Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

mu. Na ziemi walały się stosy pożółkłych zeszytów, w ręku trzymała fotografię młodego mężczyzny, o twarzy dziwnie ściągniętej, długiej, wychudłej tak, że kości policzkowe znać było. Czoło miał wysokie, rozrośnięte w skroniach, głowę olbrzymią nienaturalnie. Oczy ogromne patrzyły z białej karty twarzy, jak oczodoły trupie.
Stara zwróciła się do adeptki z fotografją i głosem, przesiąkniętym bólem, szepnęła:
— Patrz, pani, to mój syn — a to — moje relikwje — dodała, wskazując na rozłożone przedmioty i patrząc na nie ze łzami.
— Artysta! — szepnęła adeptka z jakimś bezwiednym szacunkiem.
— Artysta. Przecież nie taka małpa, jak ci u Cabińskiego. Jak on grał, pani moja, jak grał — klękajcie! Gazety o nim pisały. Był w Płocku, pojechałam do niego. To jak grał w Zbójcach, teatr się trząsł od braw, od krzyków. Ja se siadłam za kulisami — patrzeć. Pani moja, jak usłyszałam