Strona:Iliada3.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wnet wytchnąwszy od pracy stoły zastawili,
I na uczcie pokarmem równym się sycili,
Gdy skoili łaknienie mięsiw potrawami,
Wraz chłopcy czary z winem oplotli wieńcami,
I dzieląc między wszystkich z kubków upiiali;
A przez resztę dnia boga pieśniami błagali.
Orszak młodzi Achayskiey Peian wyśpiewował
Wesoło ku czci Feba; a bóg się radował,
Aż słonce zaszło, i mierżch nastąpił po chwili,
Ci téż na okrętowéy rufie się uśpili.
Gdy zaś rano Jutrzenka różopalca wstała,
Nawa się do Greckiego obozu wracała.
Maytkowie wiatr od Feba obudzony mieli,
Wydźwigli maszt i białe żagle rozwinęli,
Wiart dmuchał w środek żaglów; a błękitne wały
Mykaiącéy się nawy boki potrącały.
Nawa ie odpychała, tych szum brzmiał w rozłogi;
A ona szybko biegła mokre porząc drogi.
Wkrótce na powrót w Greckim obozie stanęli,
Okręt czarny na brzeżne piaski wyciągnęli.
A skoro go dużemi dylmi powspierali,
Sami się do namiotów i naw rozsypali.
Tu przy Tessalskiéy flocie z gniewem się obrusza,
Chybkonogi Achilles, cny syn Peleusza,
Ani na seymie mężów zdobiącym nie bywał,
Ani się na potyczce żadnéy nie znaydywał,