczyka i swych ziomków roty;
Atreyczyk zaś na morze okręt zaprowadził,
Dobrał dwudziestu maytków, i sto bydląt wsadził.
Wsiadła i Chryzeida za iego ukazem,
A rostropny Ulisses popłynął z nią razem.
Kiedy ci żeglowali przez mokre równiny,
Atreyczyk kazał woysku oczyścić się z winy.
Gminy przy oczyścinach brud w morze zmiatały.
Wraz Febowi sprawiano poświęt doskonały,
Na piaskach morskich mnóstwo kóz i byków rznięto;
A z palonych dym w niebo szedł z wonią zaiętą.
Tak się wkoło ofiary krzątali woyskowi;
Agamemnon zaś knował gwałt Achillesowi:
Chciał mu dać uczuć skutek gniewów swoich groźnych,
Przyzywa Eurybata i Taltyba woźnych,
Dwóch dzielnych urzędników, którzy mieli pieczę
Głosić królewskie wskazy, a tak do nich rzecze:
„Idźcie do Achillesa Peleyca namiotu,
Za rękę Bryzeidę wziąwszy zwiedźcie ią tu.
Jeśli nie da, sam póydę, z wielą mego dopnę.
Lecz moie przyyście będzie mu bardziéy okropne!„

Rzekł i wskazał; a oni na wskaz tak surowy
Szli niechętni po morza mieliźnie iałowéy
Do Mirmidońskiéy floty. Tam króla samego
Znaleźli przed namiotem u naw siedzącego.
Achilles, gdy ich zoczył, nie był pocieszony;
Ci zaś drżący królowi oddawszy ukłony
Stanęli, a nic żaden nie rzekł, ni się pytał,
Lecz król, który iuż poznał, wnet ich tak przywitał:
„Witaycież od Jowisza i mężów zesłani!
Zbliżcie się, woźni! któż wasz święty urząd gani?
Sam tylko Agamemnon u mnie iest winiony,
Co was po Bryzeidę posyła w te strony.
Zacny Patroklu! postaw dziewicę przed niemi,
Niech ią wiodą. Ja wami świadczę się samemi
W obliczu wiecznych bogów i śmiertelnych ludzi,
I okrutnego króla: Gdy się znów obudzi
Srogi mór, a mnie trzeba będzie dla ochrony,
(Bo ten szalenie radzi myśleć nieuczony,
Ni przyszłość obecnemi wymierzać rzeczami,)
Niech się u naw Achaycy zdrowo biią sami.„
Rzekł; a Patrokl iak kazał przyiaciel, wraz sprawił,
Z namiotu pięknolicą Bryzeidę stawił,
I oddał posłom. Ci szli do Agamemnona,
A niewiasta kroczyła z niemi przymuszona.
Achilles wnet rzewnemi zalawszy się łzami,
Osobno rozłączony z miłemi ziomkami,

Siadł na brzegu, w błękitne zapatrzył się wały,
Ręce spuścił ku matce i rzekł rozbolały:
„Matko! gdyś mię zrodziła z tak krótkim pobytem
Na świat, przyrzekł Olimpiec uczcić mię zaszczytem,
Jowisz trwożący z góry pogromem strzelniczym!
Dotąd iednak bynaymniéy nie wsławił mię niczém.
Mnie zelżył Agamemnon, co szeroko włada,
Moię nagrodę gwałtem wydartą posiada.„
Tak rzekł płacząc; a matka bogini słyszała,
Co w głębiach morskich z oycem sędziwym siedziała.
Wyszła z siwego morza nakształt mgły niebawnie,
Usiadła przed płaczącym lubym synem iawnie,
I tuląc, po podbródku ręką go głaskała,
A o przyczynę płaczu tak się zapytała:
„Czem płaczesz? co masz za żal w sercu dziecię moie!
Powiedz, nie tay nic w myśli, wiedzmy to oboie.„
Chybkonogi Achilles rzekł ciężko łkaiacy:
„Wiesz, dlaczegóż powiadać mam wszystko wiedzącéy?
Gdyśmy Eecyona święty gród złupili
Teby, tam wzięte łupy tuśmy zgromadzili,
Podzielili się całą zdobyczą związkowi,
Wybrali Chryzeidę ładną Atreycowi.
Wtém do naw miedziobutych kapłan Apollina
Chryzes zchodzi, i swéy się córy dopomina,
Przynosi na iéy okup dary nieskończone.
W ręku zdalastrzelnego Feba miał koronę

Z berłem, złotém i żebrał wszystkich Greckich panów,
A naybardziéy Atreyców dwóch związku hetmanów.
Wtedy wszyscy Danaycy zgodnie mu sprzyiali,
Uczcić kapłana, przyiąć okup doradzali.
Lecz sam król Agamemnon, co mu nie wsmak było,
Zle zbył starca i przydał zapowiedź niemiłą.
Zjątrzony starzec odszedł. Feb modlitwę iego
Wraz wysłuchał, bo ma w nim kapłana lubego,
I uderzył Argiwów zaraźliwą strzałą,
Od którey codzień mnóstwo ludu wymierało.
Szły przez rozległy obóz gęsto boskie groty,
Nam wyiawił gniew Feba wieszczek znaney cnoty:
Jam się piérwszy odezwał, żeby błagać boga,
Na móy wniosek Atreyca złość ogarnie sroga,
Powstał przeciw mnie z groźbą, którą iuż spełniono.
Czarnookie Achiwy córę uwolnioną
Wiozą oycu do Chryzy i dla boga dary;
A Agamemnon szuka swéy zemście ofiary.
Dziewicę, co mi dano, córę Bryzeusza,
Poselstwo wyniśdź z mego namiotu przymusza.
Ty matko! ieśli możesz, wesprzéy dziecię twoie,
Idź do Jowisza z prośbą w niebieskie podwoie,
Jeśliś słowem lub rzeczą serce mu pieściła.
Bom słyszał w domu oyca, iakeś się chlubiła,
Że samey z nieśmiertelnych wybawienie siebie
Tobie winien Saturniec z srogiey klęski w niebie.

Gdy czuwali spiknieni na iego związanie,
Junona, Neptun, Pallas, i inni niebianie,
Tyś go, bogini! wpadłszy od więzów schroniła,
Storękiegoś na wielki Olimp przywabiła,
Co się zwie Bryar w niebie, Egieion na ziemi,
Dwakroć wyższy od oyca siłami ręcznemi.
Gdy siadł obok Saturnca tą czcią ucieszony,
Struchleli nieśmiertelni spiskowi Junony,
Nie związali Jowisza. Niech będzie wspomniana
Ta przysługa. Siądź przed nim, chwyć go za kolana,
Żeby chciał wspomódz Troian i bydź im życzliwy,
A do ruf i na morze pchnął zbite Achiwy.
Niech się wszyscy w rozproszce, ieśli zdoła, cieszą,
Że dumny Agamemnon zarządzał ich rzeszą.
Niech zna szkodę Atreyczyk pan obszernych granic,
Co mnie naysilnieyszego z Achiwów miał za nic.„
Jemu zaś tak odpowie Tetys rozkwilona:
„O synu! na żal z mego wydałam cię łona.
Obyś był siadł przy nawach bez łez i bez szkody!
Wiek twóy krótki i gorzki; a nie masz osłody.
Dziś naynędznieyszyś z wszystkich, wnet mi cię śmierć zmiecie,
Czemużem cię złym losem rodziła na świecie!
Wstąpię ia do Jowisza, co ma piorun w dłoni,
Z prośbą na śnieżny Olimp, czy się nie nakłoni.
Ty zaś teraz przy szybkiéy flocie siedź gniewliwy,
A nie wdaway się w woynę pomiędzy Achiwy.

Olimpiec wczora przed się wziął po Oceanie
Podróż; a z nim się wszyscy wybrali niebianie,
Do czystych Etyopów na świętą biesiadę.
Gdy dwunastego wróci w Olimpską osadę,
Wnidę ia w miedziolite do niego podwoie,
Padnę do kolan iego, zmiękczą go łzy moie.„
Tak rzekłszy znikła; a syn został zagniewany,
Że postradał niewiasty pięknie przepasanéy,
Co mu ią przysądzono i znów przez gwałt wzięto;
Ulisses zaś iuż w Chryzie był z ofiarą świętą.
Maytkowie, gdy w odmętny port Chryzy zawili,
Żagle na czarney nawie odpiąwszy złożyli,
Maszt po linach spuszczony pokrowcem odziali,
A do lądu wiosłami okręt przymykali,
Zrzucili kotwy, sztabę liną zaczepili,
I sami téż na morski brzeg powychodzili.
Na lądzie czynią sta głów dla Feba wystawy,
Dziewicę wyniesioną z morzochodney nawy
Król rostropny Ulisses do oyca lubego
Wiedzie przed ołtarz, stawia i rzecze do niego:
„Chryzesie! poseł iestem od Agamemnona,
Oto sto głów dla Feba i córa wrócona.
Błagaymyż wszyscy boga za lud i za króle,
Co spuścił na Argiwów wielostękie bole.„
Tak rzekłszy do rąk oddał; a z radością stary
Ścisnął kochane dziecię: ci wraz do ofiary

Setney wkoło ołtarza kunsztowney budowy,
Równaią rzędem bydląt sta poświętne głowy.
Potém przeyźrzystą wodą dłonie obmywaią,
I szczyptami soloną zbóż mąkę chwytaią.
Wtedy Chryzes z rękoma w górę wzniesionemi
Taką do Feba mówi modlitwę za niemi:
„Usłysz mię srebrnołuki! co się opiekuiesz
Chryzą i boską Cyllą, w Tenedzie króluiesz,
Byłem przedtém w błaganiu ciebie nayszczęśliwszy,
Pomściłeś się mey krzywdy, lud Argów zraniwszy,
Uiśćże mi i teraz żądze ku twéy sławie:
Oddal iuż od Danayców srogi mór łaskawie.„
Tak rzekł modląc się, a Feb wysłuchał kapłana,
Po modłach słona mąka była rozsypana,
I wraz pierwsze z kolei bydlę wstecz cofnęli,
W kark ubili toporem, skórę z niego zdięli,
Uda wyrżnęli, tłuszczem do koła okryli.
W dwóy robiąc, na wierzch mięso surowe złożyli.
Starzec na łupnych drewkach okadzać zaczyna,
A wierzch skrapia ulewką czerwonego wina;
Młódź, zaś do kola stoiąc przy sprawie poboźnéy.
Trzyma w ręku gotowe pięciozębe różny.
Gdy się uda opiekły, trzewów skosztowali,
Część drobno zsiekli, a część na rożny zatkali.
Wszystko według obrządku pilnie wypalono,
I zdięto; a sto razy toż samo wtórzono.

Wnet wytchnąwszy od pracy stoły zastawili,
I na uczcie pokarmem równym się sycili,
Gdy skoili łaknienie mięsiw potrawami,
Wraz chłopcy czary z winem oplotli wieńcami,
I dzieląc między wszystkich z kubków upiiali;
A przez resztę dnia boga pieśniami błagali.
Orszak młodzi Achayskiey Peian wyśpiewował
Wesoło ku czci Feba; a bóg się radował,
Aż słonce zaszło, i mierżch nastąpił po chwili,
Ci téż na okrętowéy rufie się uśpili.
Gdy zaś rano Jutrzenka różopalca wstała,
Nawa się do Greckiego obozu wracała.
Maytkowie wiatr od Feba obudzony mieli,
Wydźwigli maszt i białe żagle rozwinęli,
Wiart dmuchał w środek żaglów; a błękitne wały
Mykaiącéy się nawy boki potrącały.
Nawa ie odpychała, tych szum brzmiał w rozłogi;
A ona szybko biegła mokre porząc drogi.
Wkrótce na powrót w Greckim obozie stanęli,
Okręt czarny na brzeżne piaski wyciągnęli.
A skoro go dużemi dylmi powspierali,
Sami się do namiotów i naw rozsypali.
Tu przy Tessalskiéy flocie z gniewem się obrusza,
Chybkonogi Achilles, cny syn Peleusza,
Ani na seymie mężów zdobiącym nie bywał,
Ani się na potyczce żadnéy nie znaydywał,

Lecz się trapił i w serca żałobie osychał,
A tylko za hałasem i zwadami wzdychał.
Skoro się iuż dwunasty odtąd dzień przychyli,
Bogowie nieśmiertelni na Olimp wrócili;
Jowisz przodkował wszystkim. Wraz Tetys gorliwa
W sprawie lubego syna z wód morskich wypływa,
Wchodzi na wielki Olimp przyśpieszaiąc zrana
Do Saturnca, szeroko patrzącego pana.
Osobno go od innych znaydzie siedzącego,
Na naywyższym wierzchołku Olimpu górnego,
Usiada przed nim roniąc rzewnych łez powodzie,
Prawą go za kolana uymie, a po brodzie
Lewą pogłaszcze ręką, i tak Saturncowi
Oycu bogów i ludzi naypokorniey mówi:
„Oycze Jowiszu! ieśli byłam ci użytą
Słowem lub rzeczą kiedy, proszę, uiść mi to:
Wsław mi syna, co z wszystkich pożyie naykrocéy,
A dziś cierpi od srogiey Atreyca przemocy.
Wódz go zelżył, wziął mu dar własną zdobycz iego,
Uczciyże go, Olimpcze mądry! uczciyże go.
Póty starcz sił Troianom, póki mu Achiwy
Nie dadzą i nie zwiększą chwały sprawiedliwéy„
Rzekła; a Chmurozbiorca nie dał odpowiedzi,
Ale długo posępny i milczący siedzi.
Tetys zaś za kolana, iak go raz chwyciła,
Ściskała mocno, a tak drugi raz prosiła:

„Jużże mi przyobiecay i skiń naywyraźniey,
(Wszak król bogów i ludzi wolen od boiaźni.)
Albo mi odmów. Niechże przynaynmiéy zobaczę,
Czy ia tak mało w pośród wszystkich bogów znaczę?„
Jéy zaś ciężko stęknąwszy Jowisz tak przerzecze:
„Rzecz zła! bo mi Junona znów słowem dosiecze.
Przymuszasz mnie do kłótni, gdy się iéy znać zdarzy,
Już i tak zawsze zemną wśród bogów się swarzy
Posądzaiąc mnie, że ia pomoc daię Troi.
Niechże cię tu nie doyźrzy, idź do siedzy twoiéy;
A ia uiścić, iak chcesz, mieć będę na pieczy:
Już ci i głową skinę, bądź pewną o rzeczy.
Bo to z nieśmiertelnemi mam hasło iedyne
I naywiększe; a cofnąć, na co głową skinę,
Nie mogę, gdyż przyrzekam iak nayuroczyściéy.
Com zaś przyrzekł, zapewne bez zdrady się ziści.„
Rzekł Saturniec, i brwiami przyświadczył czarnemi,
I włosami potrząsnął ambrozyowemi,
Co z nieśmiertelney głowy królewskiéy spływały,
A ruszaiąc się zachwiał wielki Olimp cały.
Wnet się radzących bogów para rozłączyła,
Tetys z świetnego nieba w głęb morską wskoczyła,
Jowisz do domu odszedł. Gdy zaś oyciec kroczył,
Każdy bóg z krzesła powstał, a żaden nie zwłóczył,
Ani nadchodzącego poczekać nie śmieli,
Lecz wybiegli na drogę wszyscy i stanęli.

Ledwie co Jowisz zasiadł na naywyższym tronie,
Wraz było białorękiéy markotno Junonie.
Bo ciekawa w podglądach iuż porozumiała,
O czém z nim srebrnonoga Tetys rozmawiała.
I wraz draźni Saturnca zaczynaiąc zwadę:
„Cóż znów za chytre bóstwo miało z tobą radę?
O sam naychytrszy z bogów! zawsze ty bezemnie
Coś knuiesz, i miło ci stanowić taiemnie,
A ieszcześ mi żadnego dotąd słowa w niebie
Nie wyiawił powolnie, co myślisz u siebie.„
Jéy zaś bogów i ludzi oyciec tak odpowie:
„Junono! nie tusz sobie o każdem mém słowie
Wiedzieć, boć ciężko będzie, chocieś moią żoną,
Lecz o czém tobie słyszeć będzie pozwolono,
Żaden z bogów, ni z ludzi nie dowie się o tém
Piérwéy niż ty Junono! i tak będzie potém.
Co ia zaś sam osobno od bogów pomyślę,
Nie chciéy się o to pytać, ni roztrząsać ściśle.„
Wielkooka Junona tak rzekła na nowo:
„Naynudnieyszy Saturncze! cożeś rzekł za słowo?
I aż nadto ni cię się pytam, ni przenikam.
Radzisz swobodnie, co chcesz, zawsze się umykam,
Lecz się dziś bardzo boię, by nie zwiodła boga
Córa morskiego starca Tetys srebrnonoga.
Bo usiadła przed tobą przyśpieszywszy zrana,
I prosząc trzymała cię długo za kolana.

Jéy zda mi się, przyrzekłeś cześć Achillesowi,
I że liczni przy nawach poginą związkowi.„
Za to wraz chmurozbiorca Jowisz tak ią łaie:
„Biedna! zawsze posądzasz, choć ci się nie taię.
Nic iednak nie dokażesz, a bardziéy w obrzydzie
Będziesz moiemu sercu. Na złeć to wynidzie!
A mnie miło, gdy się tak, iak rozumiesz, stanie.
Ty siedź cicho posłuszna na moie wskazanie.
Bo cię bogi, co ich ma Olimp, nie obronią,
Jak cię bezranną, tylko się zbliż! trącę dłonią.„
Tak rzekł: a wielkooka wzdrygła się Junona,
Zamilkła i usiadła w sercu udręczona.
Postrachali się w domu Jowisza niebianie,
Słysząc tak srogie bogów królowy złaianie.
Tak zaś sławny rzemieślnik Wulkan w smutném gronie,
Zaczął łagodnie mówić matce swey Junonie:
„Będzieć to rzecz nieznośna i plugawa przecię,
Gdy się wy o śmiertelnych tak kłócić będziecie.
Rozruch w szczęśliwych bogów obudzicie radzie,
Ani będzie roskoszy na lubey biesiadzie.
Zawsze gorsze przemaga, a lepsze ułomne.
Ja zaś i matkę moię, choć mądrą, napomnę.
Żeby złagodzić oyca dobrego Jowisza,
Bo, iak znów zacznie gromić, gody nam pomiesza.
Gdy zaś z krzeseł wywracać miotacz błyskawicy
Zechce, któż iego silnéy oprze się prawicy?

Niech mu matka myśl słowy pochlebnemi słodzi,
On nam znów twarz niebieską mile rozpogodzi.„
Rzekł i wstał, wklęsłowargi puhar wziął z napoiem,
Matce podał; a daléy kończł tokiem swoiem:
„Przycierp, kochana matko! choć cię boli i to,
Żeby cię nie widziały oczy moie bitą.
Wtedy, choć mi żal będzie, bronić cię nie mogę,
Bo tęgi na odporną Olimpiec załogę.
Już mię raz, iak wiesz, bronić usiłuiącego,
Porwał za nogę, cisnął z progu Olimpskiego.
Lecąc dzień cały, iuż tchu mało było we mnie,
Gdy z zachodzącym słońcem upadłem na Lemnie:
Tam wraz do mnie wyspiarze Syntyycy przybiegli,
I podnieśli z upadku, gdy gościa postrzegli.„
Rzekł; a na to się matka Junona rozśmiała,
I puhar z ręki syna z śmiechem odebrała.
On, iak zaczął od prawéy, sam kosztuiąc z czary,
Dla wszystkich niebian słodkie nalewał nektary,
A szczęśliwi bogowie śmiech niezgaśny mieli,
Gdy krzywego Wulkana podczaszym widzieli.
Tak dzień ów zszedł na godach do zachodu słońca,
Ni brakło równych uciech zażywać do końca.
Słuchano lutni w ręku Apollina miłéy,
I Muz, co ślicznym głosem na przemian nóciły.
Aż po zachodzie słońca światłości przeiasnéy,
Rozeszli się drzymiący, gdzie kto miał dom własny,

Bo każdemu gospoda była zbudowana
Dowcipnemi rzemiosły chromego Wulkana.
Sam zaś Olimpski Jowisz miotacz błyskawicy,
Do swey, gdzie dawniéy sypiał, udał się łożnicy,
Gdy mu powieka słodkim snem była ciężona,
Tam wszedł, i złotokrzesła obok z nim Junona.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Homer i tłumacza: Jacek Przybylski.