Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Ślicznie, przyjmujemy panią... Uciekam, bo się topię.
— Możeby się dyrektor... co z nami... napił? — mówiła nieśmiało adeptka, zrozumiawszy znaki Lesiewiczowej. Wahał się niby, ale pozostał.
Lesiewiczowa kazała przynieść pół butelki konjaku, trzy piwa i przekąski, a wypiwszy swój kufel, wyszła śpiesznie, narzekając na zapomnienie czegoś.
Dyrektor przysunął się bliżej. Adeptka siedziała, nie wiedząc, co mówić, zmieszana tem sam na sam.
— Hm! Masz pani głos — ładny głos... — i położył jej na kolanie swoją olbrzymią, czerwoną łapę, a drugą dolewał konjaku do piwa. Poruszyła się, zdziwiona taką poufałością.
— Może pani dobrze stanąć... ja pani pomogę. — I wychylił duszkiem kufel.
— Jeżeli pan dyrektor łaskaw... — Odchyliła się, bo ją uderzył jego oddech gorący, pijacki i wzrok jakiś dziwnie mętny.