Za mgłą/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Za mgłą
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Wydawca Księgarnia A. G. Dubowskiego
Data wydania 1899
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

W

Wyjątkowo długa i wyjątkowo piękna była jesień.
Słońce przyświecało, szare chmury nie zakrywały nieba, droga była doskonała, twarda; bydło znajdowało dość pożywienia w lasach, na ugorach i na pastwiskach, chociaż październik dobiegał już do końca.
Resztki liści jeszcze się trzymały na drzewach; po polach, po ścierniskach, po płotach czepiały się białe o jedwabistym połysku nici babiego lata.
Roboty wszelkie ukończono, stodoły były już pełne, na polach wznosiły się liczne sterty, na łąkach wielkie stogi.
Świeżo dokonane zasiewy ozime już wschodziły, ruń ich była gęsta, zielona i zdawała się wiele obiecywać.
Korzystano z dróg dobrych i pogody, więc ku miastom ciągnęły wozy pełne świeżo omłóconego zboża, w folwarkach warczały młockarnie, w chłopskich stodołach rozlegał się miarowy łoskot cepów. Zaczęły się jarmarki w okolicznych miasteczkach, ożywiły targi, ruch był. Żydzi uwijali się po wsiach, poszukując różnych produktów do nabycia, chłopi znów do miast ciągnęli po przyodziewek zimowy, futrzane czapki, kożuchy.
W małym wiejskim światku zapanowało ożywienie; sezon chłopskich wesel, odbywanych zazwyczaj na jesieni, po wykopaniu kartofli, był w pełni.
Rozlegały się dźwięki niewykwintnych kapeli, okrzyki podochoconych biesiadników i pieśni wesołe.
Hucznie rozpoczynały młode pary nowe życie: po dwie i trzy doby z rzędu bawiono się i tańczono na zabój; gdy w chacie było za ciasno, wynoszono się na dziedziniec i pod gwiaździstem sklepieniem niebios, przy oświetleniu księżycowem, zabawa szła w najlepsze.
Dla myśliwych, do których liczby i stary lekarz należał, nie brakło roboty. Liczne stada kuropatw, spasione na kapuście zające nęciły w pole.
Doktor Kowalski, pomimo późnego już wieku, był namiętnym myśliwym; skoro tylko jesień nadeszła, korzystał z każdej sposobności, aby polować.
Praktykę niedużą już miał, czasu dość; był, jak sam się wyrażał, lekarzem emerytem, bo zebrał sobie fundusz na utrzymanie dostateczny, i lekarzem amatorem, gdyż wzywany do chorych, przeważnie biedaków, leczył ich bezinteresownie, a nieraz i na lekarstwo dawał z własnej kieszeni.
Polowanie było jego ulubioną rozrywką, a że wszystkich w okolicy znał, że go powszechnie lubiono, więc mógł tej rozrywki używać, gdzie chciał i ile chciał; wszędzie go zapraszano.
Nie przeszkadzał mu ani wiek poważny, ani tusza dość tęga; mógł bez zmęczenia chodzić przez pół dnia po podorywkach, a strzelał doskonale.
Na samą myśl, że ma polować, ożywiał się i nabierał energii. Zdawałoby się, że odmłodniał, gdy włożył buty myśliwskie, kurtkę popielatą z zielonemi potrzebami i kapelusz z piórem, gdy zdejmował z kołka strzelbę i torbę.
Broń to była staroświecka, kapiszonowa, ale doktor nie rozstałby się z nią za nic w świecie. Torbę również miał staromodną, dużą, wyładowaną różnymi przyborami. Był w niej róg z prochem, kilka woreczków skórzanych ze śrutem, pudełko z pistonami, garść pakuł na przybitki, płaska butelka ze starką i trochę wiktuałów, gdyż polowanie to ruch, a ruch wzbudza apetyt.
Przy torbie wisiały troki, rzemyki i siatka. Przewieszał ją doktor przez ramię na szerokim pasie, wyszytym bardzo pięknie na kanwie drobnemi pacioreczkami i jedwabiem, ongi, ongi, pięknemi rączkami.
W tych wycieczkach myśliwskich, o ile polowanie nie miało odbywać się w kniei, towarzyszył doktorowi duży, ciężki wyżeł, Lapis.
Było to psisko flegmatyczne, obojętne na wszystko, prócz polowania.
Zwykle leżał po całych dniach, zimową porą w gabinecie swego pana przy drzwiach, latem na ganku. Gdy przychodzili pacyenci, nie szczekał, nawet łba nie podnosił; chyba, że mu kto na ogon nadeptał. Dopiero gdy doktor wybierał się na polowanie, Lapis zaczynał się ruszać.
W chwili, gdy pan czyścił strzelbę, pies otwierał oczy, kładł mordę na wyciągniętych przednich łapach i bacznie patrzył na niego. Gdy ubierał się w kostium myśliwski, pies siadał, gdy brał torbę — wstawał.
— Lapis, będzie polowanie!
Pies ruszał ogonem na znak radości i szczekał.
— Lapis, jedziemy!
Na to hasło pies w szalonych podskokach rzucał się ku drzwiom, naciskał klamkę łapą, wybiegał na dziedziniec, na ulicę, skomlał i skakał.
Gdy doktor siadał na bryczkę, pies wyprzedzał konie i wtenczas już żadna siła nie mogłaby go wrócić do domu.
Do Krasek było od miasteczka dwie mile drogi. Doktor wybrał się rano, żeby czasu nie tracić, bo jesienny dzień krótki, a zanim się zajedzie, zanim gościnny gospodarz puści gościa na pole, upłynie parę godzin.
Na powitanie doktora wyszedł pan Jan i oświadczył, że stryj jest trochę cierpiący i położył się.
— Cóż mu się stało? — zapytał starowina ze współczuciem.
— Nie wiem; mówił, że tylko znużenie.
— Zobaczymy, zobaczymy. Widzisz, panie Janie, jaki to nasz los! Człowiek wybiera się na kuropatwy, a trafia na katar, febrę, lub, broń Boże, jeszcze na co gorszego. Muszę się rozbroić i przedewszystkiem zobaczyć chorego — dodał, zaczepiając na rogach jelenich torbę i strzelbę, — a Lapis będzie leżał tu, w sieni. Nie znasz, panie Janie, Lapisa?
— Widzę, że piękny wyżeł.
— Piękność to nie zaleta, ale mądry i dobry piesek. Poznasz jego cnoty w polu. Akurat dla mnie wyżeł, niegorący, posłuszny i zna moje grymasy.
Pan Piotr, dowiedziawszy się, że doktor przyjechał, podniósł się i wyszedł do niego. Na poczekaniu odbyła się konsultacya i starowina orzekł, że trzeba tylko wypoczynku.
— Wychodzić przez parę dni nie można — dodał, — nie trzeba wywoływać wilka z lasu.
— Więc chyba Jaś będzie panu towarzyszył.
— Jeżeli łaskaw, to i owszem, zrobi mi to wielką przyjemność.
— I mnie również, ale uprzedzam pana, że jestem myśliwym dyletantem; nie miałem ani czasu, ani sposobności oddawać się tej rozrywce, a pan dobrodziej, jak słyszałem, jest mistrzem.
— Tak sobie, amator, ale amator od lat wielu, więc nabrało się wprawy.
Po przekąsce, bez której uprzejma gospodyni nie chciała gościa wypuścić, ruszyli na niezbyt odległe pole pod lasem.
Doktor był w złotym humorze. Lapis spisywał się doskonale, sześć kuropatw padło pod celnymi strzałami staruszka. Pan Jan kilkakrotnie chybił i tylko jedną sztukę upolował.
Słońce zapadało za las, rzucając złoty blask na niebo, na wierzchołki sosen i dębów.
— Zmęczyłem się trochę — rzekł doktor, — stara maszyna psuje się. Dawniej, ho, ho! temu lat piętnaście, dwadzieścia, mogłem po całych dniach chodzić bez zmęczenia. Dziś już nie to, mój młody towarzyszu. Usiądźmy tu, na tym kamieniu. Od iluż lat ja go pamiętam! Ten kamień, ten las i te wszystkie pola, jakie naokoło widzisz, każdą ścieżkę, każdą miedzę tu znam. Ileż razy przedeptałem je z pańskim stryjem!
— Dawna znajomość panów łączy.
— Co to znajomość! Przyjaźń, szczera, wypróbowana. Znajomych można mieć mnóstwo, przyjaciół niewielu. Ja pana Piotra pamiętam jeszcze z owych lat, kiedy był kawalerem, od czasu, kiedy osiedliłem się w tych stronach i praktykować zacząłem. Młodzi byliśmy wówczas, życie kipiało w nas, mieliśmy zapał, energię, siły, a jakie śmiałe marzenia! Wszystko wydawało się nam łatwem. Szczęśliwa doba życia! Jedną ma tylko złą stronę: że przemija bezpowrotnie, pozostawiając tylko po sobie trochę wspomnień. Przesuwają się one często w pamięci, jak niknące obrazy na ekranie, i, rzecz dziwna, im odleglejsze, im dawniejsze, tem rysują się wyraźniej, tem większej nabierają plastyki. Pańskiego ojca, na przykład, widzę tak doskonale we wspomnieniach, że gdybym był malarzem, mógłbym jego wizerunek z pamięci narysować.
— Pan znał mego ojca?
— Doskonale; ojca i matkę; a ciebie, panie Janie, pamiętam, kiedyś był małem dzieckiem. Jestem przyjacielem całej twej rodziny. Ciotkę twoją, panią Justynę, wysoko poważam, a co się tyczy Andzi, to, gdybym był o trzydzieści lat młodszy, kochałbym się w niej szalenie.
Młody człowiek rozśmiał się.
— Mówię seryo — ciągnął dalej doktor, — bo, według mego zdania, to uosobiona szczerość, łagodność, prostota; w głowie wcale dobrze, a uroda... no, o tem niema co mówić. Śliczna panna i dość. Przyznasz zapewne, że mam słuszność.
— Z największą chęcią przyznaję, i gdyby nie blizkie pokrewieństwo, jakie mnie łączy z Andzią, kto wie, czy nie zostałbym rywalem pańskim.
— Łatwoby panu przyszło zwycięstwo, ale mnie wiek, a ciebie związki krwi usuwają z areny. Przyjdzie ktoś trzeci i będzie tryumfował.
— Otóż właśnie stryj Piotr ubolewa nad tem, że Andzia odrzuca tych trzecich, czwartych, piątych i za mąż nie wychodzi dotychczas.
— Wiem, że ubolewa, ale ja go pocieszam, że, prędzej czy później, znajdzie się szczęśliwy, i kto wie, czy już się nie znalazł.
— Co pan mówi?!
— A no tak, znajdzie się szczęśliwy. Czy to będzie nim syn pana Seweryna, nie wiem; nie przysiągłbym na to; czy nie będzie, takżebym nie zaręczył, ale coś mi się zdaje, coś przeczuwam.
— Andzia jest ze mną dość szczera, ale o tem nie wspominała.
— Widocznie nie chce mówić przed czasem. Ja bo, widzisz, wszystkich w tym zakątku znam, więc niejednego domyślić się mogę, chociaż mi nikt nie mówi. Wszyscy znajomi w tej okolicy, każdego miałem sposobność poznać w rozmaitych okazyach. Ot, choćby na przykład ci w Królówce.
— Proszę pana doktora — rzekł z wielkiem ożywieniem młody człowiek, — czy wyjaśniona jest prawdziwa przyczyna tego nieszczęśliwego wypadku?
— Nie badajmy; niech to pozostanie na wieki tajemnicą grobu. Stało się... Mnie się nie zdaje nic, kochany panie; wszystko przemawia za wypadkiem, przyjmujemy więc, że to był wypadek, nieszczęśliwe zdarzenie. Trafiają się przecież takie, jak gdyby na dowód, że życie nasze, na którem opieramy tak wiele projektów, nie warte jest złamanego szeląga. Ale porzućmy ten smutny temat, mówmy o czem innem.
— Ładne są te zwaliska, uroczy park w Królówce.
— Widzę, że nie możesz myśli od Królówki oderwać.
— Istotnie; piękna to i urocza miejscowość.
— Która?
— Jakto która? — zapytał młody człowiek.
— Ludwisia, czy Nina? — odrzekł z uśmiechem doktor. — Podług mego zdania, obie bardzo przystojne panienki. Po śmierci ojca los ich był bardzo niepewny, groziła im nawet ruina, ale pomoc sąsiedzka, dzięki poczciwej inicyatywie twego stryja, zażegnała katastrofę i, jak sądzę, parę lat rozumnej gospodarki i oszczędności ocali im majątek. Będzie to wyłączna pana Piotra zasługa. On tak to nieszczęście wziął do serca i postanowił ocalić te kobiety. No, kochany towarzyszu łowów — dodał, — odpocząłem już, pójdźmy więc ku domowi, boć mnie jeszcze czeka droga.
— Mógłby pan zanocować u nas.
— Nie, mam kilku chorych biedaków, których muszę jutro rano odwiedzić. A teraz, wybacz niedyskrecyę i ciekawość moją: Zostajesz z nami?
— Zostaję.
— To dobrze. Wyobrażam sobie, jak pana Piotra to ucieszy. Kiedyż zdecydowałeś się na to?
— Przedwczoraj, tylko...
— Cóż? cóż? — zapytał z zaciekawieniem.
— Stryj życzy sobie, żebym pozostał w Kraskach, a ja pragnąłbym pracy samodzielnej, wołałbym w okolicy dzierżawę jaką znaleźć.
— A wiesz, że to słuszne. Dwóch gospodarzy na Kraski to za dużo. Dzierżawy chcesz? Poszukawszy, możeby coś odpowiedniego się znalazło.
— Byle niezbyt dużego, bo nie mam wielkich funduszów.
— Poszukam, poszukam. Ach! — zawołał, uderzając się w czoło — mam myśl! Pyszna, wyborna myśl!
— Ciekawym.
— Musi pozostać tajemnicą do czasu. Wybadam stryjaszka, co o tem myśli i jak się na mój projekt zapatruje. Teraz wracajmy.
Poszli ścieżką, wydeptaną przez pola. Wieczór zapadał, jak zwykle na jesieni, szybko.
Ledwie zniknęły ostatnie blaski słońca na zachodzie, już noc, panowania chciwa, ogarniała ziemię: ciemne ściany lasów, okalające widnokrąg niby ramą, ginęły w mroku i zlewały się z szarym cieniem, obejmującym wszystkie przedmioty.
Już nie można było rozróżnić z daleka ani drzew, ani domostw ludzkich, tylko światełka w oknach błyszczały.
Było już zupełnie ciemno, gdy myśliwi powrócili z wyprawy. Zastali panią Justynę z córką, i doktor miał się przed kim popisać swoją zdobyczą.
— Jasiu — rzekła pani Justyna, — przyjechałyśmy umyślnie po ciebie. Musisz nam przynajmniej trzy dni poświęcić.
— Owszem, cioteczko, bardzo chętnie.
— Przepraszam, moi kochani — rzekł pan Piotr, — ale odłóżcie to na kiedy indziej.
— A to dlaczego? — zapytała Andzia.
— Dlatego, moja panno, że twój wujaszek jest chory, że szanowny doktor zabrania mu przez kilka dni wychodzić, a tem bardziej wyjeżdżać, więc Jaś musi stryja zastąpić, a nie zapominaj panna, że mamy teraz dwa gospodarstwa: jedno tu, drugie w Królówce, i że o to drugie powinniśmy dbać więcej, aniżeli o swoje własne. Ja muszę tam bywać prawie codzień, musiałbym być tam jutro, a że nie mogę, więc poślę zastępcę, a że nie mam innego i lepszego, więc musi się poświęcić pan Jan. Chyba, że nie podejmie się tej misyi i odmówi.
— Ależ, stryju, proszę tylko o instrukcyę i zaręczam, że wszystko wykonane będzie jak najdokładniej.
— Wobec tego i ja nie nalegam — rzekła pani Justyna, — ale wracając jutro z Królówki, wstąp do nas, Jasiu.
— Bardzo chętnie.
Nazajutrz rano biały arabczyk pędził po drodze do Królówki.
Jeździec puścił mu cugle i pozwolił pohulać z wiatrem. Rączy źrebiec używał też po dłuższym wypoczynku. Błysnął oczami, rozdął chrapy i w lekkich, sarnich skokach zdawał się wiatr prześcigać.
Na delikatnej jego skórze zarysowała się misterna sieć żyłek, grzywa jedwabista wzbiła się nad piękną szyją, nogi suche, żylaste, mocne jak stal, pożerały przestrzeń, a jeździec, lekko pochylony na siodle, kąpał się w silnym prądzie powietrza i upajał wiatrem, który mu szumiał w uszach.
Wtenczas przyszły mu na myśl słowa Andzi, że ów biały arabczyk to poezya, i przyznał w duchu, że w tem orzeczeniu jest trochę prawdy.
Przyszło mu również na myśl, że ruiny w Królówce, wspaniały park, którego ogromne drzewa stoją teraz w kobiercu zeschłych liści, to także trochę poezyi, a blada dziewczyna o pięknych oczach, ta, jak ją nazwała Andzia, strażniczka legend i podań, to chyba poezya wcielona.
Gdy koń zmęczony, pokryty pianą, zwolnił biegu i przystanął, myśli młodego człowieka zwróciły się na grunt bardziej realny.
Ze wzgórza otwierał się przed nim widok na pola; przypomniał sobie, co ma do roboty, i powoli, ominąwszy park, zajechał wprost na folwark, gdzie go przywitał Pakułowski.
Trzeba było wydać dyspozycye, zobaczyć, jak młócą i wieją, pójść do śpichrza, skontrolować regestry, sprawdzić wydatki, obejrzeć inwentarz, wozy, narzędzia, zapytać o różne potrzeby.
Do samego południa to trwało — wreszcie, kiedy dzwonek dał hasło do wypoczynku i ludzie rozchodzić się zaczęli, pan Jan udał się do dworu. Wiedziano tam już o jego przybyciu.
Służąca oczekiwała go na ganku i poprosiła, aby wszedł do pokoju.
Ubogo było w tym dworku, ale niezmiernie czysto i ładnie. Każdy sprzęt lśnił, w oknach mnóstwo roślin starannie utrzymanych, na ścianach kilka obrazów starych dobrego pędzla. Jedynym zbytkownym sprzętem w tym domu był fortepian, od czasu tragicznych wypadków, jakie tu zaszły, nieużywany i zamknięty.
Młody człowiek usiadł przy stole i, zamyślony, machinalnie przeglądał kartki jakiejś illustrowanej książki, ale nie widział ani obrazków, ani liter.
Z zadumy tej zbudził go szelest sukni kobiecej. Przed nim stała panna Ludwika, wyciągając do niego białą, szczupłą rękę.
— Witam pana — rzekła. — Mama przyjdzie za chwilę. Dlaczego pan wprost na folwark zajechał?
— Najpierw — odrzekł — musiałem wywiązać się z zadania, jako wykonawca zleceń mego stryja. Spełniwszy je, przyszedłem powitać panie i złożyć im ukłony od stryjostwa, ciotki mej i Andzi.
Zaledwie skończył to mówić, weszła wdowa, wsparta na ramieniu młodszej córki. Była jeszcze bardzo wycieńczona i blada, ale czuła się znacznie lepiej.
Zaczęła się rozmowa o wspólnych znajomych i o doktorze, którego w tym domu uwielbiano.
Pan Jan mówił z ożywieniem, zwracając się ciągle do panny Ludwiki. Mógł się jej teraz dokładnie przypatrzyć, siedziała bowiem nawprost okna, w pełnem oświetleniu.
Szczupła i delikatna, zgrabnej kibici, miała rysy twarzy drobne, regularne i cerę białą, nad gładkiem jej czołem piętrzyły się bujne, czarne włosy; cała postać sprawiała wrażenie bardzo sympatyczne.
Cechowała ją pewna nieśmiałość; gdy kto do niej mówił, spuszczała powieki i wydawała się wtedy niby posąg z marmuru; dopiero gdy sama mówić zaczęła, gdy spojrzała dużemi, pełnemi myśli oczyma, wówczas była niepowszednio piękną.
Młody człowiek spostrzegł to i starał się tak prowadzić rozmowę, aby wywołać dłuższe odpowiedzi, dyskusyę, choćby nawet spór — i udało mu się kilkakrotnie spowodować żywszy blask oczu, a nawet leciuchny rumieniec na matowo bladej twarzy dziewczęcia.
To powodzenie zachęciło go. Stawał się coraz więcej ożywiony, coraz wymowniejszy, nabierał swady i humoru, a miał też doskonałego sprzymierzeńca w osobie panny Niny, istoty o temperamencie nader żywym i wesołym.
Ta rada była sposobności, że może pomówić, pożartować, że po długich dniach łez, smutku i niepokoju, wchodzi nareszcie pod dach tego dworku ktoś, co przynosi z sobą młodość, pogodę ducha, wieści ze świata i słowo weselsze.
Kilkakrotnie zabrzmiał śmiech srebrzysty, tak dawno niesłyszany w tym domu.
Przy dłuższej, szczerszej rozmowie, w której przeskakiwano z przedmiotu na przedmiot, młody człowiek spostrzegł z przyjemnością, że w tym cichym i ustronnym zakątku wychowanym dziewczętom nie dano rosnąć dziko, lecz kształcono ich ducha i serce.
Jak się dowiedział, była to wyłączna zasługa matki, kobiety wykształconej gruntownie. Ta była dla swych córek przewodniczką i nauczycielką, rozwinęła ich umysł, wpoiła w nie dobre, uczciwe zasady, nauczyła kochać wszystko, co dobre, wzniosłe i szlachetne.
Aczkolwiek dom nie był zamożny i musiano liczyć się z groszem skrupulatnie, jednak drukowane słowo uważano za przedmiot pierwszorzędnej potrzeby, tak jak chleb, woda, powietrze. Wszystko, co mamy najpiękniejszego w zakresie twórczości ducha, było tu znanem, powtarzanem, umianem prawie na pamięć; czego zaś nie posiadał własny zbiorek, dopełniała chętnie uprzejmość Andzi, która, jako zamożniejsza, mogła sobie na większe wydatki pozwalać.
Dzieła dawniejszych mistrzów brano z oszklonych szaf pana Piotra, w których był komplet starannie dobrany. I tak dostawała się do małego domku myśl piękna a poczciwa, padała niby zdrowe ziarno na grunt podatny i żyzny, krzewiła i kwitnęła w czystych, jasnych duszach. Mówiono w tym domu językiem niewyszukanym, prostym a dziwnie pięknym, a jeżeli się w nim kwiatek jaki pokazał, to jakby z lipy czarnoleskiej lub z uroczej doliny Mickiewicza.
I jakoś szczególnie dobrze, szczególnie błogo było młodemu człowiekowi w tym domu i takiego doznawał wrażenia, jak gdyby po długiej nieobecności powrócił do swoich najbliższych, jak gdyby te dziewczęta, a przynajmniej jedną z nich, tę zadumaną, poważniejszą, o bladej twarzy i oczach uroczych, znał od dawna, tylko nie mógł sobie na razie przypomnieć, gdzie ją spotykał, bo że spotykał, to pewna; rysowała się w jego pamięci to na szmaragdowem tle zieleni, to w słonecznej jasności, to w niepewnych blaskach księżycowych, to pod konarami kilkowiekowych dębów, to nad przezroczystą wodą jeziora — tylko nie może sobie dokładnie przypomnieć, gdzie to było.
Umilkł, zmarszczył czoło i pobiegł duchem w przeszłość na poszukiwania, ale jakieś dowcipne słówko szczebiotliwej Niny zwróciło go z tej drogi, musiał podjąć puszczoną chwilowo nitkę rozmowy i do teraźniejszości się zwrócić.
I znowuż się ożywił, znów rozruszał i spór jakiś rozpoczął, aby wywołać żywsze spojrzenie czarnych oczu. Szło mu to coraz łatwiej, jedwabiste rzęsy coraz mniej zasłaniały blaski źrenic, na ładnie zarysowanych ustach błądził uśmiech. A czas tak prędko schodził! Wprawdzie był to dzień jesienny, ale jakoś wyjątkowo, nienaturalnie krótki, słońce pośpieszyło się z zachodem — należało odjeżdżać.
Arabczyk rwał się do domu, ale nie dano mu swobody; powstrzymywany silną ręką, musiał iść stępa; gryzł wędzidło, potrząsał głową, wyginał szyję, jak łabędź, niecierpliwił się, pragnąc pomknąć lotem strzały, ścigać się z wiatrem. Wyciągał kilkakrotnie szyję, zbierał się do skoku, ale twarde wędzidło stawiało mu opór, cugle były jak przymurowane. Musiał się poddać woli jeźdźca.
A jeździec nie śpieszył. Rozpamiętywał doznane wrażenia, odtwarzał w pamięci szczegóły i powrócił do nierozwiązanego zagadnienia: gdzie on ją widział?
Noc była ładna i chłodna, gwiazdy przyświecały z wysokości, z ponad rzeki dobiegał turkot młyna, tu i owdzie widać było czerwonawe światełka z okien chat wieśniaczych.
Skąd ją zna? Gdzie ją spotykał? Gdzie widywał? — te pytania nie dawały mu spokoju. Podnosił wzrok do góry, tak jak gdyby chciał jej szukać na gwiazdach, to znowuż usiłował przebić siłą swych źrenic mroki nocne i odnaleźć jakiś punkt na horyzoncie.
Nareszcie zawołał radośnie:
— Tak! to ta sama!
To dobra znajoma, którą spotykał w poematach, którą widywał w obrazach, którą podziwiał nieraz w marmurach, rzeźbionych rękami wielkich artystów; to wreszcie ta, którą zachwycał się w swoich snach i rojeniach młodzieńczych.
— Tak, to ta sama!
Przypomina sobie, tym razem już bardzo dokładnie i jasno, że częstokroć, kiedy po dniu, spędzonym w ciężkiej pracy umysłowej, w wysiłkach, zamykał strudzone i ciężkie powieki, przychodziła ona i stawała przed nim piękna, urocza, czysta, i kładła mu białą dłoń na czoło i zdawała się mówić: „Pójdź!” i prowadziła go do jakichś krain cudownych, do światów rosy, obłoków, kwiatów, lazuru, do przeczystych krynic; że oboje brali jeden promień słoneczny lub księżycowy i z tej przędzy złotej lub srebrnej snuli pasmo marzeń wiośnianych.
Tak, to ona; dobra, dawna znajoma. Ta sama. Nie może być dwóch takich, tylko jedna, chociaż niby pozornie dwie: idea i jej wcielenie.
Arabczyk szarpnął się, jeździec oprzytomniał.
Bardzo w porę to przyszło, gdyż w tem właśnie miejscu rozchodziły się dwie drogi: jedna do Krasek, druga do Cieciorki.
Pan Jan przypomniał sobie obietnicę, daną Andzi, i konia odpowiednio skierował. W kwadrans później był na miejscu.
Dobra siostrzyczka przywitała go serdecznie.
— Przepraszam cię — rzekł. — Spóźniłem się.
— Nie umówiliśmy się o godzinę.
— Ale zapewne sądziłaś, że wcześniej stawię się u was.
— Przeciwnie, byłam pewna, że zobaczę cię dopiero późnym wieczorem.
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
— Byłam pewna — rzekła, — że cię tam zatrzymają, i nawet, jeżeli mam prawdę powiedzieć, dziwię się, że przyjechałeś tak wcześnie.
Nie odrzekł na to nic, przez cały wieczór mówił niewiele, był zadumany, roztargniony. Po herbacie, gdy pani Justyna wyszła, aby wydać polecenia karbowemu, który na to czekał, panna Anna zagadnęła brata:
— Czemu dziś jesteś taki zamyślony i małomówny? Słowa z ciebie wydobyć nie można.
— Zdaje ci się.
— Przecież widzę, że ci coś jest. Możeś znużony?
Uczepił się tej wymówki.
— Tak, tak — rzekł, — masz słuszność. Odzwyczaiłem się trochę od jazdy, a koń gorący... to mnie znużyło, a mam jeszcze spory kawałek drogi przed sobą.
— Chcesz wracać?
— Koniecznie. Wiesz, że stryj niedomaga i że jestem mu potrzebny.
— Zanocuj; odjedziesz jutro, po dniu. Teraz późno. Przecież i tu jesteś jak w domu. Sama sprzątam pokój, wyłącznie dla ciebie przeznaczony, a ty może nie wiesz nawet o tem, niewdzięczniku!
Położyła rękę na jego głowie i mówiła dalej żartobliwie:
— Biedny Jaś, kochany chłopczyk! zmęczył go konik, odurzyło powietrze, a może się tylko rozmarzył nieboraczek? No, posłuchaj życzliwej rady: idź spać. Jutro będziesz rozmowniejszy i weselszy, opowiesz mi historyę dzisiejszego dnia. Jestem bardzo ciekawa, o niejedno pragnę zapytać, ale dziś, widząc cię takim nieswoim, nie śmiem. Każę cię obudzić rano i pogawędzimy jeszcze przed odjazdem.
Posłuchał chętnie, gdyż czuł potrzebę samotności; nie odpoczynku, ani snu, lecz samotności jedynie, odosobnienia.
Z radością zamknął za sobą drzwi i rzucił się na sofę. Przez otwarty lufcik wpadał do pokoju z ogrodu prąd chłodnego, jesiennego powietrza i wnosił z sobą zapach zeschłych liści.
Młody człowiek zamknął powieki i puścił wodze myślom, które uparcie biegły ku bladej dziewczynie, ku tej dawno widywanej i znajomej. Dlaczego spotkał ją tu, w tym zakątku? dlaczego znalazł ją smutną i w sukni żałobnej? Dlaczego nie może zapomnieć jej spojrzenia i uśmiechu?
Próbował analizować swój stan i określić go jasno, zdać sobie dokładną sprawę z doznanych wrażeń — ale nie mógł. Czuł tylko, że mu dobrze jest w tem rozmarzeniu, i pragnął, aby jak najdłużej trwało, aby nikt go nie przerywał. Jakoż miał ciszę zupełną i spokój, spokój długiej, jesiennej nocy.
Gdy dzień zaczął się robić, wstał, poszedł do stajni po konia i odjechał. Dla Andzi zostawił bilecik, usprawiedliwiający konieczność pośpiechu.
Świeże powietrze poranku orzeźwiło go; śpieszył, by jak najprędzej zobaczyć stryja i zdać mu relacyę.
Pan Piotr leżał jeszcze w łóżku — niemoc jego była większa, niż się z początku zdawało.
Ujrzawszy synowca, uśmiechnął się.
— O której godzinie powróciłeś? — zapytał — chyba późno, bo ja po północy zasnąłem, a ciebie jeszcze nie było.
— Dopiero co — odrzekł.
— Cóż robiłeś? Wątpię, żeby na twoje przyjęcie bal wydano; tam przecież żałoba.
— Z Królówki wyjechałem wcześnie wieczorem i wstąpiłem do ciotki; nie chciały mnie puścić na noc.
— Jakże wdowie gospodarstwo?
— W Królówce? Nieźle; wszystko, co stryj polecił, wykonano; ekonom, zdaje się, uczciwy człowiek i dbały. Oto są notatki, dotyczące omłotu.
— Wpiszesz je do książek, które leżą w moim pokoju w szafie. Te książki muszą być bardzo drobiazgowo i skrupulatnie prowadzone... pamiętaj o tem, Jasiu.
— Jakże się stryj dzisiaj czuje?
— Ani mi gorzej, ani lepiej, tak jak wczoraj, tylko brak mi sił; wciąż leżałbym.
— Może po doktora posłać?
— Nie trzeba; zapowiedział, że przyjedzie. On mnie nie opuści.
— Czy stryj ma dziś dla mnie jakie specyalne polecenia?
— Zastąp mnie. Udawaj starego nudziarza — dodał z uśmiechem, — to znaczy: zajrzyj w każdy kąt, depcz ludziom po piętach, żeby nie próżnowali; pracowitych pochwal, opieszałym nawymyślaj; dopilnuj, żeby inwentarz był nakarmiony i napojony; bądź obecnym przy mierzeniu zboża, które dziś wymłócą, jednem słowem rób tak, jakbyś robił w swoim własnym majątku.
— Dobrze stryju, a Królówka?
— Dziś niema potrzeby tam być; sam uznajesz, że Pakułowski jest dbały; ale jutro, pojutrze zajrzeć tam należy. A może — dodał — tak ci się tam podobało, że radbyś codzień odbywać lustracye na folwarku?
Młody człowiek nie odpowiedział; pan Piotr powtórzył zapytanie.
— Doprawdy, proszę stryja, nie wiem. Przyjmowano mnie bardzo życzliwie i kilka godzin przyjemnie tam spędziłem.
— Czekaj-no, chłopcze, niech-no się zwlokę z łóżka, pomówimy o różnych kwestyach.
— Zawsze jestem do dyspozycyi stryja.
— Wiem, żeś dobry chłopiec, mój Jasiu, i kochasz starego stryja. Tak, moje dziecko, kochaj nas oboje; dzieci nam Niebo nie dało, ty więc jesteś jakby nasz syn, nasza nadzieja i pociecha.
Pan Piotr był tego dnia jakiś rozrzewniony i niespokojny.
W południe przyjechał doktor, tym razem bez strzelby i bez wiernego Lapisa.
— Specyalnie jestem po to, aby cię widzieć, panie Piotrze. Leżysz jeszcze? Czy ci gorzej?
— Siły nie mam, doktorze.
Starowina pochylił się nad przyjacielem, badał puls, osłuchiwał, pukał.
— No i cóż? — spytał chory — czy stara maszyna już na nic?
— Ależ nie! ależ nie! Cóż pan wygadujesz!
— Możesz mi wprost powiedzieć, śmierć dla mnie nie straszna.
— Mój panie Piotrze, mój kochany, dajże pokój. Porzuć te myśli.
— A jednak... one przychodzą.
— Trochę gorączki, rozdrażnienia, no i nic więcej. Spałeś dobrze?
— Nieszczególnie.
— Jakoś to będzie, jakoś to będzie. Znajdziemy sposób.
W gruncie rzeczy starowina, chociaż swego pacyenta i przyjaciela pocieszał, sam był w obawie i, nie dowierzając własnemu doświadczeniu, namówił pana Piotra, aby wezwać jeszcze kogo.
— Ja — mówił — zależałem pole, w moim wieku trudno iść w jednym szeregu z młodymi; dobrze i to, że niezbyt daleko wlokę się za nimi. Poślemy po tamtego, zdolny człowiek. Trzeba to zrobić dla spokojności twej żony, która rozpacza i mnie niezupełnie dowierza; sądzi, że ją łudzę.
— A jeżeli dla jej spokoju to ma być, kochany przyjacielu, to sprowadź choćby dziesięciu, wiesz bowiem, jak mi spokój jej drogi.
Doktor napisał listy zapraszające, sprowadził trzech lekarzy, używających największej wziętości i sławy w okolicy. Stawili się wszyscy na czas oznaczony i orzekli, że zaraz, w danej chwili, niebezpieczeństwo nie grozi, ale trzeba się leczyć gruntownie. Zdecydowali, że pan Piotr, gdy tylko siły odzyska, powinien udać się przynajmniej na dwa miesiące do Warszawy i tam przeprowadzić kuracyę systematyczną pod kierunkiem specyalistów.
Pacyent, który domatorem był wielkim i wyjazdów nie lubił, oburzył się na ten wyrok.
— Ani myślę! — zawołał — dajcie mi spokój!
— Musisz — odrzekł lakonicznie doktor.
— Nie chcę!
— A ja ci powiadam, że musisz!
— A któż zniewolić mnie może? Jestem pełnoletni, pod kuratelą nie pozostaję. Poco każecie mi się włóczyć?
— Po zdrowie.
— Szkoda zachodu. Wolę umierać w domu, na wsi, aniżeli w mieście. Zresztą powiedziałem: nie, i żadna siła nie skłoni mnie do zmiany postanowienia.
— Zobaczymy.
Starowina, nie mogąc sam wskórać, urządził przeciw panu Piotrowi koalicyę.
Perswadowała pani Justyna, zaklinała Andzia, prosił pan Jan.
Prośby te powiększały tylko upór chorego, zaciął się.
Wówczas żona zdobyła się na energię. Zawsze łagodna, cicha, uległa, tym razem zrobiła się stanowczą i z ust jej padł ten krótki wyraz:
— Musisz!
Pan Piotr podniósł na nią wzrok pełen zdziwienia.
— Od ciebie to słyszę? To mówi żona moja?
— Tak.
— Trwasz przy swojem?
— Bezwarunkowo. Nie odejdę, dopóki mi nie przyrzekniesz, że zrobisz, o co cię wszyscy prosimy.
— No, choćbym wreszcie ustąpił, to zmartwimy się oboje. Ja będę niespokojny o ciebie, ty o mnie.
— Ja z tobą pojadę — rzekła stanowczo, — pielęgnować cię będę.
— Chciałabyś, naprawdę?
— Także trochę niedomagam, to przy jednej okazyi... W naszym wieku trzeba już bardzo myśleć o zdrowiu, bo ono kruche.
— Ha, jeżeli i ty chcesz się leczyć, to trudno, odmówić nie mogę.
— Więc jedziemy?
— Kiedy tak być musi... ale jakże gospodarstwo, dom, cały majątek?
— Jest Jaś.
— Prawda, dobry chłopak, ale młodzik jeszcze, niedoświadczony.
— Dołoży starań, żeby cię zadowolnić. Jestem pewna. Zresztą gospodarstwo nasze to dobrze uregulowana maszyna.
— To kompliment?
— Nie, to prawda. Wyjeżdżamy stanowczo i to jak najprędzej.
— Kiedyż?
— Za tydzień.
— Trudna sprawa! Jam już ociężał, nie lubię się po obcych kątach włóczyć. Tam prawie nikogo nie znam, nie wiem, gdzie owych sławnych doktorów szukać.
— Ja państwa odwiozę — wtrącił doktor, — ulokuję, do sławnych doprowadzę i odwiedzać będę.
— Dziękujemy z całego serca — rzekł pan Piotr.
Zaraz nazajutrz rozpoczęły się przygotowania do drogi; pani Piotrowa kazała powydobywać kosze i walizy, zbierała różne drobiazgi, krzątała się jak mrówka.
Nareszcie jednego dnia wczesnym rankiem wóz z rzeczami wyprawiono na stacyę kolei, a koło dziesiątej rano staroświecki wielki powóz zatoczył się przed ganek po państwa.
Na pożegnanie przybyła pani Justyna z córką. Uściskom, pocałunkom, życzeniom szczęśliwej drogi końca nie było. Pan Piotr aż zniecierpliwił się.
— Dajcież pokój! — zawołał — toć nie pogrzeb! Opłakujecie nas jak umarłych. No, jedźmy, żono, aby zdążyć na pociąg.
— Bywajcie zdrowi. Justysia niech tu czasem zagląda, a Jaś niech pilnuje.
— Może stryj być spokojnym.
— O listy proszę, żebym miał regularnie co tydzień wiadomość. Pamiętaj, Jasiu, pamiętaj!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.