Szanchaj/Tom II/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
OBJAWIENIE.

Trzy dni trwały narady Wagina z generałami chińskimi, a tylu ich było, tak sprzeczne nieraz wystawiali żądania, że przy wrodzonej im powolności myślenia, nieposzanowaniu czasu i ciągłem cofaniu raz przyjętego postanowienia, Sergjusz nie przewidywał rychłego końca bezcelowych, jak mu się wydawało, rozmów i konferencyj, przybierających chwilami charakter znęcania się i drwin, podkreślanych nieraz z umyślną, wyzywającą arogancją. Wagin jednak przyzwyczaił się już do tego obronnego systemu Chińczyków i, mając ścisłe wskazówki Wali-chana i Ti-Fong-Taja, nieustępliwie bronił swoich ofert i nie dawał się sprowadzać na manowce niewykonalnych i bałamutnych planów. Te trzy dni ciągnęły mu się jak rok cały. Z chwili na chwilę, z godziny na godzinę oczekiwał odpowiedzi na telegram swój do Miczurina. Minęło jednak trzy dni, a lejtenant wciąż milczał. Wagin, czując w piersi kawał lodu, nie mógł znaleźć sobie miejsca, a nawet, siedząc we wspaniałych salach i gabinetach, gdzie się toczyły narady, myślał wciąż o tem, co się stało w małym domku na podwórku Jun-cho-sana? Mógłby, coprawda, zatelegrafować do pani Somowej, wstrzymał się wszakże od tego zamiaru, obawiając się, żeby nie było to przyjęte za usiłowania jego, by przypomnieć się Ludmile i naprawić tak łatwe, jak mu się zdawało, i naturalne rozluźnienie stosunków i dawnej przyjaźni. Nie chciał też, aby zakochany w Ludmile Miczurin pomyślał, że przyjaciel jego zamierza wejść mu w drogę.
— Ale o co mi właściwie chodzi? — zapytywał w duchu. — Cała ta drażliwość moja byłaby na miejscu, gdybym istotnie chciał im się narzucać lub gdybym... miał jakieś cieplejsze dla Ludmiły uczucie, tymczasem...
Tymczasem nie mógł uśmiechnąć się pogardliwie na to, jakgdyby absurdalne przypuszczenie. Gdzieś bardzo głęboko w sercu ożyły nagle wspomnienia — nic nieznaczące, ale niezwykle wyraźne i wyłącznie jego jedynie obchodzące. Same drobiazgi! Jakiś błysk w głębi oczu Ludmiły, niezwykła, nigdy przedtem niesłyszana intonacja jej głosu, nagłe wzruszenie, cieplejsze spojrzenie, skierowane w jego stronę; miękki, kontraltowy śmiech, krótki i przypadkowy, gdy lśniła się na jedno mgnienie oka wspaniała biel zębów; pięknie oświetlone, bujne włosy, niepokorne pasemko ich, spadające na ciemną, śmiało zarysowaną brew, gęste cienie, odrzucone od długich, czarnych rzęs... A to ukryte oburzenie jej, gdy rozpowiadał o niedostępnym klasztorze, o jakichś tam nieośmielających się powiek podnieść milczących mniszkach we włosiennicach i czarnych chustach na pochylonych głowach?! W jej ledwie podniesionym głosie wyczuł wtedy namiętny bunt. Nie znał tej dziewczyny i nie zadał sobie nawet trudu wniknąć w treść jej życia, w myśli i plany na przyszłość!... Musi przecież do czegoś dążyć, a jeżeli tak — to oddaje się marzeniom — być może — skromnym, łatwo dostępnym, lecz w każdym razie — marzeniom... A wtedy... czy on sam znalazł w nich to lub owe odbicie? Jakie? Kiedy? Przy jakich wreszcie okolicznościach po raz pierwszy pomyślała o nim w bezpośrednim związku z własnem życiem?
Przyłapał siebie znowu na nieścisłości w określeniu swego stosunku do Ludmiły. Posunął się nawet w dociekaniach uczuciowych o jeden krok naprzód i ustalił, że ilekroć myślą biegł do małego domku, w którym miał w tak krótkim czasie kilka doniosłych przeżyć, tyle razy powtarzał sobie, że nic go nie wiąże z tą dziwną dziewczyną, co przejrzała go z pierwszego rzutu oka. Uświadomił sobie, że podobne to było do obrony przed prawdą. Starał się odpędzić od siebie tę myśl i znowu, po raz tysiączny zaczynał łamać sobie głowę nad znaczeniem listu Plena. W pewnym momencie uprzytomnił sobie, że nie może wyobrazić sobie teraz Miczurina w całej jego okazałości; lejtenant odszedł na bardzo daleki plan i, niby przez mgłę tylko, mógł go dojrzeć Wagin. Zato w każdej chwili stawała przed jego oczami, jak żywa, Ludmiła. Zdawało mu się nawet, że widzi nowe zmarszczki, odbiegające od kącików mocno zaciśniętych i dziwnie bladych warg, ale zobaczyć oczu jej nie był w stanie, gdyż stale ukrywały się pod opuszczonemi powiekami.
Znowu zaciskał zimne palce i pytał natarczywie, nie wiedząc do kogo się zwraca w swej trosce:
— Co się z nią stało?... Boże!...
Wołanie to padło z ust Wagina po raz pierwszy. Wychowany przez matkę — Angielkę miał do religji stosunek niemal oficjalny. Zwykły konwencjonalizm, wykluczający zarówno krytycyzm jak też cieplejsze i głębsze uczucie. Anglja przecież, zrównoważona, nieznająca wstrząsów i słynna ze swego ładu, nie potrzebowała Boga „na codzień“, jako jedynej i najmożniejszej ucieczki w nieszczęściu i cierpieniu. Ale wyszeptane w tej chwili słowo — „Boże“ miało zupełnie inne znaczenie i tragiczną treść, gdyż odezwał się szczery, najprawdziwszy głos ściśniętego niepokojem serca. I Bóg odpowiedział. Odpowiedział nie z burzliwej, strasznej chmury Synajskiej, nie z „krza gorejącego“ i nie ze słupa z obłoków i piasków pustyni, lecz z własnej duszy Wagina. Wszystkie wspomnienia o Ludmile w pewnej chwili zogniskowały się w brzmiącym głębokiem przeświadczeniem szepcie zrozpaczonego Miczurina: „ona was kocha!“. Nie pocieszyła go narazie ta myśl i nie wzbudziła radości. Stała się tylko źródłem następnych rozumowań niezbicie logicznych, nie budzących już żadnych wątpliwości. Rozmyślał tak, jakgdyby paciorki nizał na mocną nitkę.
— Ludmiła pokochała mnie, zrozumiawszy, że wszystko, co złego zrobiłem, nie wypływało ze mnie samego. Pociągnęły ją ku mnie mój spokojny, a zacięty upór, siła woli, spokój wobec niebezpieczeństwa i klęski, śmiałość w sądzie o samym sobie i nienarzucająca się nikomu skłonność do niesienia pomocy ludziom, potrzebującym jej. Wynikało to z jej jakgdyby przypadkowo rzucanych myśli. Nie mogła więc przyjąć oświadczyn Miczurina, nie mogła, bo zbyt uczciwa jest i samodzielna ta cicha, pokorna, smętna mrówka! Przecież znam Miczurina? Nie miałby on sumienia zniewalać Ludmiły, ale też jest zbyt żywotny, by nie móc znaleźć w sobie sił do przeżycia odmowy. Cóż się więc stało po tym fakcie? Ludmiła musiała szukać ujścia dla swej troski i zgryzoty, pogłębionej obecnością Miczurina... W tem właśnie tkwi zagadka listu Plena! Cóż mogła zrobić Ludmiła, cicha, zgnębiona, zapracowana? Niezawodnie zjawił się ktoś, kto bezwiednie czy umyślnie wziął udział w tych powikłanych przeżyciach dwojga ludzi — bardzo dla siebie przyjaznych, ale idących różnemi drogami serc. Jak w tym wypadku postąpił Miczurin? Cofnął się, czy też rozpoczął walkę?
Na tem utknęły rozumowania i intuicja Wagina. Rozum nie dał mu żadnej odpowiedzi na tak bardzo ważne pytanie. Intuicja zaś stanęła na rozstaju. Wagin widział mglistą, ginącą woddali postać Miczurina w dwuch naraz odmianach. Zdumiewająco cichego i jakgdyby ukojonego i tuż obok — innego — ponuro groźnego i nieustępliwego.
I znowu zjawiła mu się Ludmiła — blada, bezwładna, o skrzepłej, ale jakżeż natchnionej i uduchowionej twarzy. Gdybyż mógł zobaczyć jej oczy! Zrozumiałby wtedy wszystko i wiedział, co powinien robić...
Wagin miotał się i dręczył, jak skazaniec. Pragnął podzielić się z kimś swoją troską i niepokojem. Ta potrzeba odezwała się w nim nagle. Nawet nie bardzo się temu zdziwił, chociaż po raz to pierwszy po tragicznie zakończonej miłości jego, pociągnęło go do ludzi, aby znaleźć u nich zrozumienie, współczucie i ukojenie. Narazie nie widział nikogo w swojem otoczeniu, z kimby mógł o tem pomówić szczerze i poważnie. Szyper Bojcow zupełnie się do tego nie nadawał. Po szalonej walce o byt w obcem środowisku stał się człowiekiem z żelaza i kamienia. Pozbawiony wszelkich iluzyj, nie był również zdolny do żadnych sentymentów. Stanąwszy na twardym gruncie, Bojcow wyznaczył sobie etapy dalszej drogi i szedł, na nic nie bacząc, zapatrzony w cel ostateczny — niczem nie zachwiane stanowieko i bogactwo. Wagin nie mógłby rozmawiać z nim o tem, co go obchodziło teraz najwięcej i pochłaniało całkowicie. Zupełnie przypadkowo znalazł jednak człowieka, z którym mógł dzielić się myślami i wypowiadać mu swoje trwożne domysły i utajone obawy.
Podczas narad w gmachu ministerjum wojny poznał i przy bliższej współpracy zbliżył się z pułkownikiem Chaj-Czinem. Był to 35-letni oficer, wychowanek szkoły wojennej w Berlinie, rozumny i oczytany. Długi pobyt w Europie pozbawił go niektórych przykrych cech nowoczesnego chińskiego inteligenta. Nie krytykował wszystkiego, co nie było chińskie, należycie oceniał dobre i złe strony cywilizacji zachodniej, widział zasadnicze wady i braki swego społeczeństwa i nieustalonego jeszcze systemu, odważnie wypowiadając swoje zdanie, nie cofał się nawet przed poważnemi rozmyślaniami nad istotą i etyką chrześcijaństwa.
Na tem właśnie tle nastąpiło pomiędzy nim, a Waginem pierwsze zbliżenie. Sergjusz zwrócił na niego uwagę, posłyszawszy pewnego razu na jednej z nieskończonych narad zdanie, wypowiedziane przez pułkownika, prostującego zbyt ogólnikowe twierdzenie jakiegoś butnego generała.
— Nie doceniamy Europejczyków, panowie! — zauważył wtedy surowym głosem Chaj-Czin. — Biała rasa ma podwójną psychikę. Jedną — opartą na przeświadczeniu mesjanizmu cywilizacyjnego, zgodzę się tu z twierdzeniem pana generała, że niewłaściwie pojętego, gdyż Europa opiera się obecnie na kapitalizmie, podstępnej dyplomacji i, jak to było zawsze, — na sile pięści; druga zaś psychika — niezależna, chociaż przytłoczona przez pierwszą (taki przeżywa ona okres!) zrodzona jest w najczystszem źródle niezrównanej z niczem Chrystusowej nauki o miłości bliźniego, o miłości, która nie robi różnicy pomiędzy białymi, żółtymi i czarnymi ludźmi, panowie! Nie możemy twierdzić z całą stanowczością, że ta druga psychika skazana jest bezwzględnie na zagładę, jak też nie mamy podstaw do przeświadczenia, że śród Europejczyków nie znajdą się osobniki, a nawet całe warstwy społeczne, dla których nauka ich Mistrza — Chrystusa pozostanie na zawsze jedyną filozofją życiową.
Posłyszawszy to, Wagin zainteresował się Chaj-Czinem i zebrał o nim potrzebne mu informacje. Z zadowoleniem przyglądał się jego ściągłej, energicznej i poważnej twarzy i wierzył temu, co mu opowiadano o pułkowniku, robiącym szybką i świetną karjerę. W r. 1912-ym w randze kapitana brał udział w marszu republikańskich wojsk z Nankingu do Pekinu, a potem przez cały czas walczył w szeregach północnej armji, przeciwko awanturniczym generałom południowego rządu. Jemu to zawdzięczała republika rozproszenie znacznej liczebnie i dobrze wyekwipowanej komunistycznej armji pod wodzą „czerwonego“ generała Ma, wspomaganego przez bolszewickich agentów. W okresie, w którym poznał go Wagin, pułkownik Chaj-Czin pełnił obowiązki szefa operacyjnego wydziału sztabu. Poznali się i zaprzyjaźnili ze sobą, prowadząc długie rozmowy na różne tematy. Złożywszy wizytę pułkownikowi, Sergjusz zwrócił uwagę na umieszczoną na biurku dużą fotografję młodej kobiety o otwartej i rozumnej twarzy. Spostrzegłszy, że gość przygląda się portretowi, Chaj-Czin z ujmującą szczerością i prostotą powiedział:
— Trzy lata temu byłem delegowany, jako obserwator wojskowy do Rzeszy niemieckiej. Poznałem tam tę pannę. Pochodzi z Alzacji, ze starej, tradycyjnej rodziny, chociaż ma charakter i umysł nawskroś współczesny w najlepszem tego słowa znaczeniu! Pokochałem ją i — nie ukryję przed panem, że odpowiedziała mi wzajemnością. Na przeszkodzie do naszego połączenia stanęła rodzina... Zrozumiałe! Antypatje, może, nawet idjosynkrazja rasowa, różnice kultur, religji i poglądów... Dramat, tak — dramat, tem głębszy, że Iza oświadczyła, iż bez wahania pójdzie ze mną w życie... Nie chciałem jednak narażać siebie i jej na ryzyko zbyt pospiesznej i gorączkowej decyzji... Uważam, że lepiej jest przeżyć kilka lat szczęśliwie, niż przez całe życie iść obok siebie z zimnem sercem, z obowiązku...
— I cóż pan zrobił, pułkowniku? — spytał zaciekawiony Wagin.
— Zaproponowałem... próbę. Próbę czasu i trwałości niczem nie podsycanego uczucia... — odpowiedział Chaj-Czin z jakimś zagadkowym uśmiechem. — Pięć lat próby!... Jeżeli wynik jej będzie dobry, wtedy warto już walczyć, łamać tradycje i wiedzieć, że czyjeś tam łzy okupione zostaną szczęściem dwojga ludzi, dla których całe życie zamknęło się w nich samych, jak promienie słońca, przełamane i odbite po tysiąc razy w krysztale...
Pułkownik zapalił papierosa, lecz natychmiast cisnął go do stojącej w kącie popielnicy z piaskiem.
— To dziwne! — cichym głosem odezwał się Wagin. — Nie zdając sobie sprawy, i ja też odbyłem podobną próbę...
— Czyżby? — z żywem współczuciem spytał Chaj-Czin.
— Tak! — potwierdził Wagin. — Bezwiednie dokonałem na sobie próby, właściwie nie ja sam, lecz los, czy jakaś nieznana wyższa siła, próby... aby przekonać się czy kocham... ale — machnął ręką — muszę panu pokrótce opowiedzieć całą tę dziwną, doprawdy, historję.
Wynikiem tej rozmowy było zorganizowane przez pułkownika telefoniczne połączenie Wagina z biurem kompradora. Wagin prosił Ti-Fong-Taja o informacje o Miczurinie, którego mógł z łatwością odnaleźć w administracji „Szun-Pao“. Odpowiedź kompradora zaniepokoiła jeszcze bardziej i zdezorjentowała Sergjusza. Dowiedział się bowiem, że Miczurin nie pracował już w koncernie i nawet nie zażądał wypłacenia mu zaległej pensji. Wagin nie mógł sobie wyobrazić, co robi ten olbrzym, widać raptownie zaniechawszy pracy w przedsiębiorstwie prasowem? Tylko bardzo nagłe i ważne wypadki mogły popchnąć go do tak ryzykownego w jego sytuacji kroku, stawiającego go znów w obliczu nędzy.
— Muszę mu pomóc... — myślał stroskany i niespokojny Sergjusz — nie dopuścić, aby Miczurin, wyrwawszy się z ohydnego bagna „Gospody“ — miał do niego powrócić. To złamałoby go do reszty!
Przypomniał sobie bohaterskie, chociaż nieraz przesadne i śmieszne wysiłki lejtenanta, aby stać się członkiem kulturalnego społeczeństwa.
— Miły, zabawny drab! — westchnął z rzewnym uśmiechem. — Takie to wielkie zwierzę, a jakżeż dziecinne nieraz i zdumiewająco wrażliwe!
Niestety, nie mógł natychmiast pędzić do Szanchaju. Narady ciągnęły się nieskończenie. Próżno Wagin skarżył się Chaj-Czinowi i klął na zwłokę. Pułkownik wzruszał ramionami i odpowiadał z cichym śmiechem:
— Cóż pan chce? My nie cenimy czasu, gdyż żyjemy niezmiernie długiem życiem narodu i jesteśmy bezpośrednio związani z cieniami poprzednich tysięcy pokoleń. Taki pogląd, jak tego dowodzi nasza historja, zawsze wychodził nam na dobre, pozwalając przetrwać najcięższe i przedłużyć najświetniejsze okresy. Nawiązując stosunki z nami, przedewszystkiem należy uzbroić się w zimną krew i cierpliwość, dlatego to największym w Chinach powodzeniem cieszą się Anglicy. Oni to umieją spokojnie czekać! Postanowili wzbogacić się na zatruwaniu 450-miljonowego narodu naszego na nic innego nie przydatnym produktem swych plantacyj indyjskich, jakim jest właściwie opjum, i — cierpliwością narzucili nam swoje wyłączne prawo handlu tym narkotykiem. Nawet Chińczycy stracili pewnego razu równowagę ducha, no, ale szybko odnaleźli ją, gdyż dała im się we znaki ciężka, rujnująca kraj wojna z Anglją o opjum. Jako prawnik, zna pan zapewne te smutne i mroczne karty historji?
Wagin potrząsnął głową i odpowiedział:
— Jeden z naszych profesorów prawa międzynarodowego, specjalnie zwracał naszą uwagę na ten okres białej ekspansji w Azji wschodniej! Jeszcze teraz nawet pamiętam kilka nazwisk uczestników wypadków i niektóre okoliczności zatargu. Nienawidzący Europejczyków gubernator kantoński Liń aresztował macherów rozpanoszonej indyjskiej kompanji handlowej i spalił olbrzymie składy opjum, ale potem nadpłynęła flota brytyjska i okrutny sir John Gordon Bremer zbombardował Kanton, zdobył Szanchaj i zablokował Nanking... Nie pamiętam tylko ściśle roku...
— W 1843 roku ratyfikowana została umowa, czyniąca Anglików nieograniczonymi władcami naszego rynku — mruknął niechętnym głosem pułkownik. — Na dodatek dopłaciliśmy do tego poniżającego nas traktatu 21 miljonów dolarów!... Nikt się wówczas za nami nie ujął! Przeciwnie — inne państwa, zaniepokojone sukcesem Wielkiej Brytanji i rozzuchwalone naszą klęską wojenną, poczęły się wdzierać na naszą ziemię!
Umilkli obaj, bo każdy z nich w tej chwili myślał o losach swej ojczyzny.
— Rosji też nikt nie przyszedł z pomocą, gdy ogarnął ją szał bolszewizmu — zauważył smutnym głosem Wagin.
— A tak! — zgodził się Chaj-Czin. — Ta polityka już zaczyna się mścić!
Rozmawiali jeszcze długo, a potem poszli razem na obiad do kasyna oficerskiego. Lubili te chwile wypoczynku na neutralnym gruncie. Zapominając o sprawach, powracali do swych intymnych przeżyć, obaj jednakowo żądni zwierzeń i wspomnień o istotach drogich im i dalekich. Pocieszali się wzajemnie, doradzali sobie, usiłowali złagodzić bóle i troski. Wagin podświadomie niemal przekonał się, że kocha Ludmiłę i że miłość ta osiedliła się w jego sercu oddawna. Było to objawienie. Pewnego razu, gdy na wszelkie sposoby tłumaczyli właśnie niezrozumiały, a niepokojący list doktora Plena, do pułkownika podszedł żołnierz ze sztabu i podał mu kopertę.
Chaj-Czin przeczytał nadesłany rozkaz i nachmurzył czoło. Po długiem milczeniu szepnął do przyjaciela:
— Ważna nowina! Komunistyczny generał Feng-Loo rozbił w prowincji Kiangsi oddział wojsk rządowych na południe od jeziora Pojang. Jestem mianowany dowódcą 8-go pułku, który ma zatrzymać Fenga i odrzucić go... Rozkaz dotyczy też pana. Zdaje mi się, że denerwująca pana mitręga z decyzją sztabu skończy się już niebawem! Pojedzie pan ze mną w teren, gdzie ustalimy etapy, do których należy czemprędzej podciągnąć transporty pocisków do dział polowych... Jutro o siódmej rano przyślę po pana samochód. Niestety, musimy się teraz rozstać, gdyż biegnę do sztabu, aby załatwić różne formalności i otrzymać rozkazy ścisłe. Pan rozumie już, że na to — zaśmiał się chytrze, — będę potrzebował sporo czasu! Po drodze proszę wpaść do mego mieszkania i powiedzieć ordynansowi, aby spakował walizę...
Uścisnęli sobie ręce przed wyjściem z kasyna. Wagin, powróciwszy do hotelu, przygotował bagaże i poszedł do Bojcowa, aby uprzedzić go o swoim nagłym odjeździe i ustalić dalszy plan działalności. Postanowili, że szyper wyruszy natychmiast do Szanchaju i, załadowawszy na statek pociski, powróci do Nankingu, gdzie będzie czekał na rozkazy. Wagin gorąco polecał Bojcowowi zaopiekować się Hastingsem, który rozchorował się poważnie. Należało więc czemprędzej przywieźć go do Szanchaju i zwrócić się o pomoc dla niego do konsulatu Brytyjskiego. Skończywszy rozmowę, Sergjusz przeszedł do messy, usiadł na kanapie i pogrążył się w myślach o Ludmile. Stały się one teraz o wiele prostsze i bliższe mu, gdyż przepojone już były miłością i żądały od niego ofiary. Nie obawiając się już tego, co mogą sobie pomyśleć pani Somowa i Ludmiła, zamierzał wszystko wytłumaczyć Miczurinowi i przysiąc mu, że nie stanie na jego drodze, jeżeli lejtenant zachowuje jeszcze choć iskrę nadziei, zaczął pisać do nich list, prosząc w nim o zupełnie szczere i wyczerpujące wiadomości o przyjaciołach, ich życiu i wypadkach, które mogły zajść przez czas jego nieobecności. List ten choć napisany w wesołym, energicznym tonie, wypadł bardzo serdecznie, szczególnie w części, w której Wagin wyrażał nadzieję prędkiego z przyjaciółmi spotkania. Sergjusz był zadowolony z siebie. Zdawało mu się, że uczynił coś bardzo ważnego i niezbędnie potrzebnego. Na kopercie wypisał adres pani Wiery Somowej i polecił szyprowi osobiście zanieść go do małego domku przy ulicy Fu-Tien-Koo i zobaczyć się z obiema paniami, Miczurinem i doktorem Plenem.
— Niech pan tylko pójdzie do doktora naostatku, bo ten opjumowany komin fabryczny gotów będzie zaczadzić pana do reszty i nie spełni pan mojej prośby! — zażartował Sergjusz.
Bojcow obiecał wykonać polecenie Wagina pierwszego zaraz dnia, w którym zarzuci kotwicę swojej „Czangszy“ na Wuangpu.
Sergjusz odetchnął z ulgą. Po raz pierwszy od kilku dni uczuł się spokojniejszym i weselszym. Nazajutrz razem z Chaj-Czinem nową szosą ruszyli samochodem na południe. W prowincji Anhui, jak i w jej stolicy — Nankingu, panował wszędzie niezamącony spokój. Wieśniacy, nie spiesząc się, rydlami przekopywali ścierniska, oczyszczali i pogłębiali sieć kanalików na drobnych kwadracikach pól ryżowych, sprzątali sterty słomy, zbierali szkodliwe poczwarki, gnieżdżące się w glebie, rozrzucali nawóz pieczołowicie, uporczywie, miłośnie oddając się uprawie roli, jakgdyby nad olbrzymią przestrzenią państwa zawisnął na białych skrzydłach „Tao“ przedwieczny genjusz, błogosławiący cnotom, potępiający wojnę i pogardzający bogactwem.
Chińscy rolnicy nie chcieli myśleć o wichurze, szalejącej nad krajem, a nawet zapominali o niej natychmiast, gdy mijała, pozostawiając rumowiska, zgliszcza i trupy. Drobni kupcy po małych miasteczkach, oddani w opiekę „Tsai-Szinowi“, niebiańskiemu opiekunowi ludzi handlujących — robili zwykłe interesy; studenci i uczeni, ufni w pomoc bóstwa „Wan-Czanga“, ducha literatury, — ślęczeli nad księgami, nawet tysiączne rzesze żebraków — tych, co to dokładnie wiedzą, co się dzieje pomiędzy rzeką Pereł na południu, a „Zieloną Zagrodą“ na pograniczu północnem, nawet ci włóczęgowie spali spokojnie w rowach przydrożnych i pod ścianami pagód, gdzie rozpościerał nad nimi ramiona dobrotliwy, chudy jak kościotrup, przykryty łachmanami i liśćmi „fajunia“ — „Koel“ — beztroski, skory do błazeńskich wybryków bożek ludzi, którzy, jako ptaki niebieskie, nie orali i nie siali, a przecież wszechmogący „Ju Hoang-Szang-Ti“ żywił ich i rzucał okruchy radości. W spokoju niezmąconym, powolnie, nie zaglądając do otchłani zaświatów, a nawet najbliższej przyszłości, ludność prowincji, dumna, że do jej naczelnego grodu ponownie przeniesiono stolicę państwa, pracowała sumiennie i wytrwale, zamykając oczy i uszy na to, iż szosą maszerowały kolumny wojsk, dudniły baterje i szczękały kopyta jazdy. Nie chcieli ci pracowici, łaknący pokoju ludzie myśleć o tem, że rozhulał się i rozpanoszył po świecie wyzwolony z pęt zdrowego rozsądku i czci dla cnót ludzkich, drapieżny, chciwy krwi i łupu „Kwan-Ti“ — groźny bóg wojny i zniszczenia.
Jednakże nazajutrz, gdy wczesnym rankiem samochód pozostawił za sobą spokojną prowincję i wjechał do Kiangsi, Wagin zdumiał się, spostrzegłszy nagłą zmianę. Szosą i bocznemi drogami ciągnęły całe tłumy Chińczyków, uchodzących przed jakąś groźną klęską. Szli wieśniacy, unosząc ze sobą ubogi swój dobytek i dźwigając na noszach niedołężnych czy chorych rodziców; jechali na arbach kupcy, wywożąc najdroższe towary; konno i w powozach umykali zamożniejsi rolnicy i dzierżawcy gruntów; kulisi nieśli w lektykach lub wieźli w małych wózkach dwukołowych urzędników swojej prowincji; czasami przemknął samochód z jakimś dostojnikiem, a przez pola, naprzełaj, nawykli do takich wędrówek, wlekli się żebracy, niewiadomo dlaczego porzucający zagrożone miasta, gdzie, przecież, nic gorszego od codziennego życia nędzarzy spotkać ich nie mogło. Jednak brnęli po rozmiękłej roli, gdyż wszystkie drogi były zatłoczone, jak plac jarmarczny, jękliwemi głosami śpiewali pieśni błagalne do swego „Koela“, uskarżali się na złą dolę, zerkając na wszystkie strony i kombinując, czy nie udałoby się porwać czegoś z szarych wozów taborowych, powoli sunących zboczem szosy. Tam i sam powstawała panika, gdy spostrzegano woddali idący boczną drogą patrol konnych wywiadowców wojsk nankińskich, a nawet większą grupę jeźdźców cywilnych. Wtedy mieszały się nagle wozy, bydło i ludzie. Poczynały rwać się krzyki przerażenia. Tłumy, niby fale, spływały z szosy i mknęły w pole, bez kierunku, bez myśli. Rozlegały się jęki i lament. Ludzie padali, pędzący zaś na oślep tłum tratował ich. Zawodziły rozpaczliwie kobiety, pogubiwszy dzieci w ogólnem zamieszaniu. Kulisi i żebracy poczynali myszkować po polu, zbierając porozrzucane toboły i koszyki, a nawet zdzierając ubranie z ludzi, leżących bez przytomności. Po pewnym czasie cała fala, rozproszona po okolicy, nadpływała ponownie i wciskała się w koryto szosy, aby sunąć dalej i dalej. W tłumach długo jeszcze jazgotały żałosne skargi łkających kobiet, drgały w powietrzu przeciągłe nawoływania mężczyzn, poszukujących zaginionych w panice dzieci, żon i matek, wynikały kłótnie i bójki, gdy pochwycono kogoś na rabunku.
Chaj-Czin kazał zatrzymać samochód dopiero w Jaoczou, gdyż stąd właśnie miały się rozpocząć operacje wojenne. Sytuacja wytworzyła się nader ciężka. Silne oddziały komunistów podchodziły już do jeziora Pojang i zagrażały dużemu miastu Nań-Czang, liczącemu około miljona mieszkańców.
— No, obaczymy, czy będzie ono wreszcie zdobyte! — uśmiechnął się pułkownik. — Dziewięćset lat broniły go wiernie od wszelkich wrogów mury, ciągnące się na przestrzeni 30 kilometrów. Nawet Tajpingowie nie zdołali zagarnąć tego miasta, w którem bohater narodowy, przepraszam — muszę być ścisły — bohater prowincji Kiangsi zabił smoka, zamierzającego zatopić Nań-Czang. W każdym razie można polegać na jego konserwatywnej i zamożnej ludności, że będzie się broniła. Obywatele tego starego miasta podejrzliwie spoglądają na wszelkie nowe wynalazki i ideje, a cóż może być dla nich bardziej nowe, niż komunizm, burzący całe życie posiadaczy? Przywiązanie do prawa własności jest taką samą cechą przyrodzoną Chińczyka, jak... brak poszanowania czasu!
Zaśmiali się obaj.
— Drugi pułk i trzy baterje posłane są koleją na prawy flank armji Fenga, ja mam za zadanie nacisk na komunistów — z lewego — ciągnął dalej pułkownik. — Muszę czemprędzej dojść do Nań-Czangu, gdyż tam mamy dobrze zaopatrzone składy żywnościowe. Dam panu samochód, aby mógł pan zwiedzić północną część prowincji i zarówno sąsiednią Fukien, gdzie można byłoby ustalić punkt dostawy pocisków drogą morską, nietylko jednak do głównego portu — Fuczou, ale szczególnie do kilku małych, naprzykład, — w Santuao i Hingwafu! Gdy pan opracuje plan, proszę mnie odszukać na froncie. Przedyskutujemy tę sprawę i wyślemy raport do sztabu z mojemi uwagami, co znacznie przyśpieszy zatwierdzenie urzędowe, poczem, o szczęśliwcze, będzie pan już mógł wsiąść w Fuczou na statek, za trzy niespełna doby być w Szanchaju i powiedzieć tam komuś o tem, co dopiero teraz zostało zrozumiane przez serce, ale zato ostatecznie i niezmiennie!
W parę godzin po tej rozmowie rozstali się. Wagin odjechał samochodem na północ, do miasta Kin-Kiang, obrawszy je za poradą pułkownika za punkt centralny swoich wypadów w prowincji, skąd dopiero miał się przerzucić do Fukien. Chaj-Czin przygotowywał się do wystąpienia przeciwko „czerwonemu“ generałowi.
Wagin był człowiekiem poważnym i sumiennym. Mimo, że stroskane i nagle ożywione serce jego żądało pośpiechu, — metodycznie i wszechstronnie badał sytuację i analizował wszelkie możliwości. Musiał przecież przyjechać z gotowym i dobrze ugruntowanym planem do swego kompradora i tak wszystko zaprojektować, aby nie spotkać się z sprzeciwem i krytyką władz wojskowych. Zabrało mu to cały tydzień. Siedem długich, męczeńskich dni! Siedem dni nieprzerwanej jazdy, rozmów i pracy! Wreszcie siedem dni wielkiego rozgoryczenia i... wstydu!
W Kiukiangu, Fuczou i w mniejszych miasteczkach Sergjusz miał sposobność przejrzeć działalność niektórych misyj chrześcijańskich wyznania anglikańskiego i prezbiterjańskiego, zarówno, jak stanowisko nauczycieli szkół misyjnych i niektórych organizacyj społecznych, przez misjonarzy założonych i kierowanych. Ideowa strona tych wyznań bynajmniej nie pociągała ku sobie Chińczyków, a ci prozelici, którzy garnęli się do misji, czynili to ze względów czysto utylitarnych. Mogli przecież zadarmo uczyć swoje dzieci, korzystać z pomocy lekarskiej i zapomóg pieniężnych, albo żywnościowych, w razie zaś napadu komunistów i bandytów korzystać z powagi flagi brytyjskiej lub gwiaździstego sztandaru Stanów Zjednoczonych. Korzyści prozelityzmu były nader zrozumiale i namacalne, więc pewna ilość Chińczyków uczęszczała na niedzielne nabożeństwa i słuchała słów Biblji w języku chińskim, cierpliwie i godnie nudziła się na kazaniach pastorów, mówiących do żółtych ludzi tak, jak do swoich rodaków z Birminghamu lub z Filadelfji. Misjonarze widocznie sami całkowicie uprzytomniali sobie bezcelowość i nierealność swej pracy, bo robili wszystko bez żadnego zapału, urzędowo, z najmniejszym możliwie wysiłkiem spełniając polecone im czynności „oświecania dzikich, pogańskich Chin“, nie zdając sobie sprawy z tego, że w Chinach istniała wspaniała cywilizacja, piśmiennictwo, nauki i rozwinięty kult religijny już wtedy, gdy dalecy przodkowie dumnych Anglo-sasów pędzili jeszcze życie jaskiniowców. W tej apatji i bierności misjonarzy wyczuwało się przynajmniej szczerość, lecz, poza zbożną pracą głoszenia Słowa Bożego, rządy państw, ich ambasadorowie i konsulaty narzuciły im inną jeszcze robotę, za którą w w. XVIII i XIX-ym niezmiernie drogo zapłaciły placówki holenderskie w Chinach i Japonji. Zawierając znajomości z różnymi ludźmi w miasteczkach prowincji Fukien, Wagin dowiedział się o agitacji, którą uprawiali misjonarze protestanccy. W swoich szkołach pogłębiali oni ksenofobję Chińczyków, kierując ją, w zależności od otrzymanych wskazówek, przeciwko temu lub innemu państwu, konkurującemu na rynku chińskim, szczególnie jednak — przeciwko Japonji. Waginowi pokazywano ulotki, drukowane w drukarniach misyjnych, a nawołujące do zbrojnego napadu na kupców, urzędników i żołnierzy japońskich. Druki te rozpowszechniali młodzi ludzie, należący do niektórych organizacyj chrześcijańskich.
Pewien stary Chińczyk, który, jak się z rozmowy okazało, znał Ti-Fong-Taja, więc do przedstawiciela jego miał zaufanie, mrużąc oczy, zauważył:
— Nasz filozof, dostojny Ku-Hung-Ming, bardzo chwalił zasady nauki Mistrza białych ludzi, ale wskazywał, że słowa jego padły na ziemię kamienistą i że z tego nasienia wyrosły chwasty cierniste, twarde i trujące... Misjonarze ciągle rozpowiadają o miłości bliźniego, tylko, niestety, nie tłumaczą nam, kogo uważają za swoich bliźnich! W każdym razie napewno — nie nas, bo gdyby tak było, dawno już powinni byliby wystąpić przeciwko handlowi opjum, który rujnuje zdrowie i zabija zdolności naszego narodu! Napewno nie widzą w nas takich samych istot, jak Amerykanie i Anglicy, bo nie wichrzyliby i tak już zwichrzone i wzburzone do dna życie republiki!
— Dlaczegóż nie protestujecie, nie krzyczycie na cały świat?! — zawołał dotknięty do żywego tym wyrzutem Sergjusz. — Niechby posłyszano o całej prawdzie!
Chińczyk wybuchnął suchym, zgryźliwym śmiechem i odpowiedział natychmiast:
— To nie pomoże! Europa i Ameryka posługują się na poparcie swej słuszności potężną flotą, armją, samolotami i tankami. Cóż im możemy na razie przeciwstawić oprócz słów? Zagłuszy je ryk dział i grzechot karabinów maszynowych! Cha-cha! Biała rasa uważa nas za niższy gatunek rodzaju ludzkiego, — za taki, co to rozumie tylko dobry cios w szczękę lub kopnięcie w brzuch! Bardzo uważnie śledziliśmy przebieg wielkiej wojny w Europie i przyszliśmy do przekonania, że Niemcy i Austrjacy zostali przekonani o słuszności Anglji i Francji tą samą metodą. Cios w szczękę i tęgi kopniak w brzuch! Metoda, system, a może nawet wrodzona białej rasie psychika! Cha-cha-cha!
— Teraz w Europie niema wojny i wszystkie państwa zaniechały nowych podbojów w Azji — mruknął Wagin, aby choć cokolwiek powiedzieć na usprawiedliwienie swojej rasy. — Umysły i nerwy uspokoiły się i można byłoby teraz znaleźć do nich drogę przekonywującem, żywem, mocnem słowem...
Chińczyk jednak zaczął trząść głową przecząco.
— Wątpię, bardzo wątpię, czcigodny panie, — mówił zgryźliwie. — Europa i Stany Zjednoczone ze strachem patrzą na rozpaczliwe wysiłki zjednoczenia naszego rozbitego niejednolitego narodu! Będą one zawsze przeciwne temu, bo pomyślne zakończenie naszego planu stanie się końcem wyzyskiwania nas na każdem polu przez cudzoziemców. Tylko chyba Japonja może pragnąć zjednoczenia i uspokojenia Chin. Bez naszej współpracy nie znajdzie ona w sobie samej potrzebnych sił, surowców, pożywienia i niezbędnego ludzkiego materjału do zwalczenia Rosji czerwonej, wyplenienia komunizmu w Azji i rozpoczęcia ery samodzielnej polityki żółtej rasy, do której wcześniej czy później należeć musi cały nasz kontynent...
— Na podstawie pańskiego oświadczenia sądzę, że jest pan stronnikiem Japonji — wtrącił Wagin.
— I tak, i nie! — odparł Chińczyk. — Razi mnie i oburza obcesowość polityki Tokio w stosunku do nas, chociaż pojmuję, że Japończycy muszą się spieszyć z częściowem choćby rozwiązaniem swego zadania, bo czas nagli! Jednocześnie — tak ja, jak też — zapewniam pana, i dobra połowa zdrowo i spokojnie myślących ludzi — od wieśniaka podmiejskiego do ministra i generała w stolicy — czują, bojąc się wypowiedzieć to szczerze, że tylko Japonja zdolna jest dopomóc nam w uzyskaniu jedności, porządku wewnętrznego i w opracowaniu planu naszej działalności państwowej na przyszłość. Nie widzę w tem nic dziwnego, zresztą! Japonja jest jednolita, nie osłabiona regjonalnemi sporami, nie pozwala się zatruwać opjum i kieruje duszami swej młodzieży, posyłanej na naukę zagranicę. Młodzi Japończycy powracają do ojczyzny z wiedzą i doświadczeniem europejskiem i z wzmożoną czcią dla rodzimej kultury obyczajowej i duchowej.
— Czyżby w Chinach było inaczej?... — rozpoczął pytanie Sergjusz, lecz urwał, bo przypomniał sobie nagle głupkowatych, nieokrzesanych i aroganckich synalków poczciwego i rozsądnego Lu-Huna, kupca nankińskiego.
Chińczyk natychmiast podchwycił pytanie cudzoziemca i dał brutalną niemal w swej szczerości odpowiedź:
— Europa i Ameryka instynktownie obawiały się zawsze Japończyków, więc zachowywały się względem nich z oględną ostrożnością i tym waszym szacunkiem do człowieka, który może walnąć w pysk! Z naszą młodzieżą było inaczej! Chińczyk może być szczery i wylewny, a że jest zawsze wytwornie uprzejmy, więc łatwo jest dojść z nim do poufałości i przyjaźni. Miało to dla nas fatalne skutki, bo naszą młodzież wciągnięto zagranicą w najgorsze towarzystwo, nauczono wręcz innych rzeczy, niż te, po których zdobycie posyłaliśmy ją tak daleko. Lepsze wyniki dał pobyt naszych młodych ludzi w Stanach — bez porównania moralniejszych i mimo wszystko bardziej uduchowionych, chociaż, jak to zwykle się mówi, szalony, gorączkowy pośpiech życia amerykańskiego zabija podobno wszelkie wymogi ducha. Najlepsi z naszych młodych polityków i administratorów przeszli właśnie amerykańską szkołę...
— Poznałem jednak kilku wojskowych, którzy studjowali w Europie. Są to bardzo wartościowi ludzie! — wtrącił Wagin, mając żywo w pamięci sympatycznego i rozumnego pułkownika Chaj-Czina.
— Ma pan słuszność! — uśmiechnął się uprzejmie Chińczyk. — Ale ci młodzi oficerowie ukończyli szkoły w Niemczech. O-o! — zaśmiał się. — Niemcy dobrze i sumiennie ich uczyli i musztrowali, bo Berlin poważnie zapatruje się na dobre z Dalekim Wschodem stosunki! W planach polityków niemieckich my Chińczycy mamy odegrać pierwszorzędną rolę sojuszników dla podboju Europy wschodniej, a nawet... równoważnika zbyt potężnego rozpędu Japonji.
— Jak widzę, pan doskonale orjentuje się w dalekich planach polityki europejskiej — zdziwił się Sergjusz.
— Mam sporo przyjaciół — Niemców, a w Berlinie bywałem nieraz! — uśmiechnął się. — Rozmawiano tam ze mną bardzo szczerze, zapewne dlatego, ze moimi siostrzeńcami są słynni generałowie Lee, którzy (Chińczyk westchnął ciężko) w obecnej chwili wtrąceni są do więzienia, jako wybitni działacze grupy monarchistów. Są to zresztą rzeczy znane. Co do innych państw, to należy zawsze pamiętać, iż patrzą na nas jak na potwory lub dziwaków z nieprawdziwego zdarzenia, którzy drzwi otwierają nogą, a nie ręką, jedzą nie widelcem i nożem, lecz laseczkami, doniedawna jeszcze nosili warkocze (zresztą było to narzucone nam przez panującą dynastję mandżurską!) i byli zawsze, nawet wtedy, gdy ich bito i znieważano, uprzedzająco grzeczni, zdumiewająco cierpliwi i wyrozumiali!
Rozmowa ta otworzyła Waginowi oczy na wiele niejasnych mu przedtem cech charakteru chińskiego i zjawisk, zachodzących przed jego oczami. Był bardzo wdzięczny za to staremu kupcowi.
Wreszcie skończywszy z objazdem prowincji, przyjechał do Jaoczou. Nie zastał już tam Chaj-Czina z jego pułkiem. Nie trudno mu było odnaleźć go, gdyż każdy wieśniak i spotkany na szosie włóczęga wiedzieli najdrobniejsze szczegóły o przesunięciach i ruchach wojska. Sergjusz zastanawiał się nad tem, jak trudno jest zachować w Chinach tajemnicę strategiczną, wobec skłonności do szerzenia przez ludność wszelkich wiadomości, bardzo dokładnych z powodu niezwykle rozwiniętego daru spostrzegawczości, wrodzonej wszystkim ludom azjatyckim, jak też i dlatego, że Chińczycy, zupełnie zdezorjentowani co do roli tego lub innego oddziału, wszystkie w czambuł nienawidzili, uważając je za wrogów ludzi spokojnych, uczciwych i pracowitych.
Posługując się zbieranemi po drodze wieściami, dotarł wreszcie do sztabu 8-go pułku, którym dowodził Chaj-Czin. Pułkownik przegrodził drogę komunistom na froncie pomiędzy Nań-Czangiem a Jaoczou. W małej wiosce, wpobliżu tego miasta Sergjusz odszukał pułkownika. Był on właśnie zajęty ustaleniem łączności z oddziałem, który, dojechawszy koleją do Czangszy, rozwijał front z lewego skrzydła w stronę Nań-Czangu, a prawem opierał się na zachodnim brzegu jeziora Tung. Od daleko wysuniętych ku południowi pozycyj dobiegały salwy karabinowe, turkot kulomiotów i zrzadka głuche strzały armatnie. Pułk Chaj-Czina, jak się okazało po raz drugi już nawiązywał bitwę z czerwonemi oddziałami generała Feng-Loo, awanturnika, subsydjowanego przez bolszewicką misję dyplomatyczną w Pekinie.
Pułkownik bardzo przyjaźnie przywitał Wagina i, znalazłszy wolną chwilę, przejrzał przygotowany raport i bez zastrzeżeń i poprawek podpisał go.
— Dziś jeszcze pocztą polową wyprawię go do Nankingu — obiecał, poklepując przyjaciela po ramieniu. — Otrzymacie panowie odpowiedź w Szanchaju. Może pan teraz jechać do Fuczou, wsiąść na pierwszy odchodzący statek i płynąć aż do Wusungu! A kiedy będzie pan czuł się szczęśliwym — proszę przypomnieć sobie o mnie, bo od kilku dni mam na sercu ciężar, a w duszy — pustkę...
Spędziwszy godzinę w sztabie, Wagin nie zobaczył więcej Chaj-Czina. Telefonowano po niego z czołowych placówek, więc odjechał bez pożegnania. Sergjusz, nie doczekawszy się go, wsiadł do samochodu i triumfującym głosem krzyknął szoferowi:
— Jedziemy, byle jak najprędzej, do Fuczou! Muszę dziś jeszcze złapać statek do Szanchaju!
Maszyna pomknęła. Nic nie przypominało tu późnej jesieni. Słońce świeciło i grzało. Zieleniły się pola, gaiki morwowe, plantacje bawełny, herbaty i trzciny cukrowej. Nad ziemią unosiły się drgające strugi pary. Ludzie pracowali w polu; świergotały jakieś ptaszki, całemi stadami przenosząc się nad szosą. Dymiły się stosy podpalonej słomy, a kobiety i dzieci rozsypywały po podorywie pozostające po niej popioły. Gdzieś cienko i niecierpliwie rżał niewidzialny za pagórkami koń. Na ogrodzonej łączce pasło się stadko owiec. Tuż za rowem, biegnącym wzdłuż drogi, czarne, szczeciniaste świnie, o długich, opuszczonych uszach ryły ziemię, chrząkając głośno. Droga wybiegła wreszcie na brzeg głębokiej i wartkiej rzekł Min. Z obydwu jej brzegów do samego wartu podchodziły zielone pagórki, woddali strzelały ku niebu jakieś wysokie, ostrowierche szczyty górskie. Czasami pagórki rozstępowały się nagle, odsłaniając widoki na równiny, okryte ciemną zielenią krzaków herbacianych, sadami, gdzie rosły drzewa morwowe, kamforowe i pomarańczowe. Nad brzegiem rzeki i na płaszczyznach pomiędzy wzgórzami rzucały ciemnogranatowy cień rozłożyste banjany. W okolicach miasta mignęły Waginowi zabudowania klasztorne i malownicza „świątynia księżyca“ starożytnej architektury chińskiej — szlachetnej i majestatycznie prostej. Szofer, śmiejąc się szyderczo, wskazał Sergjuszowi pobliską wioskę i objaśnił, że zamieszkuje ją odrębny, nie łączący się z Chińczykami szczep „czcicieli... psa“ — bóstwa i dalekiego ich praojca. Zaludnione gęsto okolice zdradzały zamożność wieśniaków, których herbata, owoce, jedwab i wyroby z czerwonej laki znane były na rynkach całego świata. Fuczou z przylegającą do niego doliną rzeki przez długi czas korzystało z niezależności i miało nawet swego króla. Ślady tego świetnego okresu pozostały w dumie, z jaką mieszkaniec tego miasta mówi: „Jestem człowiekiem z ziemi Min!“
Późno wieczorem dojechał Wagin do Fuczou i kazał się zawieźć do biura kapitanatu portowego. Spotkał go jednak przykry zawód, gdyż najbliższy statek odpływał dopiero o szóstej rano. Był to japoński parowiec, po drodze z Formozy zawijający do Fuczou, gdzie ładował towary, przeznaczone dla Szanchaju. Kazawszy szoferowi złożyć swoje bagaże w pobliskim hotelu, Sergjusz wyszedł na miasto. Choć dawno już minęła północ, oświetlone rzęsiście ulice i niewielkie placyki były zatłoczone, a sklepy — otwarte. Szukając restauracji, Wagin przyglądał się wystawom okazałych sklepów, przepełnionych skrzynkami i szkatułkami z herbatą, jedwabnemi tkaninami, artystycznemi wyrobami z drzewa, rzeźbionemi bogato meblami, przedmiotami ze srebra, inkrustowanemi barwnemi piórkami zimorodków. Angielski szyld nad jednym z domów handlowych zwrócił na siebie uwagę Sergjusza.
— Tu znajdziesz najpiękniejsze wyroby z laki, wytwarzane przez rodzinę Sze-Szao-An, która w ciągu 15-tu pokoleń wydała największych artystów i majstrów — z jakiemś dostojeństwem mówiły stylizowane złote litery na czarnem, lakowem tle szyldu.
Wagin rzucił okiem na Czarną i Białą pagody i na unoszące się kłęby pary nad basenem gorącego źródła leczniczego. Wpobliżu malowniczego gmachu Sze-Szao-An wstąpił do restauracji i, posiliwszy się naprędce, powrócił do hotelu, aby wypocząć po uciążliwej, całodziennej jeździe. Nie mógł jednak usnąć. Duszno było i parno. Wstał i usiadł przy otwartem oknie. W świetle księżyca, z pomiędzy czarnych skał błysnął srebrny skrawek morza. Ruchliwa powierzchnia jego jarzyła się miljonami błysków. Jakaś czarna krypa o wysokim żaglu, niby ciemna zjawa, przesunęła się po świetlnej tafli i zniknęła za skałami.
Nędzny, ślepy i głuchy człowiek nigdy nie wie, jaki los spotyka ludzi przyjaznych mu i drogich. Nie przeczuwał więc Wagin, że w tej samej chwili przypadkowo spotkany przez niego, a związany z nim pokrewieństwem uczuć i trosk pułkownik Chaj-Czin przeżywał ciężkie i niebezpieczne chwile. Wezwany na front, gdzie rozwijać się poczynała walna bitwa, rozejrzał się w sytuacji i przekonał się, że była dlań wygodna. Natychmiast wydał rozkaz, aby wszystkie baterje otworzyły ogień huraganowy. Pod osłoną rwących się pocisków pchnął dwie kompanje do ataku, by przełamać linję przeciwnika. W pewnej chwili dopadł go ordynans i krzyknął:
— Zdrada! Nasi żołnierze zamierzają przejść na stronę Fenga! Obiecano im po trzy dolary na głowę i po pięć za każdy przyniesiony karabin! Strzelcy zabili już kilku oficerów i wybiegają z rowów!
Chaj-Czin nachmurzył czoło i ręce mu opadły. Spotkała go klęska, tak zwykła w niedyscyplinowanej, z różnych żywiołów zwerbowanej armji. Wiedział o często powtarzających się podobnych wypadkach, gdy żołnierze, a nawet niżsi oficerowie po kilka razy przechodzili do przeciwnika i powracali skuszeni większym żołdem lub nagrodą pieniężną. Rozumiał dobrze, że przyczyna tego tkwi we krwi i mózgu młodego, nie mającego tradycyj wojskowych żołnierza, który — niewojowniczy z usposobienia — nie lubi, a nawet pogardza armją i nie ma najmniejszego bodaj pojęcia o znaczeniu i celu toczącej się kampanji. Pułkownik oddawna uświadomił sobie jeszcze jedno bardzo niebezpieczne, prawie uniemożliwiające prowadzenie wojny zjawisko. Polegało ono na wytworzeniu się osobnej kasty żołnierzy, uważających wojnę za zwykły zawód i przemysł. Tę z każdym miesiącem liczniejszą kastę stanowili przeważnie dawni bandyci z północnych prowincyj i z Mandżurji, Mongołowie z Czacharu i Ordosu, piraci z zatoki Kantońskiej, zwolnieni z więzień przestępcy, najzuchwalsi z pośród miljonowych tłumów bezdomnych i bezrobotnych kulisów — ludzie o szalonej nieraz odwadze, obojętni na śmierć, chciwi i okrutni, szukający możliwości przeżycia choć kilku dni w dostatku i bujnej radości. Tworzyła się nowa warstwa społeczna — najemne wojsko, liczące się tylko z wysokością żołdu i warunkami, w których łatwiej było o zdobycz, o bezkarne plądrowanie zajętego terytorjum i wszelkie gwałty, dokonywane w ogólnym zamęcie, jakgdyby z zemsty za podłe, nikczemne życie tych miljonów dziedzicznych nędzarzy, pozostawionych przez rząd i społeczeństwo na łasce ich strasznego losu. Cały wysiłek kół wojskowych skierowano na wytworzenie kadr armji z wieśniaków i mieszczan, posiadających pewną ustaloną ideologję i dobrze przeszkolonych. Szło to jednak opornie. Na przeszkodzie bowiem stała tradycyjna odraza Chińczyków do armji i ich łagodne usposobienie. Jednak udało się już w każdym niemal pułku utworzyć mocny rdzeń z pewnych i dyscyplinowanych żołnierzy. Słaba to jeszcze była i nieliczna siła, jednak pozwalała już na oparcie się na niej. Do tych to ludzi w krytycznej chwili pobiegła myśl Chaj-Czina. Wydał potrzebne rozkazy. W chwilę potem z obu flanków zagrzechotały karabiny maszynowe, kosząc przebiegające do przeciwnika grupy żołnierzy. Zatrzymały się one nagle, odpłynęły o kilkaset kroków i znowu ruszyły naprzód. Natrafiwszy na nieprzebytą przegrodę z siekących kul, cofnęły się do rowów, pozostawiając kilkunastu zabitych i rannych. Artylerja tymczasem biła coraz potężniej. Podbiegł telefonista i zameldował pułkownikowi, że wezwany bataljon sąsiedniego pułku wchodzi już w linję ognia.
Chaj-Czin odetchnął z ulgą. Nie uświadamiał sobie, ile czasu trwało to wszystko, bo przeminęło jak jedna chwila w straszliwem napięciu nerwów i pracy mózgu.
— Rzucić ludzi do ataku! — krzyknął. — Kulomioty mają posuwać się tuż za szeregami i w razie ucieczki i zdrady — ognia, nie szczędząc nikogo... Obiecać nagrodę szeregowcom... Po cztery dolary na bagnet!
Żołnierze, zrozumiawszy manewr dowódcy, szli do ataku sprawnie i z całą odwagą, właściwą tym najemnym żołdakom. Nic już nie stało na przeszkodzie ich brawurowemu uderzeniu. Dawny „pracodawca“ przelicytował nowego.
Strzelcy biegli, jak szaleńcy, błyskając bagnetami i zachęcając się ochrypłemi, dzikiemi okrzykami. Komuniści nie wytrzymali ataku i, szybko opuszczając rowy, w popłochu cofali się ku południowym pagórkom, gdzie wnet namacały ich działa Chaj-Czina i zrzucać poczęły pociski. Front został przerwany, rozpoczynało się uderzenie od skrzydeł. Pułkownik ruszył ku zdobytym okopom przeciwnika. Obejrzawszy je i sprawdziwszy straszliwą kośbę kompanji karabinów maszynowych, wyjechał na drogę. Rozkazawszy adjutantowi rozwinąć mapę odcinku, pochylił się nad nią. Z przydrożnego rowu wyszedł niespostrzeżenie ukryty w czasie bitwy żebrak — wstrętny i kulawy, zbliżył się do oficerów i jął skamłać o jałmużnę.
— Idź tam, gdzie stoją kuchnie polowe i powiedz, że dowódca kazał dać ci miskę ryżu, — mruknął do niego pułkownik, nie odrywając się od mapy.
Nagle z suchem klaśnięciem padły dwa strzały. Młody adjutant bez słowa spadł z konia, Chaj-Czin schwycił się za brzuch i pochylił ku grzywie końskiej, jęcząc przez zaciśnięte zęby. Żebrak, mierząc starannie, wypuścił trzecią kulę. Pułkownik, nieprzytomny już, zsunął się z konia i zawisł na jednej nodze, która nie wyślizgnęła się ze strzemienia. Wierzchowiec, przerażony strzałami i upadkiem jeźdźca, pomknął wcwał, wlokąc za sobą bezwładne ciało. Zobaczywszy to, morderca zerwał z twarzy naklejone na niej plastry, zrzucił ohydne, brudne łachmany a, pozostawszy w zwykłym europejskim stroju, przeskoczył rów i pobiegł ku widniejącym w rozłodze pomiędzy pagórkami murom długiej szopy.
Koń zniknął na zakręcie drogi. Cwałował tam, gdzie nad obszerną równiną, którą posuwała się rozciągnięta tyraljera, rozedrgała się nagle trąbka sygnalisty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.