Strona:Iliada3.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bo w rozległym obozie daleko szcześliwiéy
Wydzierać dary temu, kto ci się sprzeciwi.
Królu żarłoku ludu! służą ci niezdatni,
Zaiste dziś Atreycze! lżyłbyś raz ostatni.
Lecz mówięć i przysięgam iak nayuroczyściéy
Przez to berło, co nigdy gałązek ni liści
Nie wyda, gdyż obcinki ztrząsło miedzy góry,
Ni zakwitnie złupione i z liścia i z kory
Ostrzem miedzi; a teraz trzymaią go wszędzie
W dłoni syny Achiwów, narodowe sędzie,
Co z mądrości Jowisza wyczerpnęli prawa.
To ci niech za naywiększą przysięgę obstawa:
Przyydzie czas, gdy się wszystkich Achiwów życzenia
Złączą, by z Achillesa mieć pomoc ramienia,
A ty, choć cierpieć będziesz, nie zaradzisz władnie,
Gdy wielu od Hektora mężobóycy padnie;
Wtedy poczniesz wewnątrz przy gniewie zgryzotę,
Iżeś naysilnieyszego z Achiwów lżył cnotę.„
Tak rzekł Peleyczyk; a wraz zatoczył po ziemi
Królewskie berło gwoźdźmi nasadne złotemi,
I usiadł; Atreyczyk zaś dąsał się bezmiary.
Wtém wstał Nestor, Piliyców krasomówca stary,
Co mu słowa z warg słodsze od miodu płynęły;
A iuż za życia iego dwa wieki minęły
Różnoięzykich ludzi, co się z nim rodzili
Niegdyś razem i razem odchowani byli