Strona:Iliada3.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jemu zaś modrooka Minerwa odpowie:
„Zchodzę gniew twóy przyśmierzyć, ieśli na mém słowie
Przestaniesz. Wysłała mnie tu z nieba Junona,
Obu was kochaiąca, obu sprzymierzona.
Nuże zaniechay boiu, ni miecza dobyway;
Lecz się słowy z Atreycem, iak chcesz, przegadyway,
A ia ci przepowiadam, i to się uiści,
Że trzykroć tyle darów szacownych w korzyści
Przyydzie ci za tę krzywdę, lecz się miarkuy w zwadzie,
A naszéy przyiacielskiéy chciey zaufać radzie.„
Chybkonogi Achilles odrzekł iéy wzaiemnie:
„Chowam, boginie! słowo wasze, ile zemnie,
Bo tak lepiéy, choć zemstą pałam rozgniewany.
Wszak kto posłuszen bogom, chętniéy iest słuchany.„
Tak rzekł; a ieszcze w dłoni obeymował silnéy
Srebrną rękoieść, lecz się wnet radzie przychylnéy
Poddał, i miecz swóy wielki w pochwy wsunął znowu,
Ni się dłużéy Minerwy nie opierał słowu.
Bogini wraz w gwiaździste niebo ustąpiła,
Gdzie mieszka Jowisz i władz nieśmiertelnych siła.
Peleyczyk zaś Atreyca znów potwarzał mściwie,
Jeszcze w piérwszym ochłodnąć nie mogący gniewie:
„Opoiu! masz psie oczy, a serce ielenie,
U ciebie iśdź na woynę, iest iśdź na zginienie.
Nigdyś się nie śmiał zbroić z towarzyszmi twemi,
Ni wypaśdź na zasadzkę z Achiwów piérwszemi,