Adeptka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Adeptka
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ADEPTKA.

— Proszę pana, czy tu jest dyrektor teatru?
— Tam.
— Który z tych panów?
— Czego?
— Przepraszam, który z tych panów jest dyrektorem?
— Siódemka, cztery piwa!
— Zaraz, zaraz.
— Mój panie, może pan mi wskaże dyrektora?
— Sznycel po wiedeńsku!
— Zaraz — zawołał, akcentując charakterystycznie. — Niech pani się zatrzyma, w tej chwili będę.
Pytająca siadła, oglądając się z trwogą po wielkiej werandzie restauracyjnej teatrzyku ogródkowego. Była tu pierwszy raz. Nie wiedząc, co z sobą zrobić, gdzie się obrócić — kazała podać kawy i zaczęła ją pić wolno, rozglądając się niespokojnie. Chciała się koniecznie rozmówić z dyrektorem Towarzystwa Dramatycznego, które tu rozbiło na letni sezon swoje lary i penaty. Nie znała go. Zapytała garsona — ale ten pobiegł, obiecując za chwilę wrócić. Odurzał ją ten gwar, jaki panował w sali. Czuła się dziwnie onieśmielona. Zdawało się jej, że patrzą na nią wszyscy. Że garsoni, przebiegając obok, z rękami pełnemi talerzy i kufli — przechylają się ku niej i rzucają dwuznaczne spojrzenia. Garson nie przychodził. Widziała, jak się uwijał pomiędzy stolikami. Biały gors jego koszuli, wygolona starannie twarz migały jej co chwila w innej stronie werandy. Brzęk talerzy, szczęk noży, suwanie krzeseł, stuk kufli o marmurowe blaty stołów, gwar rozmów — zlewały się w jeden wielki szum. Olbrzymia weranda pełna była dymu z papierosów i zapachu sosów, przypraw i ludzi obiadujących; gdzie niegdzie, jak plamy, bieliły się stoliki niezajęte.
— Co pani każę? Ach, przepraszam. Chce się pani widzieć z dyrektorem?
— Tak.
— Siedzi przy wejściu. Widzi pani? Ten gruby, z serwetką...
— Widzę. Dziękuję panu.
— Może poprosić?
— O nie... zajęty, widzę.
— Obiad je.
— A ci panowie przy nim?
— To także nasi — aktorzy.
Zapłaciła za kawę. Sięgnął po resztę, ale widząc, że ona się podnosi z krzesła — ukłonił się z galanterją — dziękując.
— Może poprosić?
— Dobrze. Ale jak jeść skończy... Zaczekam w ogródku.
Przechodząc obok dyrektora, przyjrzała mu się uważnie, zobaczyła łysą głowę, twarz dużą, czerwoną, osypaną sinawemi pryszczami — wstrętną jakąś. Przeszła szybko, obawiając się zwrócić uwagę. Siadła na ławce i obserwowała jedzących i teatrzyk. Pierwsi wydali jej się bardzo dobrze: widziała w ich poruszeniach, gestach, twarzach, coś tak wyższego, że z pewnem skupieniem pobożności patrzyła na nich.
Scena odsłonięta, zaległa mrokiem, miała w sobie tajemniczość, która ją przejmowała dziwnem wzruszeniem. Przygniatała swoim ogromem. Pomyślała, że jej drobnej postaci nie widaćby tam było. Wydawała się jej wspaniała — jak świątynia, ze swą głębią, jak ołtarz, zawieszony dekoracją. Nie mogła sobie dokładnie zdać sprawy z wrażenia, gdy ujrzała garsona, mówiącego do dyrektora i wskazującego głową na nią.
Nie patrzała, a czuła, że ktoś idzie ku niej, że patrzą na nią. Zarumieniona, z bijącem sercem — siedziała, nie mogąc się podnieść i nie wiedząc, od czego ma zacząć: słyszała skrzypienie piasku pod nogami i sapanie idącego, a nie odważyła się podnieść oczu. Zobaczyła tylko tuż przy ziemi, przed sobą — dwoje nóg i dopiero wtedy się podniosła.
— Jestem dyrektor Cabiński — i kończył obcieranie serwetką twarzy i rąk.
Stała przed nim, nie mogąc słowa przemówić.
— Pani raczyła mnie wezwać. — Ukłonił się z godnością.
— Tak — proszę... pana dyrektora... Chciałam prosić... możeby — jąkała, nie znajdując słów odpowiednich.
— Proszę, niech pani spocznie... niech pani się uspokoić raczy... Czy to coś tak ważnego? — Szeptał, nachylając się, a jednocześnie mrugając znacząco na patrzących z werandy.
— O, bardzo ważne! — Podniosła ku niemu twarz.
— Niczego... — zaszemrało mu tylko na ustach.
— Chciałam prosić pana dyrektora o przyjęcie mnie do teatru... — Mówiła teraz szybko, jakby w obawie, że jej odwagi na długo nie starczy.
— Ach, angażować się panna chciała! — wydął usta lekceważąco, mierząc krytycznym wzrokiem jej smukłą postać.
— Umyślnie przyjechałam... Pan dyrektor mi nie odmówi... prawda?
— U kogo pani była?
— Jakto? Nie rozumiem.
— W jakiem towarzystwie, gdzie?
— Nigdzie w teatrze nie byłam. Przyjechałam z Wołynia umyślnie.
— Nigdzie?... Niema miejsca — i zwrócił się do odejścia. Chwycił ją rozpaczliwy strach, że odejdzie z niczem, więc też z odwagą niespodzianą, z prośbą ogromną w głosie, przemówiła do niego, powstrzymując:
— Panie dyrektorze — pan mnie przyjmie... Umyślnie przyjechałam — pokryjomu opuściłam dom... Tak kocham teatr, że żyć bez niego nie mogę. Nie odmawiaj mi, pan. Nikogo tu w Warszawie nie znam. Zgłosiłam się do pana, bo czytałam o nim tak dużo w pismach! Czuję, że mogłabym grać; da mi pan tyle pensji, abym tylko żyć mogła. Umiem napamięć tyle sztuk, tyle ról opracowałam... zobaczy pan... Przyjmie pan mnie? — To może jutro się zgłosić — dodała jeszcze, widząc, że nie odpowiada, a przypatruje się. Mówiła krótko, urywanie, gorączkowo. Głos miała dźwięczny, śpiewny, ale przeciągała trochę. Była tak poruszona, że dygotała.
Dyrektor milczał... dopiero odchodząc, rzucił jej przez ramię:
— Niech pani przyjdzie jutro na próbę — o dziesiątej.
— Hej, Cabiński!
— Człowieku!
— Dyrektor! Cóżto? randka w biały dzień, na oczach wszystkich — zaledwie o cztery piętra od Stefci... — krzyczeli doń z werandy.
— Et! jaka tam randka! — odparł kwaśno.
— Któż to taki?

-— Dyrektor nie zamydlisz, uważ. Tylko to nieostrożnie, tak na proscenjum. A chowałeś się, udawałeś. Mamy cię — szczypał go jeden z towarzyszy, wątrobnik chudy, z ustami skrzywionemi jak w bólach żołądka.
— Idźże do djabła, mój kochany, ani mi się śniło. Pierwszy raz ją widzę.
— Czegóż chciała? Któż to?
— Adeptka, chce się angażować.
— Przystojna?
— Niczegowata, zresztą nie wiem, jutro przyjdzie, to się przyjrzycie.
— Adeptka!
A ona tymczasem raczej wybiegła, niż wyszła z teatru, tak ją rozpłomieniała nadzieja dostania się na scenę.
Nareszcie będzie grała, nareszcie! Czuła się tak szczęśliwą i pewną przyjęcia, że nawet na chwilę nie przyszło jej na myśl, iż mógłby ją jutro spotkać zawód.
Dzień był bardzo piękny, wiosenny. Szła z przyjemnością ulicami, rozpamiętywając szczegóły rozmowy, twarze, postacie widziane. Przed jej olśnioną wyobraźnią przesuwał się teatrzyk w olbrzymich i pięknych linjach. Była tak rozpromieniona, taki uniesienie bito z jej twarzy, że odwracano się za nią. Myślała o rolach, jakie umiała napamięć, i wybierała, którą zagra na debjut. Przebiegała myślą repertuar klasyczny i koturnowe, wspaniałe postacie Antygon, Medei, Fedr, pełne grozy, majestatu i siły — piękna antycznego.
— To później — powiedziała sobie na usprawiedliwienie, przechodząc do postaci nowożytnych, które odczuwała i rozumiała lepiej. Bezwiednie przychodziły jej na usta słowa Marji Stuart, Ludwiki z Intrygi... ten cudny wdziękiem i miłością szczebiot kobiet szekspirowskich.
Gdy wchodziła w bramę hotelu, gdzie stanęła za poradą współtowarzyszek podróży — szwajcar nie mógł jej poznać, podając jej klucz, tak była różna od tej, jaką widział wychodzącą rano — nieśmiałą, cicho przesuwającą się przez bramę. Nadzieja dodała jej pewności. Przebiegła szybko schody i, dostawszy się do swojego mieszkania na drugiem piętrze, zamknęła drzwi na klucz. Całe popołudnie zeszło jej na porządkowaniu i przeglądaniu swoich rzeczy, których miała dużo. Ucieczkę planowała dawno i przygotowywała starannie.
Na drugi dzień, zaraz po dziesiątej, znalazła się w teatrzyku. Nikogo jeszcze nie było. Z przykrością zauważyła, że nie tak pięknie wyglądało, jak wczoraj. Kurtyny zniszczone, dekoracje poprzecierane, brudne — istne łachmany. Było już około jedenastej — nikt nie przychodził. Tylko zaspany posługacz, w koszuli i boso, zamiatał świątynię sztuki. Kurz, unoszący się tumanami, zmusił ją do wyjścia na ulicę. Poszła na śniadanie, postanawiając wrócić, a gdyby próby nie było, być na przedstawieniu i rozmówić się z dyrektorem stanowczo. Siedziała długo, wybiegając co chwila myślą w nieznaną przyszłość: rozmarzała się. Czuła w sobie siłę, talent, zapał. Zdawało się jej, że dość będzie wystąpić raz na scenie, aby zdobyć wszystko, o czem marzyła... sławę i niezależność.
— Zaczęłam, trzeba iść dalej. A nie zostanę księżą gospodynią, jak matka, nie — ani sługą mężowską — i tak potrafię żyć. Eh! dam sobie radę, żeby tylko przyjęli. — Przypomniała sobie wczorajszą scenę z dyrektorem, i to jej odebrało pewność siebie.
Próba już była w pełni gdy przyszła do ogródka. Na scenie kręciło się kilka osób. W krzesłach, grupami, siedzieli dramatyczni i dramatyczne. Śmiechy, żarty, dowcipy jak race rozlegały się na tle strojenia instrumentów i dialogu na scenie. Zatrzymała się chwilę pod werandą, onieśmielona tyloma par oczu, utkwionych w niej, i burzą wesołości, jaka wybuchła.
— Może ze mnie — pomyślała z przykrością, ale usłyszawszy głos dyrektora na scenie, śmiało, z podniesioną głową, choć nogi pod nią drżały, przeszła za kulisy. Oparła się o jakąś przystawkę i całą uwagę skupiła na scenie.
— Jasiu!
— Co, mój sopranie?
— Kto to? — dyrektorowa wskazała na stojącą w kulisach.
— Et — adeptka.
— Angażujesz?
— Potrzeba do chórów... Siostry z Pragi wylałem... robiły tylko skandale, tę wziąłbym, tylko trochę za brzydka.
— Już łżesz!
— Ależ, mój aniołku. Zresztą sama zobaczysz, zdaje mi się, że piegowata.
— A!
— Ze sceny! Ze sceny! — Dyrektorstwo usunęło się nabok trochę, bo wpadł cały tłum w galopie... tłum kobiet wyniszczonych, wymalowanych, o twarzach suchych, przegryzionych neurastenją i gorączkowem, nocnem życiem teatru... i tłum mężczyzn wygolonych, bladych, zmęczonych, o spojrzeniach zamglonych, sennych, bez wyrazu a często bezczelnych. Pstrocizna kolorów i ekscentryczność kostjumów krzyczały.
— Halt! Na nowo! — ryczały prawie olbrzymie bokobrody i potężna, czerwona twarz dyrektora orkiestry.
Cofnęli się i zaraz wpadli ociężale, ogromnie znudzeni, zawodząc jakąś zbiorową kankanadę. Co chwila rozlegał się trzask batuty o pulpit i skrzek:
— Halt! Na nowo! Bydło! — mruczał pod nosem.
— Nicoleta na scenę! Zawołać tam! — krzyknął Cabiński z krzesła.
— Zaraz! Jestem! — I z butersznitem w zębach, z pudełkiem cukierków pod pachą, biegła, aż podłoga dudniła.
— Cóż u djabła? Próba — czekamy.
— Na mnie?
— No tak. Chyba pani wie o tem; przyszliśmy nie na spacer. Zaczynać!
— Ale ja nic nie umiem — nie będę śpiewać. Brońcowa niech śpiewa, przecież to jej partja...
— Dostałaś pani rolę? Tak. No, to niema co mówić. Zaczynajmy...
— Nie będę śpiewać!
— Zaczynać! — Uderzył w pulpit, orkiestra się ozwała, sufler poddał pierwsze słowa. Ani rusz nie mogła pochwycić melodji i ucięła ogromnego koguta.
— A niech was pioruny!
— Do baletu z takim głosem — syknęła któraś zboku.
Aktorka z płaczem prawie podeszła do dyrektora teatru.
— Ja nigdy solowych partyj nie śpiewałam — zresztą dostałam rolę wczoraj.
— Śpiewasz pani, czy nie śpiewasz?
— Śpiewam, ale we czwartek, dzisiaj nie; nie chcę się sypać, nie umiem!
— Co? co? Na bibki z facetami to pani masz czas, ale uczyć się roli niema kiedy — ozwała się dyrektorowa.
— Pilnuj, pani, swoich facetów, a ode mnie wara...
— Jasiu! dyrektorze!... ubliża mi ta jakaś!
— Śpiewasz pani?
— Powiedziałam już dyrektorowi. A zresztą nie mam kostjumu. Da dyrektor 10 rubli, to będę grała.
— Co? wczoraj nie wzięłaś pani à conto?
— Pięćdziesiąt kopiejek, to czyste kpiny. Dziesięć rubli, to gram, a nie — to nie!
— Zrywasz pani spektakl! Rujnujesz pani mnie! Zarzynasz — 10 rubli! Nie jesteś pani w towarzystwie!
— Drwię sobie z tego i z tych, co mi to mówią. Przyjmą mnie wszędzie.
— W domu publicznym.
— Zaczekam, aż go dyrektorowa założy. — Dyrektorowa rzuciła się, wołając:
— Jasiu! ach! ach! — i udawała omdlenie.
— Na prawo, dyrektorze... na prawo... jest kanapa, będzie wygodniej — zawołał ktoś z krzeseł. Towarzystwo śmiało się nieruchomemi twarzami i szydziło półsłówkami.
— Stefciu! żono, uspokój się. Na moje włosy, że to nigdy bez szopek się nie obejdzie.
— Ja je robię? ja?
— Nie mówię tego do ciebie, aniołku, ale tak... ogólnie!
— To jesteś takim mężem, takim dyrektorem? Pozwalasz, żeby mi pierwsza lepsza ubliżała, i nic nie mówisz? Spektakle zrywają, i nic nie mówisz...
— Nie płacisz nic nikomu i także nic nie mówisz — suflował ktoś z orkiestry.
— Trzymaj się, Cabiński!
— Panowie! Pierwsza scena rozczulającej hecy pod tył.: «Dyrektorska miłość», dawanej codziennie z powodzeniem... Wynieśmy się, bo zakończenie za głośne... popękalibyśmy ze śmiechu.
Rozeszli się po ogródku, upatrując, czy niema kogo, coby się dał wziąć na fundę.
Dyrektor chwycił się oburącz za łysą głowę i biegał po scenie jak szalony, wyrzekając:
— Ach, co za ludzie, co za niewdzięczność!
Dyrektorowa wachlowała rozczerwienioną twarz rolą i dogadywała.
Adeptka zdumiona, przerażona brutalnością tej sceny, stała cichutko — nie wiedząc, co począć ze sobą. Czuła, że teraz niepodobna zaczepić dyrektora. Drżała, przeniknięta do głębi rozczarowaniem i uczuciem niesmaku. Nie przypuszczała, że tacy są w życiu artyści, kapłani sztuki.
— To brudne — szepnęła rozgoryczona. — Kłócą się jak dziewki folwarczne.
Próba znowu się rozpoczęła. Reżyser sprowadził plączącą Nicoletę, obiecał pomóc przy uczeniu się i zapewnił słowem honoru, że dostanie 10 rubli.
Dyrektorowa ostentacyjnie wyszła. Gdy się skończyła próba, adeptka, zbierając w sobie całą odwagę, przystąpiła do dyrektora:
— Panie dyrektorze...
— A, pani — dobrze; przyjmę panią. Wieczorem niech pani będzie na spektaklu, rozmówimy się — teraz nie mam czasu.
— Lepiejbyś się nie śpieszył do domu — zawołał reżyser.
— Ma pani jaki głos?
— Głos?
— To jest, śpiewa pani?
— W domu trochę śpiewałam.
— Przyjdź, pani, wcześniej — to spróbujemy... — i odszedł.
Uradowana i szczęśliwa poszła do domu. Cały dzień była pod wrażeniem radości, że spełnią się jej marzenia. Już przed samem wyjściem do teatru zapukano do drzwi.
— Proszę — zawołała. Wsunęła się stara, chuda Żydówka, ubrana dość przyzwoicie, z ogromnem pudłem pod pachą.
— Dzińdobry panince...
— Dzieńdobry — odpowiedziała zdziwiona.
—- Może paninka co kupi? Mam dobre, tanie towary. Może co z biżuterji, może. rękawiczki! szpilki do włosów, massiw srebrne... może co? Mam różny towar, na różne ceny, a wszystko git, paryskie — trzepała prędko, rozkładając pudło na stole i bystro oglądając stojącą.
— Nic mi nie potrzeba.
— Co to panince szkodzi zobaczyć? Mam tanie rzeczy, ładne rzeczy, a może wstążek, karczki gipjurowe, pończochy, może chusteczek jedwabnych? — Adeptka zaczęła przeglądać rozłożone przedmioty i kupiła wstążki jakiejś parę łokci.
— Może mama co kupi?
— Sama mieszkam.
— Sama... — i cmoknęła, przymrużając oczy.
— Tak, ale się wyprowadzam.
— Może jabym mieszkanie, ładne mieszkanie nastręczyła.
— Dobrze, niech pani poszuka dla mnie pokoju przy familji — ale na Nowym Świecie, blisko teatru.
— To paninka z tyjatru — kikste?
— Tak.
— Może jeszcze co potrzeba? Mam śliczne rzeczy i do tyjatru.
— Nic już nie potrzebuję.
— Tanio przedom — na moje sumienie tanio, w som roz do tyjatru.
— Ależ nie potrzebuję.
— Żebym tak zdrowa była — tanio. Taki psi czas. — Złożyła wszystko do pudła i przysunęła się bliżej.
— Może jabym co zarobiła?
— Kiedy nic nie kupię...
— Tu nie o to chodzi. Jo mom ładne, młode mężczyzny. Paninka wi? Bogate mężczyzny... To nie mój fach... ale ony mnie prosiały. Uni same przyjdą... Bogate mężczyzny.
— Co? jak pani śmiesz mówić coś podobnego! — zatrzęsła się oburzona, zaczerwieniona ze wstydu i zestraszona ohydną propozycją.
— Naco się gniwać, poco?
— Wynosić się, bo służby zawołam!
— A jej! Jaka gorąca. — Kupić, nie kupić — potargować można. Znałam nie dziesięć takich samych z początku — a później to Salkę w rękę całowały, coby ją do gościa zaprowadzić. Może jutro przyjść?... o jej! jaki cymes... — i wyszła.
Adeptka zatrzasnęła za nią drzwi i rozpłakała się z upokorzenia i wstydu. Dopiero teraz poczuła swoją bezbronność i osamotnienie, ale krótko to trwało, bo myśl o próbie przedwstępnej a decydującej pochłonęła ją i trzymała w gorączce oczekiwania, bolesnej i dziwnie rozkosznej zarazem.
Ubierała się tak długo i starannie, że światła były pozapalane i publiczność zaczęła się schodzić do ogródka, gdy weszła. Maszyniści ustawiali scenę; z aktorów nie było jeszcze nikogo. W garderobach gazy płonęły jasno; krawiec szykował kostjumy, a fryzjer, pogwizdując, czesał o długim, jasnym warkoczu perukę. Chodziła z kąta w kąt, rozglądając się. Ściany mu rów, poza olbrzymiemi płachtami dekoracyj, poobijane z tynków, pokryte jakąś lepką wilgocią — przejmowały ją wstrętem. Woń, unosząca się wszędzie — woń mastyksu, szminek, przypiekanych włosów — sprawiała jej nudności. Brud panował na podłodze, ścianach, krzesłach, dekoracjach — wszędzie. Powietrze zdawało się być nim przejęte. Przechodziła po kilka razy jeszcze ciemną scenę krokiem posuwistym, jak heroina, to znów lekkim, pełnym wdzięku i powiewności dziewczątek, albo prędkim, gorączkowym, takim, co to z sobą niesie śmierć, przekleństwo, zniszczenie...
Twarz się jej odpowiednio układała, oczy gorzały płomieniem burz, żądz, walki lub, rozpalone nastrojem miłości, spokoju, paliły się jak gwiazdy w noc letnią. Tak to jej jakoś samo przychodziło pod wpływem przypomnienia czytanych i widzianych sztuk, że nie zważała na posługaczy, których coprawda nic a nic nie obchodziły komedjanckie hece — po dwa razy dziennie oglądane.
— Tak samo mój Oleś robił, tak samo — zaszemrał głos z kulisy, od strony kobiecych garderób. Adeptka zatrzymała się zmieszana i podeszła bliżej. Stała tam jakaś średniego wzrostu i wieku kobieta.
— Pani się zaangażowała do nas? — zapytała ostrym, energicznym głosem stara.
— Zupełnie, to jeszcze nie. Mam mieć teraz próbę z dyrektorem orkiestry.
— Aha! z tym opojem. A chce pani koniecznie być w teatrze?... bo widzę, że jesteś świeża.
— Koniecznie, muszę być!
— Wszystkie takie głupie — mruknęła stara, krzywiąc się złośliwie.
— Nie wie pani, czy prędko ten pan przyjdzie?
— Zaraz — ale ja pan; poradzę. — Jeśli chcesz się tutaj dostać — trzeba go mieć za sobą.
— Jak to zrobić? żebym wiedziała!
— Pieniądze ma pani?
— Mam trochę, ale...
— Trzeba mu nalać w pysk, to wszystko dobrze pójdzie — zresztą, jak pani chce — ja dobrze radzę... bo go znam.
— Dziękuję pani serdecznie — jestem tu nieznana, nie znam nikogo, obca wszystkiemu. Poradź mi, pani, pomóż, jeśliś taka dobra. Może się potrafię jakoś odwdzięczyć. Mój Boże, żeby się już dostać na scenę!
Stara spojrzała na nią z politowaniem i pociągnęła do garderoby, a potem, wziąwszy się do opinania na manekinie sukni, rzekła: — Musimy się poznajomić.
Adeptka przedstawiła się w kilku słowach.
— A ja jestem Lesiewiczowa. We wszystkiem mogę być użyteczna. Córka moja ma pracownię strojów. Może pani czego potrzeba? nie... Ja zaś teatralną jestem krawcową. Gadu, gadu, pani moja, a przecież trzeba tam iść.
— Ile potrzeba?
— Może trzy ruble wystarczy, zobaczę.
Wzięła pieniądze i wyszła... w jakieś 15 minut powróciła.
— Chodź, pani. Dyrektor czeka.
Za salą restauracyjną był gabinet z fortepianem, w potrzebie używany na próby śpiewane i korepetycje.
Dyrektor już tam czekał. Poznali się
— Mówił mi Cabiński o pani. Co pani może zaśpiewać? Uf, jakie tu ciepło. Może pani uchyli okna — zwrócił się do Lesiewiczowej.
Adeptka stała zaniepokojona jego głosem chrapliwym i potężną postacią, zdenerwowana, niepewna, co wybrać. Usiadła do fortepianu.
— A... pani gra?
— Gram. — Zaczęła grać jakiś wstęp, nie widząc znaków Lesiewiczowej.
— Śpiewaj, pani, co bądź... abym tylko wiedział, jakim głosem władasz. A może pani mogłabyś solowe partje śpiewać?
— Ależ, panie dyrektorze. Ja do dramatu, do komedji wreszcie czuję powołanie, ale nigdy do opery.
— O operze nie mówimy przecież.
— Tylko?
— O tem, o operetce — i uderzył się dłonią w kolano z kankanowem zacięciem.
— Śpiewaj, pani, nie mam czasu i spalę się z gorąca.
Adeptka zanuciła drżącym głosem, ale dość wyrobionym i melodyjnym, jakąś piosenkę. Dyrektor słuchał, a patrzył na Lesiewiczową, wskazując na spieczone pragnieniem wargi. Gdy skończyła, zawołał:
— Ślicznie, przyjmujemy panią... Uciekam, bo się topię.
— Możeby się dyrektor... co z nami... napił? — mówiła nieśmiało adeptka, zrozumiawszy znaki Lesiewiczowej. Wahał się niby, ale pozostał.
Lesiewiczowa kazała przynieść pół butelki konjaku, trzy piwa i przekąski, a wypiwszy swój kufel, wyszła śpiesznie, narzekając na zapomnienie czegoś.
Dyrektor przysunął się bliżej. Adeptka siedziała, nie wiedząc, co mówić, zmieszana tem sam na sam.
— Hm! Masz pani głos — ładny głos... — i położył jej na kolanie swoją olbrzymią, czerwoną łapę, a drugą dolewał konjaku do piwa. Poruszyła się, zdziwiona taką poufałością.
— Może pani dobrze stanąć... ja pani pomogę. — I wychylił duszkiem kufel.
— Jeżeli pan dyrektor łaskaw... — Odchyliła się, bo ją uderzył jego oddech gorący, pijacki i wzrok jakiś dziwnie mętny.
— Postaramy się. Ja się panią zajmę. — I odrazu, bez ceremonji objął jej kibić i przyciągnął do siebie. Wyrwała mu się z siłą przerażenia i wstydu, dopadła drzwi, gotowa uciekać lub krzyczeć.
— Pili! brzdąc jesteś głupi, zostań. Chciałem się tobą zająć, pomóc, ale kiedy tak — dymajże sobie chóry. — Dopił resztę konjaku i wyszedł.
Pod werandą siedzieli Cabiński i reżyser.
— Ma jaki głos? — zapytał pierwszy.
— Ma, to nuta jeszcze niezaatakowana — dorzucił, wybuchając grubym śmiechem.
— Ale do wzięcia?
— Spróbuj! Takie krowienty, to się ceni...
— Chciałeś?
— E!... Wolę pełny antałek, jak dziewicę... Garson! piwa...
Adeptka siedziała z godzinę w gabinecie, nie śmiejąc wyjść i przyciszając w sobie oburzenie. To, czego doświadczała, było tak nowe, tak niezwykłe i tak brutalne, że się chwiała w sobie z obawy. Zrywała się w sobie jakby do ucieczki... Gdzie? Poco?... — Zostanę, zniosę wszystko, jeśli wszystko znieść będzie potrzeba — a dojdę tam, gdzie chcę dojść. — Widziała się przez chwilę wielką, sławną — spoglądała w tę upragnioną przyszłość przez łzy upokorzenia i woli.
— Dobrzem zapłaciła za przyjęcie do teatru... — powiedziała sobie, wchodząc za kulisy. Lesiewiczowa ją złapała, patrzyła w oczy długo, chciała nieznacznie wybadywać, ale nie mogąc się nic dopytać, a dowiedziawszy się, że mieszka w hotelu, zaczęła ją przestrzegać, że się zrujnuje, że to nie wypada samej mieszkać itd. Stanęło na tem, że zaproponowała jej mieszkanie u siebie.
— Mamy trzy pokoje, ten trzeci z osobnem wejściem próżny stoi, mogłabyś go pani zająć. Tanio oddam. Może być ze wszystkiem.
Zgodziły się. Adeptka obiecała za pierwszy miesiąc zapłacić zgóry. Lesiewiczowa poznajomiła ją z całym legjonem przyszłych koleżanek, ubranych już, czekających wejścia na scenę. Zasypały ją paplaniną, obrzuciły krytycznym wzrokiem i pobiegły, bo dzwonek po raz trzeci zadźwięczał.
Stanęła w kulisie. Przedstawienie się zaczęło. Grali jakąś napoły czarodziejską operetkę. Porwało ją to.
Najpierw muzyka pieściwemi, cichemi tonami fletni wcisnęła się do jej duszy i kołysać ją zaczęła słodko, a potem taniec, jakiś miękki, zmysłowy, obwijał ją czarem nieznanym i przyciągał na falę rytmu, przenikającego rozkoszną niemocą. To, co się przed nią roztaczało, olśniewało jej duszę, łaknącą wśród szarej prozy codzienności. Taki teatr miała w duszy — pełen światłości muzyki, śpiewów, podniecenia, rozkoszy denerwujących, omdleń ekstatycznych — życia fantastycznego — snów. Bogata jej wyobraźnia dopełniała rzeczywistość teraz widzianą —- bezwiednie...
Flażeolety skrzypiec wciskały się, do jej duszy, jak prądy niewysłowionej rozkoszy... Czuła się niesiona na fali elektrycznego światła, które mgłą niebieskawą, zaledwie dojrzaną, drgało, skrząc się i sypiąc brylantami na mieniące się złotemi blaskami i przecudną gamą barw — kostjumy tancerek. Dusząca woń rozpylonego pudru obwiewała ją obłokiem, a z sali pełnej płynął potok oddechów gorących, spojrzeń roznamiętnionych i uderzał w nią jak fala. Cały teatr zaczął przybierać kontury wizyjne — halucynacji.
Gdy się akt skończył i zagrzmiała ulewa braw podrażnionego tłumu, omdlewała prawie, wchłaniając chciwie te szmery.
Przez cały wieczór to upojenie potęgowało się jaszcze. Nie myślała, nie postanawiała, ale było w niej coś, co mówiło, że inaczej jużby żyć nie mogła, że wrosła niejako w ten świat. Przeszłość jej cała zbladła, oderwała się od niej, staczając w zapomnienie.
Trzymała się zdała od rodziny, u której zamieszkała. Raził jej zmysł piękna zięć Lesiewiczowej — krawiec, rozmamłany zawsze przy robocie, brudny; brutalny jego sposób mówienia — obrażał ją. Żona jego, niska, gruba, piegowata blondynka, budziła wstręt żarłocznością i głupotą bezbrzeżną. Ze starą tylko była na stopie poufałości. Lesiewiczowa chodziła koło niej, jak koło lokatorki, płacącej zgóry, dogadzała i doglądała, jak mogła, choć szorstka była, wymyślała jak tragarz, na zięcia często porywała się z kijem, robotnice córki przepędzała nieraz bez najmniejszego powodu i cały dzień krzyczała na wszystkich. Miała swoje dnie, w których nic nie jadła, do teatru nie szła, siedząc cicho za swoim parawanem, gdzie stało jej łóżko — popłakiwała dzień cały, rozmawiając z jakąś marą.
Raz, w dniu takim, adeptka wsunęła się do niej za parawan.
Stara klęczała przy otwartym kufrze, a na łóżku, stole, krzesłach, leżały porozkładane części jakiegoś teatralnego kostjumu. Na ziemi walały się stosy pożółkłych zeszytów, w ręku trzymała fotografię młodego mężczyzny, o twarzy dziwnie ściągniętej, długiej, wychudłej tak, że kości policzkowe znać było. Czoło miał wysokie, rozrośnięte w skroniach, głowę olbrzymią nienaturalnie. Oczy ogromne patrzyły z białej karty twarzy, jak oczodoły trupie.
Stara zwróciła się do adeptki z fotografją i głosem, przesiąkniętym bólem, szepnęła:
— Patrz, pani, to mój syn — a to — moje relikwje — dodała, wskazując na rozłożone przedmioty i patrząc na nie ze łzami.
— Artysta! — szepnęła adeptka z jakimś bezwiednym szacunkiem.
— Artysta. Przecież nie taka małpa, jak ci u Cabińskiego. Jak on grał, pani moja, jak grał — klękajcie! Gazety o nim pisały. Był w Płocku, pojechałam do niego. To jak grał w Zbójcach, teatr się trząsł od braw, od krzyków. Ja se siadłam za kulisami — patrzeć. Pani moja, jak usłyszałam jego głos, jak go zobaczyłam, to jak mnie zaczęło coś trząść, łamać, rzucać mną jak w chorobie — to myślałam, że już umrę z radości. A on grał... Widzę go takim ciągle... o... — Porwała się z ziemi i stała zapatrzona w siebie — a łzy wolno spływały strumieniem po jej twarzy... — I jak se pomyślałam, że to mój syn, moje dziecko, to mi się ćmiło w oczach, a w dołku to mnie tak ściskało, ściskało, a każda kosteczka trzęsła się we mnie z radości, i rosłam z pychy, rosłam... Byłam mu taką matką, że wnętrzności dałabym wypruć dla niego. Artystą był, pani moja, artystą; grosza nigdy nie miał, bieda go nieraz żarła jak pies, alem ją odganiała, jak mogłam. Poszłam na służbę, za gospodynię, później pranie brałam — a oszczędzałam każdy grosz i posyłałam chłopcu mojemu. Dawałam krew, ale dziecku swojemu... to choćby zdechnąć, aby ono żyło tylko... Matką mu byłam, pani moja, rodzoną...
— Gdzież on jest teraz?
— Gdzie jest? Umarł, zdechnął, zastrzelił się psi syn. Zastrzelił się. A że cię, psubracie, święta ziemia nie wyrzuciła za krzywdę, jaką matce zrobiłeś... Trzeba być ostatnim hyclem, psiakrew, żeby mnie zostawić samą. I to własne, najukochańsze mi zrobiło. Całe życie moje już takie psie. Ojciec jego taki sam pies był. On był krawiec, jako i zięć mój, a ja trzymałam magle — dobrze nam było — grosz na zapas był, i w mieszkaniu uczciwie — ale to niedługo. Wpadł mu w oczy jakiś drań cyrkowy, rzucił wszystko i poleciał w świat za nią. Zęby ścisnęłam tylko. Na zbity łeb, na złamanie karku, przepadnij! Targałam się, żeby wyżyć z dzieckiem, żeby mu dać edukację — ale zachorowałam, leżałam długo, magle mi sprzedali — zostałam prawie na bruku... Pasja mnie ostatnia wzięła, zebrałam, co mogłam, pieniędzy i pojechałam z dzieckiem go szukać. Znalazłam go, pani moja. U jakiejś kupczychy żył, dobrze mu było, zapomniał o nas. Za łeb go prawie przy taszczyłam do Warszawy. Był rok, obdarzył mnie synem i uciekł do tej — swojej... Już go nie szukałam. Miałam dwoje dzieci, było o czem myśleć — a lata płynęły. Jak się chłopcu ukończył dziesiąty rok, choć się darł do książki, choć ino po całych dniach czytywał, do terminu do bronzownika oddać musiałam. Nie było nieraz żreć za co kupić, a nie dopiero uczyć. Miałam z nim utrapienie, miałam. Majster się skarżył, że po nocach czyta, że przy robocie za pazuchą książki nosi. Jak się później zwąchał z aktorami, tak i przepadł. Com się naprosiła, napłakała krwawemi łzami, nic nie pomogło. Całował mnie po rękach, po nogach, przepraszał, a mówił:
«Pójdę mamusiu, nie wytrzymam». Biłam go, katowałam jak psa, nie pomogło. Rzucił wszystko i przyłączył się do tej zgrai. — Dopust Boży — pomyślałam i pomagałam, jak mogłam. To już widać tak stało napisane, że pociechy z niego mieć nie będę a umęczenie. Córka mi dorosła, zaczęliśmy szycie brać do domu, i tak się jakoś żyło. Aż tu jednego dnia przywożą mi męża... Oślepł był zupełnie. Matko Boska, myślałam, że mnie szlag trafi... Jak był zdrowy, to się tłukł po świecie. Ślepego przywlekli do mnie. Dałam mu kąt — bo dzieci tak chciały. Jabym go była z drugiego piętra wyrzuciła na bruk — za moją poniewierkę. Niechby się, co chce, stało. Ale Pan Bóg był wtenczas łaskaw na mnie, że i tak niedługo umarł.
Córkęm wydała zamąż. Oleś się na szwagra krzywił, że to układu inszego nie ma, że cham — ale, pani moja, choć on głupi, ale orze, wół do roboty, w domu siedzi. Poszłam od nich, jakem mówiła, żeby chłopcu pomóc. Raz, będzie temu dwa lata, córka na swoje imieniny zaprosiła kilka osób, po kumostwie, po znajomości dobrej. Zabawić się spokojnie — nie żaden feler. Akurat, kiedy nam było najlepiej, przynieśli telegraf do mnie — że ja pisanego nie czytam, więc zięć wzion i przeczytał. Pismo było aż z Suwałk, pisali, żeby zaraz przyjechać, bo Oleś bardzo chory. Jak stałam, tak pojechałam, a tak mnie coś niedobrego w środku gryzło, że ledwiem ścierpiała tę drogę... nie żył już — z pochowaniem czekali na mnie. Pani moja — jak zobaczyłam tę pociechę moją, to dziecko najdroższe w trumnie, z obwiązaną głową, to coś pękło we mnie. I tak mi się zrobiło pusto, i tak ciemno a strasznie, że sobie powiedziałam: — Basta! I ja zaraz tu zdechnę. — Żeby był Bóg jaki, tobym powinna była umrzeć. Nie płakałam wcale, tyłkom czuła, że mnie coraz więcej coś pali, rwie, dusi! Tak się płaszczyłam na tej ziemi, która go pokryła, tak wyłam, tak mnie coś gniotło i ciągło tam, gdzie ten mój chłopiec leżał, że psi wyliby nad moją żałością i sieroctwem.
Powiedzieli mi później, że się zakochał w chórzystce i z miłości się zabił. Pokazali mi ją. Tłuk był ostatni, brał ją każdy, kto chciał, wszystkie kulisy nią wycierali... i dla niej się zabił! Jak ją złapałam na ulicy, to ją tak stłukłam, skopałam, zdarłam za łeb, podrapałam pazurami mordę, że mnie aż oderwali. Zabiłabym ścierwę, za mój ból, za moją krzywdę. Takie jest życie, pani moja, takie! Przeklinam je codziennie, a zapomnieć nie mogę... siedzi mi tu, pod piersiami. Czasem w nocy to przyjdzie do mnie i stoi, z tą obwiązaną głową zawsze, a ja się trzęsę, i boli mnie serce tak, że o mało nie pęknie. Oczy wypłakałam. Bo on nie winien, tylko ta... Wszystkie jesteście psy wściekłe, aby gryźć choć serce matczyne — podłe, ostatnie! Jak złe robaki rozgniotłabym wszystkie, wszystkie!
Umilkła, dysząc ciężko, żółta jak wosk jej twarz napiętnowała nienawiść straszna, zwierzęca — kryła się w długich zmarszczkach, w sinych, pogryzionych ustach, dyszała zniszczeniem...

Krosnowa, grudzień 1892 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.