Strona:Iliada3.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

„Atreycy! i wy drudzy zbroyni Argiwowie!
Oby wam poszczęścili Olimpscy bogowie
Rychło zdobydź Jlium miasto Pryamowe,
A z plonem zdrowo progi oglądać domowe.
Lecz wróćcie mi za okup moie drogie dziecię,
Jeśli zdalastrzelnego Feba się boicie.„
Rzekł: a wszyscy Danaycy zgodnie mu sprzyiali,
Uczcić kapłana, przyiąć okup doradzali.
Lecz sam król Agamemnon, co mu nie w smak było,
Źle zbył starca, i przydał zapowiedź niemiłą:
„Niech cię nie spotkam, starcze! gdzie naw stanowisko,
Ni mi tu stóy, ni potém śmiey przystąpić blisko,
Bo cię ni wieniec boga, ni berło nie zbroni.
Jéy nie wypuszczę, chyba aż ią starość zgoni
Na służbie w domu naszym pod pańską opieką,
W stolicy Argos od iéy oyczyzny daleko.
Musi tkać płótno, musi moie dzielić łoże.
Precz! nie jątrz! pókiś cały, pókić ieszcze grożę.„
Rzekł: a starzec ustąpił zlękły groźbą iego,
I cicho szedł po brzegu morza szumiącego;
Lecz na ustroniu głośno wzywał, rozrzewniony
Feba, co z krasnowłosey rodził się Latony:
„Usłysz mnie Srebrnołuki, co się opiekuiesz
Chryzą i boską Cyllą, w Tenedzie króluiesz;
Sminteju! ieślim maił twą świątynią w kwiatki,
Lub kiedy tłuste byków i kóz piekł łopatki,