Za mgłą/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Za mgłą
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Wydawca Księgarnia A. G. Dubowskiego
Data wydania 1899
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

N

Niebo pokryło się szaremi, ciężkiemi chmurami, wiatr silny dął od zachodu, to deszcz, to śnieg padał nieustannie; drogi pokryły się błotem, rozmiękły, wszędzie było smutno, posępnie, ponuro. Dachy domostw poczerniały od wilgoci, drzewa, obnażone z liści, wyglądały jak szkielety, powierzchnia wody w rzece była pomarszczona, fale odbijały się o brzegi i pozostawiały na nich białą pianę.
Rzadko kiedy na drodze ukazał się podróżny, rzadziej jeszcze wóz z ciężarem, bo trzeba było koniecznej, nieodzownej potrzeby, by kto odważył ruszać się na taką chlapaninę i szarugę.
Na drodze, prowadzącej do Krasek, ukazał się jeździec. Siedział on na rosłym, szpakowatym koniu, otulony w burkę z kapturem, nasuniętym na głowę.
Jechał dobrym kłusem, omijając drogę, wybierając ścieżki udeptane i twardsze, a pomimo tego i on i jego wierzchowiec pokryty był warstwą błota.
Bryzgało ono z pod kopyt końskich, rozpryskiwało się na drobne cząsteczki, deszcz ze śniegiem ciął w same oczy.
Z pod kaptura widać było wielkie, konopiaste wąsy, zmoczone i obwisłe, oraz wielką fajkę, z której co chwila wydobywały się niebieskie kłęby dymu.
Jeździec przynaglał konia do biegu, chcąc skrócić sobie nieprzyjemną podróż, i szybko wjechał na folwark.
Ze stodoły wyjrzał pan Jan, zaciekawiony, kto przybywa w tak fatalną niepogodę.
Jeździec zeskoczył z konia i, trzymając go za cugle, wszedł do stodoły, zsunął kaptur z głowy i otrząsnął się z wody, która z niego ciekła strumieniami.
— A Pakułowski co tu robi?! — zawołał pan Jan, ujrzawszy przed sobą ekonoma z Królówki.
— Ha, proszę pana, posłać kogo głupiego, to tyle znaczy, co nic; pisać list, jak dla mnie, wielka mitręga, więc dla pośpiechu wsiadłem na szkapę i oto jestem, zmoczony jak topielec. Bo też czas, czas okropny, psa ciężko wygnać z pod dachu.
— Ale cóż się stało, że Pakułowski przyjechał? Czy, broń Boże, nieszczęście, zachorował kto?
— Zdrowi wszyscy, nieszczęścia niema, ale kłopot, z którym rady sobie dać nie mogę, przyjechałem więc sam. W młocarni dwa koła połamały się. Sprowadziłem kowala; medytował, radził, myślał, rozebrał na części, wreszcie powiedział, że głupi jest na taki interes, co zresztą i przedtem było wiadomo. Tymczasem maszyna stoi i Bóg wie dokąd stać będzie, jeżeli się nie zaradzi. Tedy przyjechałem dać znać i prosić o pomoc, tem bardziej, że mam zapowiedziane, jako żyto musi być omłócone przed świętami na termin. Jakże się omłóci, kiedy niema czem? Chyba cepami, ale kiedyżby to!
— Trzeba do Warszawy posłać.
— Ale droga krwawa, proszę pana, a do kolei kawał.
— Trudno. Niech Pakułowski wyszykuje do stacyi wóz czterokonny pojutrze, a ja dziś wyszlę do fabryki depeszę. Cóż we dworze?
— Jak to u nas; panie kazały się kłaniać i dziwiły się, że pan takim rzadkim jest gościem. Miarkuję ja, że teraz czasu wielmożnemu panu braknie, z powodu, że starszego pana niema, aleć przecie Królówka nie za górami.
— Niechże Pakułowski konia umieści w stajni, a sam wejdzie pod dach, ogrzeje się, osuszy i pożywi.
— Pokornie dziękuję; aby trochę odetchnąć; wracam, bo folwark bez dozoru został, jeszcze co spsocą. Doktor wczoraj był u nas.
— Już wrócił z Warszawy?
— A wrócił.
— Nie mówił nic o stryju?
— Pewnie, że mówił, ale ja nie słyszałem; w pokojach bywam tylko wieczorem, gdy klucze odnoszę. Za nieboszczyka taki zwyczaj był i tego się trzymam. Bywało nieraz, jakem klucze przyniósł, to się panisko rozgadał o tem o owem, kazał siedzieć, gawędził z godzinę. Pani nasza nierozmowna, o co nieco zapyta, czasem co każe; „dobry wieczór,” „dobranoc” i już. A i o czem teraz rozmawiać? W folwarku cicho, z obcych mało kto zagląda, nawet żydziska tak się zwiedziały, że jak któremu co trzeba, to mija Królówkę i wprost tu jedzie do Krasek. Ale, ale, byłbym zapomniał!
— Cóż?
— Od panienek ukłon i prośba, żeby pan jakąś książkę albo przeze mnie przysłał, albo sam przywiózł.
— Sam przywiozę.
— A kiedy? Przepraszam, że mam śmiałość pytać.
— Jutro będę, może dziś jeszcze; nie wiem.
Wróciwszy z folwarku, pan Jan w zamyśleniu chodził po pokoju. Smutno było w tym domu i pusto; deszcz stukał w szyby, wiatr jęczał w kominach i pomimo dużych okien, pomimo, że ledwie południe minęło, szary mrok obejmował wszystkie przedmioty.
Pan Jan usiadł przy oknie, wziął książki rachunkowe i zaczął w nie liczby wpisywać; ale nie szło mu, myśli błądziły gdzie indziej, omylił się kilkakrotnie.
Przerwał robotę, wstał i znowuż zaczął chodzić po pokoju. Podano obiad, nie tknął go prawie; wziął się do czytania, książka nie zajmowała go.
W Królówce od kilku dni już nie był; z powodu nieobecności stryja spadło na niego dużo zajęcia, dużo pracy, której oddać się pragnął z gorliwością, nie miał więc czasu; z drugiej znów strony, nie chciał tam bywać zbyt często, powracał bowiem stamtąd rozmarzony, zadumany, w usposobieniu, które nie pozwalało mu zebrać myśli. Czarne oczy ścigały go wszędzie, ciągle miał je przed sobą, zdawało mu się, że patrzą na niego smutnem, pytającem spojrzeniem. I radby odpowiedzieć im zaraz, i radby się ukryć przed niemi, i radby, oddawszy się pracy, zapomnieć o nich chwilowo, ale one nie odstępowały. Widział je wciąż przy sobie. W samotności widział je jeszcze wyraźniej, a od czasu wyjazdu stryjostwa skazany był na samotność; nawet Andzia nie mogła dotrzymać obietnicy i przyjechać, gdyż okropna, fatalna niepogoda zatrzymywała ją w domu.
Dzień przechodził jeszcze jako tako przy zajęciu, rozmowie z interesantami, obchodzeniu folwarku, pilnowaniu służby, ale długie jesienne wieczory były okropne.
Wlokły się one, ciągnęły zdaje się bez końca, posępne, grobowo ciche, a całem ich urozmaiceniem, przerwą tej ciszy było miarowe gdakanie staroświeckiego zegara, głośniejsze zawycie wiatru w kominie, szczeknięcie psa na folwarku.
Młody człowiek wytrzymał już trzy takie wieczory, usiłując pokonać je pisaniem listów, książką, porządkowaniem swoich papierów i notatek, ale ten czwarty wieczór był już nad jego siły, tem więcej, że czarne oczy dały znać o sobie.
Zegar wskazywał czwartą po południu, a już była noc zupełna, ciemność nieprzejrzana.
Pan Jan kazał zawołać stangreta.
Wszedł chłop krępy, barczysty, o dużych wąsach i zawadyackiej minie, stanął przy drzwiach wyprostowany, czekając rozkazu.
— Antoni, pojedziemy do Królówki.
— Słucham wielmożnego pana.
— Tylko, że droga okropna i ciemno.
— Bajki, wielmożny panie; bryczkę wezmę maleńką, koni trzy, wyciągną nas z największego błota; a zaś ciemność też bajki. Ja mam dobre oczy i nasze konie trzymają się drogi. Jeździło się nieraz z młodymi panami po takich drogach, że strach wspomnieć. Rychło mam zajechać?
— Choćby zaraz.
— Słucham, wielmożny panie.
Pan Jan kazał dać Antoniemu wódki na rozgrzewkę i ubierać się zaczął.
W pół godziny później, otulony w płaszcz gumowy, siedział na bryczce. Konie ostro ruszyły z miejsca i zdawało się młodemu człowiekowi, że pogrążył się nagle w otchłań, napełnioną wilgocią i ciemnością. Z początku nie widział literalnie nic, słyszał tylko chlapanie kopyt końskich po błotnistej drodze; po jakimś czasie dopiero mógł rozpoznać stangreta i niewyraźne kształty koni.
— Dobrze jedziemy? — zapytał — czy nie zmyliliście drogi?
— Eh, proszę wielmożnego pana — odparł dotknięty nieco w miłości własnej Antoni, — cobym zaś miał zmylić? Od wielu lat się jeździ, to się drogi zna. Za półtorej godziny będziemy, tem bardziej, że po wzgórkach suszej.
Na czarnem tle nocy jaskrawo odznaczały się czerwone światełka w oknach chat w wioskach, gęsto po okolicy rozrzuconych, i były to w danej chwili jedyne drogowskazy, według których można się było oryentować.
Antoni słowa dotrzymał; nie upłynęło więcej nad dwie godziny od chwili wyjazdu, gdy bryczka stanęła przed dworem w Królówce.
Przez oświetlone okno dostrzegł pan Jan obie siostry; jedna z nich, usłyszawszy turkot, zerwała się i wybiegła, aby uzupełnić jakiś szczegół tualety, druga została na miejscu, zdumiona zapewne, że ktoś w taki czas fatalny przyjeżdża.
Gdy pan Jan ukazał się w pokoju, czarne oczy spojrzały na niego z zapytaniem i podziwem, a na bladej twarzyczce ukazał się mocny rumieniec.
— Pan tu? — zapytała, podając mu rękę.
— Na wyraźne żądanie pani — odrzekł.
Rumieniec stał się jeszcze mocniejszym.
— Nie rozumiem — odrzekła.
— Przed południem był Pakułowski i powiedział, że pani życzy sobie mieć książkę. Czy skłamał?
— Ależ nie. Rzeczywiście prosiłam o książkę, sądząc, że ją pan przyśle przez tak dobrą okazyę.
— A ja wolałem zostawić tę przyjemność dla siebie. Jeżeli pani ma mi to za złe, przepraszam i wracam natychmiast.
— Tego pan nie zrobi — rzekła ze smutnym uśmiechem. — Nie zrozumieliśmy się. Pan powiedział, że przybył na skutek mego żądania. Zaprotestowałam, gdyż... nie mam żadnego prawa rozkazywać panu i nie chciałabym go trudzić w taki czas okropny. Książkę mieć pragnęłam i nic więcej.
— A więc przybyłem wbrew życzeniu pani. Proszę o przebaczenie. Na drugi raz to się nie powtórzy.
Wyciągnęła do niego rękę.
— Czy pan po to przyjechał, żeby się ze mną sprzeczać?
— O! nie, nie! Chciałbym zawsze być z panią w jak najlepszej harmonii i zgodzie.
— A więc niech będzie, jak pan powiedział, bo to jest również i mojem życzeniem. Dziękuję za książkę, dziękuję za przybycie, za trud, jaki pan podjął, bez względu na taką ciemność, deszcz i złą drogę. Dziękuję. A teraz, panie, już ani słowa w tej kwestyi. Chmurka przeszła, nastała pogoda, jesteśmy w zgodzie. Wszak prawda?
— W najlepszej.
— Na długo?
— O, na całe życie!
— To za długi termin! — odrzekła. — Pogodzimy się więc na tydzień na przykład.
Uśmiechnęła się, ukazując szereg ząbków równych, małych, perłowych.
— Dlaczego tylko na tydzień? — zapytał — a po upływie tygodnia co będzie?
— Pogodzimy się znowuż.
— I także tylko na tydzień?
— Nie wiem, zobaczymy, to zależy.
Nigdy jeszcze nie widział jej tak bardzo ożywionej. Czarne oczy patrzyły wprost na niego i tylko czasem, przelotnie, chowały się pod powieki i pod długie, jedwabiste rzęsy.
Niebawem nadeszła panna Nina z matką i potoczyła się rozmowa ożywiona, prawie wesoła, a młody człowiek przyznał w duchu, że i długie wieczory jesienne bywają niekiedy bardzo miłe.
Właściwie pan Jan był po raz pierwszy w Królówce w charakterze gościa; dotychczas bowiem przyjeżdżał tylko w sprawach gospodarskich, jako wyręczyciel lub zastępca stryja. Tym razem o gospodarstwie ani wspomniał, jak gdyby chcąc zaznaczyć, że nie ono go tu sprowadziło. Intencya jego została zrozumianą i bardzo dobrze przyjętą; znać to było po całem zachowaniu się tych kobiet, po serdeczności przyjęcia. Młody człowiek zapomniał o swojej samotności w dużym, opustoszałym domu stryja, o swoich niepokojach i myślach smutnych, i czuł, że mu jest dobrze; nie słyszał przykrego jęczenia wiatru, ani monotonnego szmeru, jaki sprawiały krople deszczu, rozbijające się na oknach, zapomniał o wszystkiem, i tylko jedno miał na myśli: że będzie w tym domu bywał często, jak najczęściej, o ile mu tylko czas pozwoli.
Panna Nina uskarżała się na przykrą, rozpłakaną jesień, która ją więzi w domu, nie pozwala wyjść ani do parku, ani w pole; na ten wiatr chłodny, co powypędzał ptaszki gdzieś za dziesiąte morza, drzewa obdarł z zieloności, ogród z kwiatów. Jej żywy temperament nie mógł znieść tego zamknięcia. Do wiosny jeszcze daleko, ale niechby prędzej nadeszła zima, śnieżna, mroźna a sucha!
— Wtenczas — mówiła — odżyję; mamy małe saneczki i starego, spokojnego konia, będziemy codzień wyjeżdżały z Ludką. A nasza okolica prześlicznie wygląda, gdy ziemię śnieg ubieli i jasność taka bije z pól, że patrzeć trudno. A w lesie! Każda sosna wygląda jak olbrzym w białej czapce. Żeby też prędzej zimy doczekać! Ludce to wszystko jedno; ona umie siedzieć w pokoju po całych dniach i czytać książkę, albo też zająć się robótką i rozmyślać. Ja nie mogę. Gdy nadejdzie taki czas nieznośny, jak teraz, to zdaje mi się, że jestem ptakiem, którego schwytano i zamknięto w klatce.
— Trzeba cierpliwości — rzekła wdowa. — Przykry czas przeminie, doczekasz się pięknej zimy i jeszcze piękniejszej wiosny, i wielu, wielu wiosen pogodnych i szczęśliwych. Gorsza jest jesień życia — dodała z westchnieniem.
— Niech mama tak smutnie nie mówi — szepnęła Nina, przytulając się do matki z pieszczotą; — od tego my jesteśmy, aby mamie tę jesień umilić. Ona się musi rozpogodzić, musi i ta, o której mama mówi, i ta prawdziwa, co nam słońce zabrała. A jeżeli się nie rozpogodzi, to...
— To co zrobisz? — zapytała panna Ludwika.
— Znajdę sposób. Zaproszę Andzię, doktora, jeszcze kogo, może i pan przyjedzie — dodała, zwracając się do młodego człowieka — i gdy zaczniemy wszyscy radzić, to znajdziemy lekarstwo.
— Podobno doktor był już u państwa po powrocie z Warszawy?
— Był wczoraj.
— Jakież wiadomości o stryju? Ja listu dotychczas nie otrzymałem i nie wiem, co się dzieje.
— I my niewiele mogłyśmy się od doktora dowiedzieć — odrzekła wdowa. — Wspominał tylko, że było konsylium, że pan Piotr wraz z żoną przeniósł się z hotelu do zakładu leczniczego, że mają tam dwa pokoje i wszelkie wygody, że wreszcie kuracya potrwa prawdopodobnie dość długo i znaczne koszta za sobą pociągnie. Co jednak jest stryjowi pańskiemu, nie mówił, a na nasze zapytania odpowiadał ogólnikowo, że nic nadzwyczajnego, ale trzeba zapobiedz temu, co się rozwinąć może w przyszłości.
Ta wiadomość zaniepokoiła młodego człowieka, przywiązany był bowiem bardzo do swego poczciwego opiekuna. Postanowił też, że nazajutrz rano pojedzie do doktora, aby pewniejszych wiadomości zasięgnąć. Gdyby nie pora spóźniona, uczyniłby to niezwłocznie. Zauważono jego nagłą zmianę humoru; panna Nina starała się ożywić go, rozruszać, rozbawić; siostra jej zaś milczała, ale spojrzenie jej mówiło, że rozumie ona ten smutek i że go podziela.
Koło dziesiątej pan Jan opuścił Królówkę, przyrzekłszy, że będzie często przyjeżdżał.
Zapowiadał się koniec szarugi; chmury rozpraszały się, kiedy niekiedy wychylał się z poza nich księżyc i cokolwiek rozpraszał ciemności. Konie szły raźno. O północy pan Jan powrócił do domu i zapowiedział Antoniemu, żeby o siódmej był znowuż gotów do drogi.
Spać nie mógł; myśl jego zajmowały najmilsze wspomnienia ubiegłego wieczora, a jednocześnie dręczył go niepokój. Cóż jest takiego, co się stało temu najzdrowszemu dotychczas człowiekowi?
Doktor siedział w swoim gabinecie i czytał gazetę, gdy mu dano znać o przyjeździe panicza z Krasek. Starowina brwi zmarszczył i zakłopotał się trochę; widocznie układał w myśli odpowiedź, wiedząc naprzód, jakie będzie pytanie.
— Bo widzisz — rzekł, — widzisz, mój kochany, cóż ja ci powiem? Chory jest i dość. Nie będę ci opisywał szczegółowo, bo się z tego nic nie dowiesz, a dlatego się nie dowiesz, że się nie znasz na tem. Ja jestem stary fuszer, pozostałem w tyle daleko, a tamci poszli na przód. Ja, mówię ci szczerze, oprócz niedyspozycyi, osłabienia, nie znalazłem nic; oni znaleźli początek poważnej choroby. Z razu wierzyć nie chciałem; przekonali mnie, dowiedli, przedstawili tak wyraźnie i jasno, że musiałem uwierzyć. Głupiec w takich razach upiera się przy swojem zdaniu, człowiek rozsądny schyla czoło przed dowodem; uznaje, że się mylił, i korzysta z nauki. Niech mi się trafi drugi raz podobny wypadek, poznam się na nim od razu; na twoim stryju nie poznałem się, pomimo, że znam ten organizm od tylu lat. Jestem zły sam na siebie, przykro mi to, boleśnie, ale wobec faktu schylam czoło i mówię, że tamci więcej umieją, niż ja. Oto, widzisz, jest starość! Wszystko pędzi na przód, a dogonić już nie można, już trudno.
— Ale niechże szanowny doktor powie, czem to stryjowi zagraża?
— Dziwne pytanie! Czem może zagrażać? Długotrwałą chorobą. A czem zagraża choroba? Śmiercią. Nie przerażaj się, nie wszystkie groźby spełniają się; pan Piotr może jeszcze wrócić do Krasek i choćby przez dwadzieścia lat ruszać się, krzątać, pracować. Powiedz mi, kochany panie, czy znasz dobrze stan majątkowy stryja, czy on wtajemniczył cię w swoje interesa?
— Przed wyjazdem stryj był ze mną bardzo serdeczny i szczery, jak zwykle zresztą. Zostawił mi kasę, książki, rachunki, wszelkie dowody, mające jakąś wartość, i zarazem powiedział, gdzie jest złożony testament.
— Nie o to idzie. Powiedz mi, czy macie dużo gotówki, bo podobno była?
— Rzeczywiście była, ale użył jej stryj na ratowanie Królówki, którą, jak panu wiadomo, nieboszczyk pozostawił w stanie opłakanym. Sąsiedzi dali trochę, sposobem pożyczki, którą po Nowym Roku trzeba im zwrócić; stryj zaś dał wszystko, gdyż żywił jakieś zamiary względem tego majątku.
— Wiem, wiem; to była właśnie moja myśl. Przyszła mi ona do głowy wówczas, jeżeli sobie przypominasz, na polowaniu, i bardzo się panu Piotrowi podobała, ale teraz zmienia się postać rzeczy. Tak, czy tak, faktem jest, że cały kapitał, jaki twój stryj posiada, jest w tej chwili unieruchomiony.
— Tak; mamy tylko tyle, ile potrzeba na opędzenie bieżących potrzeb dwóch folwarków.
— To jest Krasek i Królówki?
— Tak.
— To niedobrze.
— Dlaczego pan tak mówi?
— Bo będzie trzeba dużo pieniędzy. Przygotuj się na to, panie Janie; kuracya może długo potrwać, a kto wie, czy nie wypadnie wysłać chorego na pewien czas do cieplejszego klimatu. Tak przynajmniej projektowano. Stryj napisze do ciebie, ale trochę później, gdyż zmęczyła go podróż, zdenerwowały badania lekarzy; powinien trochę odpocząć. Zakląłem go na wszystko, aby nie brał pióra do ręki i starał się nie myśleć o interesach. Oponował, gniewał się, ale posłusznym być musi. Miałem zamiar pojechać do ciebie i powiedzieć, jak rzeczy stoją, ale zła droga i znużenie stanęły na przeszkodzie. Zmartwiło mnie to wszystko, jestem nieswój i zmęczony.
Młody człowiek zamyślił się i posmutniał. W pół godziny później pożegnał doktora i udał się do ciotki, aby jej te wiadomości zakomunikować. Pani Justyna wzięła to bardzo do serca i zaraz wyszła, zapewne, aby ukryć łzy, a może, by się pomodlić o zdrowie dla brata. Andzia siedziała przez jakiś czas w zamyśleniu, następnie zbliżyła się do pana Jana i rzekła:
— Biedny chłopcze, tak się wszystko dobrze zapowiadało dla ciebie, a teraz...
— Tak — odrzekł, — teraz mi ciężko. Niepokój o najlepszego opiekuna, obawa, czy podołam zadaniu, czy poprowadzę wszystko dobrze. Lękam się.
— Słuchaj, braciszku — rzekła, kładąc rękę na jego ramieniu i patrząc mu w oczy, — czy ty we wszystkiem spełnisz wolę stryja?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Czy będziesz prowadził dalej wszystko, co on zaczął? Jeszcze nie rozumiesz? Czy nie opuścisz tych biednych kobiet w Królówce? Stryj nad ich mieniem opiekę rozciągnął, obiecał, że je ocali, a teraz...
— Jakżeż możesz o to pytać? Zamiarem moim jest tak działać, żeby stryj, gdy powróci... a przecież nie stracona jeszcze nadzieja... nie miał powodu do niezadowolenia, a jeżeli wyrażam obawę, to dlatego jedynie, że niedowierzam moim siłom i doświadczeniu. Ja miałbym opuścić te kobiety?!
Andzia spojrzała na niego ze współczuciem i rzekła:
— Tak, nie opuścisz ich; ja wiem, domyślałam się.
— Czego, Andziu?
— Teraz już nie domyślam się, jestem pewna. Zdradził cię głos, spojrzenie. Ty ją kochasz?
— Nie wiem — szepnął, — nie zastanowiłem się nad tem.
— Dlaczegóż taka wymijająca odpowiedź, mój braciszku? Ja wiem, że tak jest, domyśliłam się, odgadłam. Nie bądź skryty, nie zasłużyłam na nieufność. Siadaj tu, obok mnie, pomówimy. Mnie się zdaje, że to uczucie doda ci siły, że ono przywiąże cię i do naszego zakątka, z którego chciałbyś może uciec na szerszy świat, i do tej pracy cichej, drobiazgowej, powszedniej, nie dającej ani rozgłosu, ani sławy, a jednak bardzo pożytecznej.
Długo i serdecznie przemawiała do brata, on zaś słuchał, nie przerywając ani jednem słowem; dopiero wejście matki zwróciło rozmowę na inne tory.
Pani Justyna postanowiła zaraz nazajutrz udać się do Warszawy, aby brata zobaczyć i dowiedzieć się szczegółowo, co mu jest. Andzia pragnęła jej towarzyszyć, ale energiczna kobieta oświadczyła stanowczo:
— Nie można; jedna z nas musi być w domu; obecność twoja w Warszawie nie pomoże wujowi.
Pan Jan zasiedział się u ciotki prawie do wieczora; miał szczerą chęć pogwarzyć jeszcze z Andzią, zwierzyć jej się ze swoich uczuć, pragnień i nadziei, — ale nie było już sposobności. Pani Justyna zarzuciła go gradem drobiazgowych pytań o gospodarstwie, różnych interesach, sprawach, dotyczących Krasek i Królówki, a nie czyniła tego dla własnej ciekawości, lecz dlatego, aby umieć odpowiedzieć bratu, jeżeli o co zapyta.
Dla młodego człowieka rozpoczął się okres bardzo czynnego, ruchliwego, gorączkowego niemal życia. Dwa gospodarstwa wymagały troskliwego dozoru, do Warszawy trzeba było posyłać dużo pieniędzy, od długów, na Królówce ciążących, należało płacić procenta, a niecierpliwszych wierzycieli zaspokajać częściowo. Podatki, raty Towarzystwa, różne opłaty i ciężary z obu folwarków wymagały gotowizny — stąd więc ciągła sprzedaż zboża, interesa z kupcami, nieustanna potrzeba wyjazdów do miasta powiatowego, do gubernii.
Dzień za dniem mijał szybko, a czas wydawał się krótkim w tej ciągłej krzątaninie i różnorodnych, często drobiazgowych kłopotach. Były i poważniejsze troski, bo na razie wpływy nie starczyły na nagłe wydatki, a uciekać się do kredytu pan Jan nie chciał i wszelkiemi siłami starał się, aby nie być do tego zmuszonym.
Finansiści miasteczkowi, którzy z natury swego zatrudnienia znają się dobrze na ludziach i mają zwykle doskonałe informacye, widząc człowieka młodego, energicznego, pracowitego i nie mającego prawie żadnych osobistych potrzeb, narzucali mu się z kredytem.
Wymowny Szmul naumyślnie w tym celu do Krasek przyjeżdżał. Nie wyjawił od razu celu swego przybycia, lecz zapytywał o zboże, targował niby jakąś partyę, a gdy rozmowa weszła na brak gotowizny, wyjął z kieszeni gruby pugilares, położył go na stole i rzekł:
— Proszę pana, dla jednego brak, dla drugiego nie brak; jeden będzie jeździł cały tydzień, żeby dostać skąd sto rubli, i nie dostanie ich; drugi ledwie pomyśli o tysiącu i już ten tysiąc do niego sam przychodzi. Proszę pana, tu jest akurat tysiąc. Może mało? To bajki; jutro Szmul potrafi przywieźć drugi i trzeci. Dlaczego nie? Nasze żydki dużo potrafią, jak trzeba komu dać, jak się opłaci komu dać, to oni z pod ziemi wykopią, z pod wody dostaną, z ognia wyciągną. Ja panu służę... ile trzeba?
— Dziękuję wam, ale nie wezmę.
— Za wielkiem przeproszeniem, dlaczego?
— Bo nie.
— Ja się bardzo dziwię; ja nie rozumiem, jak można nie brać, jeżeli kto daje.
— Kiedy mi nie trzeba.
— Komu to nie trzeba? Gdzie jest taki człowiek, co mu nie trzeba? Nawet sam pan Topaz potrzebuje! Oj, żebym ja miał dziesięć procent od weksli, które on w Warszawie w ruch puszcza! A może wielmożny pan boi się weksli?... bo są tacy bojący się panowie.
— Może — odrzekł pan Jan z uśmiechem. — Należę do ludzi przesądnych.
— I to bajki! Myśli pan, że ja nie potrafię dać na prosty kwitek, na zwyczajną karteczkę? Dam. Chce pan na godne słowo, bez kwitka? Też dam. No, jak pan myśli? Mam dać?
— Nie trzeba.
— Nu, to jest, przepraszam za takie słowo, to jest bardzo brzydko, to jest nawet grzech!
— Grzech? Jakaż teologia tego uczy, mój panie Szmulu?
— Ja nie wiem, co znaczy ten... teologia i co on za jeden, ale to mi wiadomo, że kto nie bierze, gdy mu dają, jest wielki grzesznik, bo sam sobie krzywdę robi. Nu, jak wielmożny pan chce?
— Wcale nie chcę.
— Cóż robić! Ja odjeżdżam. Życzę zdrowia; a na wypadek, gdyby się pan namyślił i chciał, to wiadomo panu, gdzie Szmul siedzi. Mały chłopaczek na koniu, jedno słowo na kartce znaczyć będzie tyle, co telegraf; za parę godzin wielmożny pan będzie miał skutek! Ja to powiadam, a moje słowo to jest murowane, żebym ja tak zdrowie miał.
Wymowa Szmula nie poskutkowała; pan Jan radził sobie w inny sposób. I w tych troskach, kłopotach, krzątaninie ciągłej, przechodził dzień za dniem, a jedynem wytchnieniem, jedyną przyjemnością były te wieczory, które mógł przepędzić w Królówce. Tak zeszedł listopad i grudzień; od stryjenki, bo pan Piotr sam nie pisywał, wiadomości były wciąż smutne.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.