Strona:Iliada3.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzekł i wskazał; a oni na wskaz tak surowy
Szli niechętni po morza mieliźnie iałowéy
Do Mirmidońskiéy floty. Tam króla samego
Znaleźli przed namiotem u naw siedzącego.
Achilles, gdy ich zoczył, nie był pocieszony;
Ci zaś drżący królowi oddawszy ukłony
Stanęli, a nic żaden nie rzekł, ni się pytał,
Lecz król, który iuż poznał, wnet ich tak przywitał:
„Witaycież od Jowisza i mężów zesłani!
Zbliżcie się, woźni! któż wasz święty urząd gani?
Sam tylko Agamemnon u mnie iest winiony,
Co was po Bryzeidę posyła w te strony.
Zacny Patroklu! postaw dziewicę przed niemi,
Niech ią wiodą. Ja wami świadczę się samemi
W obliczu wiecznych bogów i śmiertelnych ludzi,
I okrutnego króla: Gdy się znów obudzi
Srogi mór, a mnie trzeba będzie dla ochrony,
(Bo ten szalenie radzi myśleć nieuczony,
Ni przyszłość obecnemi wymierzać rzeczami,)
Niech się u naw Achaycy zdrowo biią sami.„
Rzekł; a Patrokl iak kazał przyiaciel, wraz sprawił,
Z namiotu pięknolicą Bryzeidę stawił,
I oddał posłom. Ci szli do Agamemnona,
A niewiasta kroczyła z niemi przymuszona.
Achilles wnet rzewnemi zalawszy się łzami,
Osobno rozłączony z miłemi ziomkami,