Strona:Iliada3.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jéy zda mi się, przyrzekłeś cześć Achillesowi,
I że liczni przy nawach poginą związkowi.„
Za to wraz chmurozbiorca Jowisz tak ią łaie:
„Biedna! zawsze posądzasz, choć ci się nie taię.
Nic iednak nie dokażesz, a bardziéy w obrzydzie
Będziesz moiemu sercu. Na złeć to wynidzie!
A mnie miło, gdy się tak, iak rozumiesz, stanie.
Ty siedź cicho posłuszna na moie wskazanie.
Bo cię bogi, co ich ma Olimp, nie obronią,
Jak cię bezranną, tylko się zbliż! trącę dłonią.„
Tak rzekł: a wielkooka wzdrygła się Junona,
Zamilkła i usiadła w sercu udręczona.
Postrachali się w domu Jowisza niebianie,
Słysząc tak srogie bogów królowy złaianie.
Tak zaś sławny rzemieślnik Wulkan w smutném gronie,
Zaczął łagodnie mówić matce swey Junonie:
„Będzieć to rzecz nieznośna i plugawa przecię,
Gdy się wy o śmiertelnych tak kłócić będziecie.
Rozruch w szczęśliwych bogów obudzicie radzie,
Ani będzie roskoszy na lubey biesiadzie.
Zawsze gorsze przemaga, a lepsze ułomne.
Ja zaś i matkę moię, choć mądrą, napomnę.
Żeby złagodzić oyca dobrego Jowisza,
Bo, iak znów zacznie gromić, gody nam pomiesza.
Gdy zaś z krzeseł wywracać miotacz błyskawicy
Zechce, któż iego silnéy oprze się prawicy?