Strona:Iliada3.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Jużże mi przyobiecay i skiń naywyraźniey,
(Wszak król bogów i ludzi wolen od boiaźni.)
Albo mi odmów. Niechże przynaynmiéy zobaczę,
Czy ia tak mało w pośród wszystkich bogów znaczę?„
Jéy zaś ciężko stęknąwszy Jowisz tak przerzecze:
„Rzecz zła! bo mi Junona znów słowem dosiecze.
Przymuszasz mnie do kłótni, gdy się iéy znać zdarzy,
Już i tak zawsze zemną wśród bogów się swarzy
Posądzaiąc mnie, że ia pomoc daię Troi.
Niechże cię tu nie doyźrzy, idź do siedzy twoiéy;
A ia uiścić, iak chcesz, mieć będę na pieczy:
Już ci i głową skinę, bądź pewną o rzeczy.
Bo to z nieśmiertelnemi mam hasło iedyne
I naywiększe; a cofnąć, na co głową skinę,
Nie mogę, gdyż przyrzekam iak nayuroczyściéy.
Com zaś przyrzekł, zapewne bez zdrady się ziści.„
Rzekł Saturniec, i brwiami przyświadczył czarnemi,
I włosami potrząsnął ambrozyowemi,
Co z nieśmiertelney głowy królewskiéy spływały,
A ruszaiąc się zachwiał wielki Olimp cały.
Wnet się radzących bogów para rozłączyła,
Tetys z świetnego nieba w głęb morską wskoczyła,
Jowisz do domu odszedł. Gdy zaś oyciec kroczył,
Każdy bóg z krzesła powstał, a żaden nie zwłóczył,
Ani nadchodzącego poczekać nie śmieli,
Lecz wybiegli na drogę wszyscy i stanęli.