Zwodne światło/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Zwodne światło
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anatol Krzyżanowski
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Wojna sudańska należała już do przeszłości, rana zaś na głowie Dick’a od kilku miesięcy zagojoną została. Przyszedłszy do siebie, otrzymał on pewną sumkę od Centralnego Południowego Syndykatu w zamian za prace swe, które — jak mu to nie omieszkano nadmienić — nie zupełnie jednak dorosły do poziomu, wymaganego przez wydawnictwa syndykatu. Dick list odebrany w Kairze rzucił w nurty nilowe; spieniężywszy zaś w temże mieście nadesłany mu przekaz, pożegnał najserdeczniej Torpenhow’a, wracającego do Anglii.
— Muszę poleżeć czas jakiś i wypocząć — mówił główny korespondent. — Nie wiem, gdzie zamieszkam w Londynie, lecz sądzę, że, jeżeli Bóg pozwoli, spotkamy się jeszcze. Ale po co ty zostajesz tutaj? Jeżeli liczysz na możliwość nowej wojny, to się mylisz. Nastąpi ona wtedy dopiero, gdy wojska nasze zajmą napowrót Sudan południowy. Zapamiętaj moje słowa i do widzenia! A przyślij mi swój adres.
Dick włóczył się po Kairze, Aleksandryi i Port-Saidzie, — głównie po Port-Saidzie. Niegodziwość spotyka się w wielu zakątkach świata, występek — we wszystkich. Takiej jednak skoncentrowanej esencyi nieprawości, niegodziwości i występku, z jakich słynie Port-Said, nie znajdziesz na żadnym ze stałych lądów kuli ziemskiej. Zbiór to szumowin ze wszystkich miejsc podobnego rodzaju. W środku też jaskini tej, otoczonej zewsząd piaskami, nad którymi złudne unoszą się miraże, zobaczysz wielu mężczyzn i kobiet, znanych ci dawniej w innych krajach.
Dick umieścił się w otoczeniu więcej burzliwem, niż przyzwoitem. Wieczory spędzał na wybrzeżu, przyglądając się okrętom, gawędząc ze znajomymi. Spotykał więc piękne Angielki, widziane już na werendzie hotelu Shepheard’a, — korespondentów wojennych, w wiecznym żyjących pośpiechu, — marynarzy, przysłanych wraz z flotą na czas wojny, a dziś wracających radośnie do domu, — mnóstwo wreszcie oficerów i całe gromady ludzi mniej szanowanego fachu.
Zyskiwał on tu rzadką sposobność studyowania ludzi wszelkich ras i narodowości, a co więcej — studyowania ich w świetle potężnych wzruszeń i namiętności. Widywał hordy te przy stołach gry, w knajpach, w tanecznych piekłach, wszędzie wreszcie. Jeżeli silne wrażenia zbrzydły mu, miał na odpoczynek piękny krajobraz kanału i piasków błyszczących, istne szeregi okrętów, a wreszcie białe szpitale, gdzie leżeli biedni angielscy żołnierze.
Korzystając z bogactwa materyału, próbował odtworzyć go bądź na sucho, kredą czarną i białą, bądź farbami, naśladującemi gorące barwy rzeczywistości. Gdy okazy przez Opatrzność zesłane spowszedniały mu, szukał nowego materyału. Było to zajęcie miłe, pełne niespodzianek i rozmaitości, lecz, niestety, wyczerpywało fundusze, a i tak już wziął naprzód owe sto dwadzieścia funtów, jakie stanowiły roczną rentę jego, z ojcowizny wyciągniętą.
— Teraz trzeba będzie pracować i... może z głodu umrzeć — myślał, zwracając się do nieznanej swej przyszłości, gdy najniespodziewaniej nadszedł z Anglii telegram od Torpenhow‘a, zawierający lakoniczne te słowa:
„Wracaj szybko. Udało ci się. Przyjeżdżaj.“
Uśmiech zadowolenia rozpromienił jego lica.
— Tak prędko! — zawołał. — To mi dobra nowina! Pozwalam sobie na orgię dzisiejszego wieczora; trzeba wypróbować szczęście, trzeba mu pokłon złożyć. Co prawda, w porę przychodzi.
Złożył połowę swych kapitałów w ręce dobrych znajomych, Monsieur et Madame Binat, i obstalował najszaleńszy taniec zanzibarski. Monsieur Binat był tak uraczony, iż zataczał się potężnie, Madame jednak przyjęła propozycyę z uprzejmym uśmiechem.
— Monsieur zażąda, rzecz prosta, krzesła — mówiła łamaną, międzynarodową gwarą — i Monsieur będzie pewno szkicować. Już-to Monsieur dziwne ma, co prawda, pojęcie o zabawie.
Sina twarz Binat’a wychyliła się w tej chwili z drugiego pokoju.
— Rozumiem — bełkotał. — Rozumiem. Wszyscy tu znamy pana. Monsieur jest takim artystą, jakim ja niegdyś byłem.
Dick skinął twierdząco głową.
— Piękny to fach — ciągnął Binat poważnie, — piękny. Ale w końcu i Monsieur, tak jak ja, zstąpi żywcem do piekła.
Zaśmiał się szyderczo.
— Musisz i pan wziąć udział w tańcach — mówił Ryszard tymczasem. — Potrzebny mi będziesz.
— Dla typu? Nie prawdaż? Wiedziałem, że do tego przyjdzie. Dla typu? Boże, mój Boże! dla typu, dla strasznego upadku, w jakim się pogrążyłem! Nie, nie chcę, nie przyjdę... Zabierzcie go stąd precz! Zabierzcie go... to wcielenie szatana! Albo nie; niech zostanie; tylko słuchaj, Céleste, zażądaj od niego dużo więcej.
I zacny papa Binat zaczął podrygiwać wyjąc z radości.
— Mój mąż ma racyę — przyznała Madame. — W Port-Said wszystko jest na sprzedanie. Jeżeli więc obecność jego może być potrzebną panu, zapłacisz w zamian więcej; nie wiele zresztą: pół... pół... eh, jakżeż tam pieniądz ten nazywacie? Pół suwerena.
Cena z góry uiszczoną została, a taniec ów szalony, taniec furyi, urządzono o północy, na podwórzu, dotykającem domu państwa Binat, a murem wysokim opasanem. Sama Madame, w jedwabiu słomkowej barwy, spadającym ustawicznie z żółtych jej ramion, wtórowała na fortepianie dźwiękom blach wielkich, w jakie bili krajowcy. Przy odgłosie piekielnego tego hałasu, przy świetle lamp naftowych, nagie zanzibarskie dziewczyny zawodziły tan dziki.
Binat siedział z dala na krześle, przyglądając się mętnemi źrenicami, które zdawały się nie rozróżniać przedmiotów nawet. Stopniowo jednak wir tańca i dźwięki rozbitego fortepianu zaczęły rozpalać spirytus, który w żyłach jego krew zastępował; oczy ożywiły się, lica błyszczały. Wtedy to Ryszard pochwycił go brutalnie za podbródek i twarz tę ku światłu odwrócił. Madame Binat, spojrzawszy równocześnie przez ramię, uśmiechnęła się do nich, odsłaniając wszystkie zęby.
Dick, oparty plecami o mur, szkicował godzinę przeszło. Lampy jednak naftowe zaczęły w końcu czadzić i przygasać, a dziewczęta, z sił wyczerpane, rzuciły się, dysząc, na ziemię. Zamknąwszy też z trzaskiem album, chciał się usunąć, gdy Binat pochwycił go błagalnie za łokieć.
— Pokaż mi — wybełkotał. — I ja przecież byłem kiedyś artystą... ja nawet.
Dick odsłonił zarys szkicu.
— Co? to ma być moje oblicze? — wykrzyknął przerażony. — Chcesz może zabrać to z sobą, by pokazywać całemu światu, że tak wygląda Binat?
Jęknął i załkał głucho.
— Monsieur zapłacił za wszystko — wtrąciła pani. — Monsieur ma prawo do tych rysunków. Do widzenia, do miłego widzenia, Monsieur.
Skrzypnęły wrota podwórza i zatrzasnęły się za Ryszardem, który podążył piaszczystą ulicą wprost do jaskini gry, znanej mu od dawna.
— Jeżeli szczęście mi posłuży, wezmę to za przepowiednię na przyszłość — mówił do siebie. — W razie bowiem przegranej będę musiał pozostać w tej dziurze.
Rozłożył pieniądze malowniczo na brzegu stołu i nie śmiał prawie patrzeć na nie. Szczęście jednak wiernem mu było. Trzy pierwsze obroty koła wzbogaciły go o dwadzieścia funtów. Uznając to za dostateczne, przestał grać, by, poszedłszy prosto do portu, zapoznać się tam z kapitanem starej okrętowej rudery. Zamówione na niej miejsce nie przewyższało ceną jego funduszów, statek zaś wysadził go na bruk Londynu z tak skromnym zapasem pieniędzy, iż wolał o czarnym tym punkcie nie myśleć nawet.


Delikatna, szara mgła zawisła nad stolicą, na ulicach zaś przejmujące panowało zimno. Nic dziwnego, w Anglii cieszono się latem właśnie.
— I tu dziczyzna swego rodzaju; milsza wprawdzie, ale niemająca ochoty zmienić się na lepsze — myślał Dick, idąc od portu w stronę zachodnią miasta. — No, a teraz ciekawa rzecz, co ja dalej zrobię?
Domy ciasne, przepełnione, żadnej na pytanie to nie dały odpowiedzi. Dick patrzył ciekawie na długą, pozbawioną światła ulicę i żywy jej ruch handlowy.
— Poczekajcie — mówił, zwracając się do kilku wspanialszych kamienic, stojących nieco na uboczu. — Poczekajcie, przyjdzie i na was kolej. Będziecie musiały jeszcze dostarczać mi całego szeregu lokajów i służebnych, starać się o królewskie skarby dla mnie.
Cmoknął wymownie ustami.
— Nie lękajcie się — ciągnął. — Postaram się tymczasem o ubranie i buty dość mocne, abym was nimi mógł kopnąć z całej siły.
Illustrując słowa, machnął nogą i spostrzegł... potężną dziurę w kamaszu. Cały bok pękł wzdłuż podeszwy. Dick zatrzymał się, aby obejrzeć szkodę; w tejże jednak chwili przechodzień jakiś zepchnął go w sam rynsztok.
— Bardzo dobrze — powiedział sobie. — Jedna to jeszcze kreska w rachunku. Przyjdzie i na mnie kolej; będę i ja was spychał do rynsztoka.
Mocne obuwie i porządne suknie nie są rzeczą tanią. Dick, wychodząc z ostatniego magazynu, spostrzegł, iż, obok przyzwoitego ubrania na czas jakiś, posiada tylko pięćdziesiąt szylingów w kieszeni. Powrócił do miasta i umieścił się w pokoju, w którym pościel na łóżku, w przewidywaniu złodziejstwa, szczególnymi opatrzona była znakami. Gdy nadesłano mu nowy garnitur, przywdział go natychmiast i poszedł do biura Centralnego Południowego Syndykatu, prosząc o adres Torpenhow’a. Udzielono mu go najchętniej, nadmieniając, że z rachunku za rysunki, nadsyłane z Afryki, pozostała tu jeszcze dla niego, Ryszarda Heldar, pewna kwota pieniędzy.
— Ile? — zapytał Dick z taką miną, jak gdyby zazwyczaj z milionami miał tylko do czynienia.
— Trzydzieści kilka, do czterdziestu funtów. Gdyby panu na tem zależało, możemy, rzecz prosta, wypłacić je zaraz. Zazwyczaj jednak regulujemy rachunki miesięcznie tylko.
— No, jeżeli okażę pośpiech, jeżeli przeczują, że jestem w potrzebie, będę zgubiony — myślał artysta; głośno więc dodał: — Och, nie mogę drobnostką taką zabierać czasu ani panu, ani sobie; tem więcej, że mi pilno, wyjeżdżam bowiem bezzwłocznie na wieś na miesiąc cały. Raczy pan więc wstrzymać się z rachunkiem aż do mego powrotu.
— W każdym jednak razie, mamy nadzieję, panie Heldar, iż nie zechcesz zrywać stosunku z nami?
Głównem zadaniem w życiu Dick’a było studyowanie ludzkich fizyognomii; i teraz więc nie spuszczał oka z mówiącego, śledząc bacznie wyraz jego rysów.
— Ten człowiek ukrywa myśl jakąś; chce mnie naciągnąć — rozumował w duchu. — Nie dam mu żadnej odpowiedzi, nie zwiążę się niczem, dopóki nie zobaczę Torpenhowa. Tu musi o duże rzeczy chodzić.
Pożegnał się więc i powrócił do swego ubogiego pokoiku, położonego w portowej dzielnicy miasta. Był to dopiero siódmy dzień miesiąca, który, jak to Dick pamiętał doskonale, trzydzieści jeden dni takich liczył! Trzeba było jednak czekać do pierwszego.
Przeżyć dwadzieścia cztery doby za pięćdziesiąt szylingów — zadanie to niełatwe dla człowieka o guście wyrobionym i zdrowym apetycie młodości. Rzeczą zaś mniej jeszcze przyjemną jest czynienie doświadczeń takich, gdy się kto znajdzie rzuconym samotnie wśród wielkiego mrowiska Londynu.
Mieszkanie, zajmowane przez Dick’a, zgodzone było siedm szylingów tygodniowo; pozostawał mu więc szyling jeden niespełna na całodzienne utrzymanie, na jedzenie, picie i t. p. Pierwszym zaś, pomimo tego, wydatkiem było zakupienie materyałów malarskich i rysunkowych. Wszak i tak musiał zbyt długo już obywać się bez nich. Wyżywić się za pozostałe fundusze istną stanowiło sztukę.
Po całodziennych obliczeniach i porównaniach przyszedł wreszcie do przekonania, że kawałek kiełbasy i talerz tartych kartofli, wszystko razem w cenie dwóch pensów, to wcale przyzwoite i smaczne pożywienie. Otóż kiełbaski, raz lub dwa razy tygodniowo, na śniadanie są dosyć znośną potrawą; na drugie śniadanie, z kartoflami, przejadają się szybko. Na obiad zaś, jako główna jego podstawa, stają się prostą impertynencyą.
Po upływie trzech dni Dick nie mógł już patrzeć na kartofle z kiełbasą i, zastawiwszy zegarek, uraczył się, dla odmiany, główką baranią. Zawiódł się wszakże; potrawa ta, dzięki kościom oraz obfitości sosu, nie jest tak tanią, jakby się to zdawać mogło. Powrócił więc do kartofli z kiełbasą. Następnego dnia ograniczył się na tartych ziemniakach tylko; był jednak bardzo nieszczęśliwy, wskutek osłabienia i boleści, jakie mu dyeta podobna przyniosła. Wtedy to, rozmyślając ze smutkiem o szczęśliwych czasach, w których rozrzucał pieniądze, poszedł zastawić kamizelkę i krawat. Niewiele to jednak pomogło. Kosztem też własnym przekonał się wkrótce, iż nic tak nie zaostrza bystrości w sądzeniu ludzkich twarzy, jak odzywające się, wbrew naszej woli, kurcze głodowe.
Wśród rzadkich swych wycieczek — Ryszard nie lubił teraz wychodzić, spacery bowiem były istną pokusą, narażającą go na ciągłe pożądania, — otóż wśród wycieczek tych przyuczył on się dzielić ludzi na dwie kategorye. Do pierwszej należeli tacy, którzy, sądząc po pozorach, mogliby mu dać zjeść cokolwiek; do drugiej ci, których powierzchowność nie budziła złudzeń pod tym względem.
— Nie przypuszczałem nawet — myślał, — iż w zakresie fizyognomiki istnieje tyle szczegółów, nieznanych mi dotąd.
W zamian za pokorę tę Opatrzność wynagrodziła go natychmiast. Tegoż samego dnia bowiem dorożkarz jakiś, stołujący się w tejże co on garkuchni, pozostawił z obiadu kawał niedojedzonego chleba. Dick pochwycił go; był nawet w stanie walczyć z całym światem o tę nadłamaną kromkę. Parę jej kęsów posiliło go i ożywiło.
Miesiąc, wlokący się wolno, niedołężnie, minął nareszcie. Ryszard, pełen radości, pobiegł po pieniądze swe do Syndykatu. Odzyskawszy je, pojechał natychmiast odszukać Torpenhow’a. Na korytarzu już nozdrza jego wciągały z rozkoszą zapach świeżo smażonego mięsa. Afrykański korespondent mieszkał u szczytu domu, pod dachem nieledwie. Gdy Dick wpadł jak bomba, przyjęły go szeroko rozwarte ramiona i uścisk gorący, a tak silny, że gość z trudnością żeber się własnych doliczył.
Torpenhow, rzuciwszy jednym tchem cały szereg pytań, pociągnął go szybko ku światłu.
— Co tobie? Wychudłeś strasznie!
— Litości! Czy nie masz nic do zjedzenia? — pytał Dick, badając pokój wzrokiem zgłodniałego wilka.
— Za chwilę przyniosą mi śniadanie. Może chcesz kiełbasek?
— Wszystko, byle nie kiełbaski! Czy wiesz, Torp, że ja trzydzieści dni i trzydzieści nocy umieram z głodu na tem przeklętem końskiem mięsie?
— A cóż za obłęd znów cię opanował?
Dick opowiedział dzieje ostatnich tygodni, nie owijając nic w bawełnę. Skończywszy smagać się własnemi słowami, rozpiął tużurek. Pod spodem widniał brak kamizelki.
— Cienko było ze mną, bardzo cienko — kończył; — ale jakoś przetrzymałem.
— Niema w tem dużo sensu, jest wszakże dużo silnej woli; zyskałeś podstawę — zadecydował Torpenhow. — A teraz jedz — dodał, podsunąwszy mu potrawy.
Ryszard rzucił się na jaja i słoninę, używając, dopóki tylko używać był w stanie. Gospodarz podał mu na zakończenie fajkę napełnioną. Młody człowiek palił z rozkoszą taką, jakiej może tylko doznać zwolennik dobrego tytuniu, który przez trzy tygodnie pozbawiony go był zupełnie.
— Uf! — wykrzyknął w końcu. — Cóż za boskie uczucie!
— Wytłumacz mi, dlaczego nie przyszedłeś do mnie?
— Nie mogłem. Już i tak, stary druhu, za wiele ci zawdzięczam. Przytem... cóż chcesz, może to przesąd... miałem jednak przeczucie, że ten głód chwilowy, bo to był głód ze wszystkiemi jego męczarniami, przyniesie mi szczęście później. Jak widzisz, minęło wszystko pomyślnie; potrafiłem brak srogi przeżyć, w syndykacie zaś nikt nie wie, nikt nie przeczuwa nawet, o ile ciężkiemi były chwile te dla mnie. A teraz wystrzel! Mów, na czem właściwie stanęły moje sprawy?
— Wszak dostałeś telegram? Otóż idziesz niezmiernie w górę. Prace twoje podobają się i ogólne budzą zajęcie. Czemu, dlaczego?... Nie wiem. Stwierdzam tylko fakt: idziesz w górę. Mówią, że masz odrębny koloryt i siłę pędzla, że rysunek twój tchnie oryginalnością. Anglicy, wychowani wśród czterech ścian własnych, dowodzą, że posiadasz intuicyę i przenikliwość w odtwarzaniu scen obcych. Zresztą, wszystko jedno, co mówią, dość, że pół tuzina pism pragnie pozyskać twe współpracownictwo, że chcą cię namówić do illustrowania książek.
Dick mruknął tylko wzgardliwie.
— Handlarze obrazów, uderzeni powodzeniem, pragną, abyś wykończał szkice drobniejsze dla nich, na sprzedaż. Wyobrażają oni sobie widocznie, że pieniądze, wpakowane w ciebie, będą na dobry procent umieszczone. Boże święty! Któż może w tym razie odpowiadać za bezmierną głupotę publiczności.
— Daj jej pokój... Wcale rozsądni ludzie.
— Którzy podlegają różnym napadom; to zapewne chciałeś powiedzieć? Otóż cały odłam owej publiczności, zajmujący się sztuką, obrał sobie, na szczęście, za przedmiot ostatniej swej fantazyi twoją osobę. Jesteś w tej chwili w modzie; stałeś się fenomenem, zjawiskiem, czem ci się podoba... Na próżno się jednak dopytują, na próżno cię szukają... Ja jeden bodaj w całym Londynie wiedziałem coś bliższego o tobie. Skorzystawszy z tego, posuwałem sprawę, pokazując tym z pośród interesowanych, którzy ci najwięcej mogli być użyteczni, kilka szkiców, jakie mi darowałeś w Afryce. Połączone z rysunkami, ogłaszanemi przez Syndykat, podniosły one wyżej jeszcze twą sławę. Masz szczęście, chłopcze.
— Phi! Piękne mi szczęście, na które trzeba pracować, wałęsając się, jak pies, po świecie. Szczęście! Naczekałem ja się za niem!... Ale potrafię to ludziom odpłacić! Niech tylko zdobędę wpierw warsztat, niech znajdę zbyt na pracę...
— Chodź tutaj! — wołał Torpenhow, prowadząc go na drugą stronę schodów. — Pokój to podobny, co prawda, do dużego pudełka, ale dla ciebie wystarczy chyba. Masz okno u góry, masz światło północne, czy jak je tam nazywasz; jednem słowem: dosyć przestrzeni i warunki wygodne na pracownię. A że jest obok osobna sypialnia, więc cóż ci lepszego potrzeba?
— Wystarczy mi to najzupełniej — przyznał Ryszard, rozglądając się po mieszkanku, które zajmowało trzecie skrzydło starego, zrujnowanego domu o oknach wychodzących na Tamizę. Blade, żółte słońce oświecało je właśnie, wykazując całe opuszczenie, cały brud tej rudery. Trzy schody tylko prowadziły stąd do sieni, trzy drugie do mieszkania Torpenhow’a.
Klatka schodowa tonęła w ciemnościach, rozpraszanych przez blade płomyki gazu. Poniżej, w przepaści, zstępującej o siedm piętr na dół, słychać było głosy męskie, hałas i łoskot drzwi, z trzaskiem zamykanych.
— Czy można tu zapewnić sobie zupełną swobodę działania? — zapytał Heldar, dla którego wolność była pierwszym warunkiem życia.
— Najzupełniejszą. Dostajesz klucz od zatrzasku i robisz, co ci się podoba. Jesteśmy tu wszyscy prawie stałymi mieszkańcami. Być może zresztą, że nie zalecałbym tych chambres garnies na lokal dla „Chrześcijańskiego stowarzyszenia młodzieży,“ nam jednak wystarczą one zupełnie. Telegrafując do Port-Said, z góry już pokoje te dla ciebie zatrzymałem.
— Zbyt dobrym jesteś, stary druhu.
— Sądziłeś więc może, że ci pozwolę stąd odjechać, że się z tobą rozdzielę?
Torpenhow oparł rękę na ramieniu Heldara, i tak złączeni, nie tylko uściskiem, lecz jednością myśli, gawędzili, chodząc po obszernym pokoju, który miał odtąd miano pracowni nosić. Wtem posłyszeli pukanie do drzwi Torpenhow’a.
— Oho, któryś z tych durni przychodzi do mnie na kieliszek — zawołał korespondent, i podnosząc głos, zawiadomił, że można go zastać po drugiej stronie.
Domniemany dureń okazał się dżentelmanem lat średnich, w tużurku czarnym o atlasowych wyłogach. Blade jego usta rozchylone były lekko, pod oczami zwieszała się skóra, jak dwa woreczki.
— Słaba wola i słabe serce — myślał Dick, ujmując wyciągniętą ku sobie rękę. — O, nawet bardzo słabe i tchórzliwe usposobienie. Bicie pulsu przyprawia palce jego o drżenie.
Przybyły przedstawił się jako naczelnik Południowego Syndykatu a zarazem „jeden z najgorętszych wielbicieli prac pańskich, mrs. Heldar. Chciałem zapewnić pana, w imieniu instytucyi, iż czujemy się prawdziwymi jego dłużnikami i dlatego to właśnie podwójnie nam miło, iż staliśmy się narzędziem pośredniem pańskiej sławy. Mamy nadzieję, iż nie zechcesz zapomnieć, panie Heldar, że nam to przypadło w udziale przedstawić dzieła pańskie po raz pierwszy szerszemu ogółowi.“
Zmęczony siedmiu piętrami, oddychał ciężko i głęboko.
Dick spojrzał w stronę Torpenhow’a, którego lewa powieka opadła w znaczący sposób na policzek. Cały instynkt samoobrony zbudził się w tej chwili w Ryszardzie.
— Nie zapomnę — odparł. — Nie mógłbym nawet: zbyt dobrze zapłaciliście mnie przecież. Pan wiesz najlepiej. Skoro już o tem mowa, muszę nadmienić, że po urządzeniu się tutaj przyślę do Syndykatu po moje szkice. Przypuszczam, że zebrało ich się u panów około stu pięćdziesięciu.
— Jest to... hm, hm, rzecz, o której... tego... przyszedłem właśnie pomówić. Lękam się bowiem, iż nie będziemy mogli oddać ci ich, panie Heldar. Ponieważ nie zastrzegłeś zwrotu prac tych żadną specyalną umową, a więc, rzecz prosta, stały się one naszą własnością.
— Masz pan więc zamiar, jeżeli dobrze rozumiem, zatrzymać moje szkice?
— Tak. Liczymy przytem na pańską pomoc, na warunkach, jakie sam naznaczysz, w urządzeniu specyalnej wystawy prac tych. Poparta naszem nazwiskiem, reklamowana wpływami, jakie posiadamy w prasie, może ona oddać panu poważne materyalne przysługi. Szkice...
— Należą przedewszystkiem do mnie. Nie może być mowy o specyalnych zastrzeżeniach, bo pan zawarłeś ze mną umowę na drodze telegraficznej, przyczem płaciłeś mi najniższe ceny, jakieś się podać ośmielił. Zatrzymać moje szkice! Cóż to za pomysł! Ależ, na Boga! człowieku, czy wiesz, że są one wszystkiem, co na świecie posiadam?
Torpenhow, przyglądający się bacznie Dick’owi, gwizdnął przeciągle.
Heldar chodził tymczasem, w myślach pogrążony. Widział już owoc długoletniej pracy swej wystawiony na sprzedaż, przywłaszczony, u wstępu do powodzenia, do życia, przez tego niemłodego jegomościa, którego nazwiska nie dosłyszał nawet. Podawał on się nawet za przedstawiciela jakiegoś Syndykatu, ale cóż to obchodziło Dick’a? Syndykat nie imponował mu wcale. Niesprawiedliwość, oszustwo, mało go obchodziły. Zbyt często widział w życiu siłę, górującą nad prawem, aby go przemoc jej dziwiła, aby się rozczulał nad szelmowstwem, którego padał ofiarą. Nie zastanawiał się nad istotą złego i dobrego, lecz po prostu pragnął krwi tego słodkiego jegomościa w tużurku o jedwabnych wyłogach. Głos jego, gdy przemówił wreszcie, brzmiał taką miodową słodyczą, że Torpenhow, znający Ryszarda, nie wątpił już ani na chwilę, iż przymus, jaki on sobie zadawał, musi doprowadzić do wybuchu, do starcia.
— Przepraszam najmocniej, czy niema jednak u panów nikogo... nikogo młodszego, któryby się podjął interes ten załatwić ze mną?
— Przemawiam w imieniu Syndykatu; wobec tego więc nie widzę powodu, aby osoba trzecia...
— Zobaczysz go pan zaraz. Proszę, racz łaskawie oddać natychmiast moje szkice.
Nieznajomy pobladł lekko. Spojrzenie jego skierowało się najwpierw na Ryszarda, później na Torpenhow’a, który stał w milczeniu, plecami o mur oparty. Przedstawiciel Syndykatu nie był przyzwyczajony, aby jego eks-urzędnicy prosili o coś tonem, noszącym tak wyraźne cechy rozkazu.
— Tak, trzeba przyznać — odezwał się Torpenhow, — że wygląda to na kradzież rozmyślną, w biały dzień popełnioną... Zdaje mi się jednak, że się pan przeliczyłeś, nie biorąc w rachubę, z kim masz do czynienia. Dick, baczność! Pamiętaj, że tu nie Sudan.
Uwaga źle była zastosowaną. Zamiast bowiem uspokoić Heldara, przypomniała mu tylko długie lata włóczęgi, samotności, biedy i pragnień nigdy niezadowolonych. Pamięć ich uwydatniała tem silniej tylko kontrast, zachodzący między przecierpianą przez niego nędzą a tym zamożnym widocznie człowiekiem, który miał zamiar owoce lat tych ciężkich na swoją zagarnąć własność.
— Nie wiem na razie, co z panem zrobić — mówił Dick po krótkim namyśle. — Jesteś, rzecz prosta, nikczemnym złodziejem, któregoby należało zbić uczciwie. Gotówbyś jednak umrzeć ze strachu. Otóż nie życzę sobie uśmiercić cię na miejscu, bo trup na nowem mieszkaniu szczęścia nie przynosi. Nie zamierzaj się, mój panie, na próżno zirytowałbyś się tylko.
I ręką jak stal silną a sprężystą pochwycił ramię mężczyzny, podczas gdy dłoń prawą przesunął szybko po okrągłym jego korpusie pod owym czarnym o atłasowych wyłogach tużurkiem.
— Boże Święty! — mówił równocześnie do Torpenhow’a — i taki stary głupiec ośmiela się jeszcze być złodziejem! Widziałem raz, jak darto pasy z czarnego poganiacza wielbłądów za to, że odważył się ukraść pół funta świeżych daktyli. Skóra tamtego była przynajmniej twarda, na równi z rzemieniem, używanym na batogi; ale ten, patrz, miękkie to wszędzie i delikatne... jak kobieta.
Niema sroższego, bardziej dojmującego upokorzenia nad podobnie wzgardliwe traktowanie ze strony człowieka, który nie chce nawet uderzyć. Naczelnik Syndykatu zaczął oddychać ciężko. Dick obchodził go tymczasem dokoła, obmacując i głaszcząc tak, jak kot głaszcze i pociera się o dywan miękki. Dokonawszy tego, podkreślił palcem ołowianoszare worki pod jego oczami, przyczem potrząsał głową ze zdumieniem.
— I ty, ty chciałeś ukraść moją własność, moją, moją, moją? Ty, który nie wiesz, czy ci dziś jeszcze umrzeć nie przyjdzie? Siadaj i pisz mi bezzwłocznie rozkaz do biur Syndykatu; powiedziałeś przecież, że jesteś jego naczelnikiem, a więc rozkaż, aby wszystkie moje szkice, słyszysz, wszystkie, co do ostatniego, wydano natychmiast Torpenhow’owi. Czekaj! Ręka ci się trzęsie, nie będziesz mógł pióra utrzymać.
Skreślił szybko polecenie na kartce, z pugilaresu wyrwanej, i podsunął mu je do podpisania.
Torpenhow, pochwyciwszy gotowy już dokument, oddalił się z nim prędko. Dick chodził tymczasem dokoła więźnia swego, przykutego do miejsca siłą woli Heldara, i dawał mu takie rady i nauki, jakie dla przyszłego zbawienia duszy jego za najkorzystniejsze uważał.
Gdy Torpenhow wracał z olbrzymią teką w ręku, posłyszał jeszcze głos Ryszarda, który mówił właśnie w przekonywający sposób:
— No, mam nadzieję, że ta lekcya na zdrowie ci pójdzie. Gdyby zaś przyszło ci na myśl przeszkadzać mi w robocie jakiemiś głupiemi skargami do sądu o napad, pamiętaj, że cię pochwycę i sprawię takie kije, iż ducha przy nich wyzioniesz. Wiesz, że i tak już niewiele ci pozostaje do życia, a ja umiem słowa dotrzymać. Idź teraz, Imshi—Vootsak! Precz!
Ogłuszony, wyszedł, potykając się. Dick odetchnął głęboko.
— Tfu! Cóż to za szajka łotrów! Rozbój na prostej drodze, zorganizowane złodziejstwo... pierwsza rzecz, z jaką biedny sierota spotyka się u wstępu do życia! Pomyśl tylko, co to za czarna dusza siedzi w takim człowieku! Słuchaj, Torp, czy szkice moje są przynajmniej w porządku?
— Przeliczyłem; nie braknie ani jednego. Sto czterdzieści siedm sztuk. Wiesz, Dick’u, muszę ci przyznać: dzielnie zacząłeś!
— Czegóż mi stawał na drodze? Dla niego warte to kilka funtów może, dla mnie stanowi majątek cały. Nie sądzę nawet, aby podał skargę. Udzieliłem mu tu bowiem parę rad lekarskich gratis i kilka wskazówek co do stanu jego zdrowia. Tanio go to kosztowało: trochę wzruszenia, nic więcej. A teraz przejrzyjmy moje szkice.
W chwilę później Dick leżał na podłodze, zagłębiony cały w tece i rysunkach, przewracając je ostrożnie, z lubością, i śmiejąc się od czasu do czasu na wspomnienie ceny, za jaką skarb ten odzyskał.
Wieczór już nadchodził, gdy Torpenhow, zbliżywszy się do drzwi, ujrzał Dick’a, skaczącego, jakby w rozkosznej, dzikiej sarabandzie.
— Przyjacielu! — zawołał, nie przerywając tańca — czy wiesz? udało mi się, bezwiednie prawie, założyć mocną podwalinę. Dobre są! Wściekle dobre. Popłynę szeroką rzeką. Urządzę osobną wystawę, ale puszczę ją na własnej wędce. I ten człowiek miał czoło chcieć mnie wykwitować ze wszystkiego! Żałuję teraz, żem go czynnie nie nauczył rozumu.
— Wychodź stąd! Wychodź i proś Boga, aby cię uwolnił od grzechu arogancyi, którego, jak widzę, nie pozbędziesz się już nigdy. No, idź-że i sprowadzaj swoje rzeczy, gdziekolwiekby one nie były dotąd. Trzeba przecież dziurze tej nadać pozór ludzkiego mieszkania.
— A wtedy — wołał Dick, podskakując ciągle, — wtedy zabierzemy się do Egipcyan.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Natalia Korwin-Szymanowska.