Strona:Iliada3.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz się trapił i w serca żałobie osychał,
A tylko za hałasem i zwadami wzdychał.
Skoro się iuż dwunasty odtąd dzień przychyli,
Bogowie nieśmiertelni na Olimp wrócili;
Jowisz przodkował wszystkim. Wraz Tetys gorliwa
W sprawie lubego syna z wód morskich wypływa,
Wchodzi na wielki Olimp przyśpieszaiąc zrana
Do Saturnca, szeroko patrzącego pana.
Osobno go od innych znaydzie siedzącego,
Na naywyższym wierzchołku Olimpu górnego,
Usiada przed nim roniąc rzewnych łez powodzie,
Prawą go za kolana uymie, a po brodzie
Lewą pogłaszcze ręką, i tak Saturncowi
Oycu bogów i ludzi naypokorniey mówi:
„Oycze Jowiszu! ieśli byłam ci użytą
Słowem lub rzeczą kiedy, proszę, uiść mi to:
Wsław mi syna, co z wszystkich pożyie naykrocéy,
A dziś cierpi od srogiey Atreyca przemocy.
Wódz go zelżył, wziął mu dar własną zdobycz iego,
Uczciyże go, Olimpcze mądry! uczciyże go.
Póty starcz sił Troianom, póki mu Achiwy
Nie dadzą i nie zwiększą chwały sprawiedliwéy„
Rzekła; a Chmurozbiorca nie dał odpowiedzi,
Ale długo posępny i milczący siedzi.
Tetys zaś za kolana, iak go raz chwyciła,
Ściskała mocno, a tak drugi raz prosiła: