Strona:Iliada3.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I ty się téż Peleycze! nie przeciw królowi,
Bo się nigdy podobna berła piastunowi
Nie zdarzyła dostoyność, iaką dał mu Jowisz.
I choć, żeś syn bogini, żeś silnieyszy, powiész,
On iednak potężnieyszy, bo liczne Achiwy
Ma pod sobą. Więc poskrom Atreycze! twe gniewy;
Ja zaś proszę Peleyca, żeby był spokoyny,
Bo on iest murem Greków od szkodliwéy woyny.„
Jemu król Agamemnon odpowie nawzaiem:
„Starcze! że wszystko godnie wyrzekłeś, przyznaiem,
Lecz ten człowiek nad innych wszystkich się przesadza,
Chce, żeby wszędy iego górowała władza,
Żeby wszyscy zawiśli od iego rozkazu.
Lecz mniemam, nie dokaże tego ani razu.
Jeśli go chcieli bitnym mieć bogowie wieczni,
Czy mu lżyć pozwalaią przeto naywszeteczniéy?„
Przerwał boski Achilles skargę rozwlekaną,
I rzekł: „Jużby mnie tchórzem i podłym nazwano,
Gdybym ci tak ulegał we wszystkiem, iak gadasz.
Rozkaż to sobie innym, nad któremi władasz;
Ale mnie nie rozkazuy, bo nie ustąpię ci,
Coś ci inszego powiem, a ty miéy w pamięci:
Bić się nie myślę z tobą, ani z nikim w świecie
O dziewczynę, coście mi dali i bierzecie;
Lecz rzeczy innych, które mam na czarnéy nawie,
Nie tkniesz bez moiéy woli, bo się tam rozprawię.