Szanchaj/Tom II/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
POŁÓŻCIE SERCA SWOJE NA DROGI WASZE.
Agg. 1, 5.

Stary, rozklekotany statek „Fudżi-Maru“, zdawało się, dodał kilka węzłów do przepisowej szybkości — pędzony nietyle siłą swych oddawna już zużytych maszyn, ile wolą i niecierpliwością Wagina. Sergjusz stał ciągle na dziobie, obojętny na wicher i słone bryzgi oceanu, burzliwego o tej porze roku. Wpatrując się w szary horyzont, jakgdyby się wczepiał wzrokiem w niewidzialne, dalekie łachy, leżącego na północy Żółtego Morza i z nieustającą siłą ciągnął ku nim cały statek, po burty wypchany towarami chińskiemi i nielicznymi pasażerami. Oprócz Wagina na „Fudżi-Maru“ płynęło pod pokładem dziesięciu żołnierzy — rekonwalescentów z Formozy i Peskadorów, gdzie ich zżerała dysenterja tropikalna, na deku zaś — kilka „gejsz“ z Kantonu. Jaskrawo uszminkowane, po kilka razy dziennie zmieniające strojne kimona, barwne pasy — „obi“ i białe sandały — „geta“, a nawet fryzury, ozdobione dużemi złotemi szpilkami lub sztucznemi kwiatami, śmiały się bez przerwy, szczebiotały jak ptaki, figlowały, urządzały gry towarzyskie i od czasu do czasu rzucały porozumiewawcze i drwiące zarazem spojrzenia na obojętnego i zamyślonego cudzoziemca. Te „gejsze“ nie miały istotnie nic wspólnego z kastą prawdziwych gejsz — pieśniarek i tancerek, przechowujących w swojem środowisku najstarsze tradycje narodowe. Jechały z koncesji japońskiej w Kantonie, gdzie na samym jej końcu, tuż koło dzielnicy „Szamin“ z labiryntem wąskich, ciemnych uliczek ciągnęły się urocze herbaciarnie, obsługiwane przez te dziewczyny — śmiałe, zaczepne i skrycie chciwe. W „chińskim Paryżu“ — tem zbiorowisku przeważnie amerykanizowanych tubylców, Anglików, Japończyków, turystów i kupców z Filipinów, Formozy i Jawy, Amerykanów i Portugalczyków z Makao — „gejsze“ robiły świetne interesy i po trzech już latach wracały do ojczyzny, uwożąc ze sobą znaczne kapitaliki. Każda z nich marzyła o domowem ognisku i jeszcze o czemś, co stanowiło cel najgorętszych pragnień, a co można było uskutecznić, mając przy sobie poważnego małżonka, umiejącego dobrze rachować i rządzić. Małe, barwne „gejsze“ widziały już siebie właścicielkami pięknie urządzonych lokali, wydzierżawianych w „josziwara“ — mieście prostytutek, paniami życia i śmierci jego mieszkanek — sprzedawanych, jak bydło, bezprawnych „joro“.
Jedna z „gejsz“, mrugnąwszy do przyjaciółek, pofrunęła na dziób „Fudżi-Maru“ i, oparłszy się o burtę, udawała, że podziwia groźne piękno morza. Przekonawszy się jednak, że dziwny cudzoziemiec nie zwrócił na nią żadnej uwagi, przeszła do ataku. Mijając Wagina, opuściła mały wachlarzyk, cudownej roboty kantońskiej, gdzie umieją zdobić różne przedmioty rysunkami z artystycznie dobieranych skrzydełek motylów, umocowując je na drzewie, kości lub szyldkrecie przezroczystym i twardym, jak szkło, lakierem. Sergjusz schylił się natychmiast i podał jej wachlarz.
— Ach, dziękuję! — zawołała po angielsku. — Dżentelmen taki uprzejmy! Dżentelmen zapewne nudzi się? Czy nie zagralibyśmy sobie w domino lub „ma-czong“?
Wagin obrzucił ją roztargnionym wzrokiem i, zrozumiawszy, kogo widzi przed sobą, zlekka skrzywił usta i w milczeniu potrząsnął głową. To nie zmieszało bynajmniej dziewczyny. Przymilnie patrząc w jego jasne oczy, powiedziała znacząco:
— W kabinie Nr. 7 drzwi są zawsze otwarte...
Zaśmiała się cichym, melodyjnym śmiechem i pobiegła do towarzyszek, szepcąc każdej do ucha, że milczący cudzoziemiec zaprosił ją na kolację w Jokohamie.
— Kiedy wiem od stewarda, że on płynie tylko do Szanchaju! — zawołała przekornie jedna z „gejsz“.
— Tak mu się podobałam, że postanowił towarzyszyć mi do Japonji! — parskając stłumionym śmiechem, improwizowała dalej mała kurtyzana, zasłaniając przebiegłe oczki barwnym wachlarzem. Ułożyła go jednak w taki kształt, że przyjaciółki, znające się na „wymowie“ wachlarzy, zrozumiały żart.
Wagin jadł mało, bo wzmagający się niepokój i niecierpliwe wyglądanie Szanchaju nużyły go i odbierały apetyt. Lekka gorączka i dreszcze nie opuszczały go przez całą drogę. Zapadał chwilami w ciężki sen i miotał się, gnębiony przez jakieś zmory i widziadła — bezładne, przerażające i budzące trwogę. Zmuszał się wtedy do zrzucenia więzów majaków, zrywał się z łóżka i szedł na pokład. Ze wszystkich stron rozbiegła się aż do krańców horyzontu szaro-żółta pustynia oceanu. Niby siwe grzywy lub zakrzywione kły nieznanych potworów morskich, ciskały się i pędziły pienne bałwany, smagane przez silną bryzę. Na północnej stronie kłębiły się granatowe chmury — posępne i tajemnicze. Wagin nie mógł się uspokoić. Dręczył się, jak potępieniec. Nie mógł nawet myśleć o Ludmile, gdyż zaledwie odtwarzał w wyobraźni jej postać, natychmiast dokoła kotłować się poczynały jakieś nieznane twarze, machały rozpaczliwie ręce, biegły jakgdyby oderwane od tułowia nogi, dochodziły go niejasne krzyki, jęki, ryk nieznanych sygnałów, jazgot żelaza i łomot bijących młotów. Potem wyłaniała się blada, nieprzytomna i straszna, jak oblicze zmory, twarz Miczurina. Z jego otwartych, nieruchomych oczu płynęły łzy... Majaczyła siwa głowa pani Somowej i sylwetka przygarbionego Plena, ale Ludmiły ujrzeć już więcej nie mógł i próżno szukał jej w natłoku postaci, w zamęcie i zgiełku zjaw.
— Co się z nią dzieje? — rzęził Wagin, nie znajdując odpowiedzi na męczące go i nieodstępne pytanie.
W takiej udręce wylądował wreszcie na Wusungu. Na wieży kapitanatu portowego zegar wskazywał godzinę ósmą. Załatwiwszy niezbędne formalności w sali komory celnej, wsiadł do taksówki i kazał się wieźć do Czapei. Jun-cho-san opowiedział mu, że od trzech tygodni już domek pani Somowej stoi zamknięty. Nic poza tem nie mógł mu powiedzieć poczciwy kupiec. Trząsł tylko brodą i wzdychał głośno, rozkładając ręce bezradnie. Wagin, nie pożegnawszy nawet strapionego Chińczyka, natychmiast pojechał do palarni. Musiał zobaczyć się z Plenem i dowiedzieć się całej prawdy. Był już zupełnie przekonany, że będzie to prawda straszna. Gdyby nie czuł się tak zgnębionym, zdumiałby się niewymownie, posłyszawszy, że doktór przed trzema dniami wyszedł z domu i dotychczas nie powrócił. Wagin zażądał wtedy widzenia się z Czeng-Si. Właściciel palarni mało co wiedział.
— Pewnego wieczora przyszedł do doktora ten rosły lejtenant i razem pojechali gdzieś taksówką. Od tego czasu doktór prawie całemi dniami, a nawet w nocy przebywa poza domem! — z goryczą w głosie skarżył się Chińczyk. — Tylu przychodzi tu pacjentów, a jego niema i niema! Muszę wszystkich odprawiać z niczem...
— Kiedy ostatni raz widział pan Miczurina? — spytał Sergjusz.
Czeng-Si podniósł oczy do góry, namyślając się nad możliwie ścisłą odpowiedzią. Wreszcie powiedział:
— Mniej więcej około trzech tygodni temu...
Trzy tygodnie! Nie wnosiło to nic nowego do dręczącej Wagina zagadki i nie mogło go uspokoić. Zacisnąwszy zęby i czując wewnętrzny dreszcz, pojechał na Nanking Road. Musiał zreferować różne sprawy kompradorowi i wypytać go o swoich przyjaciół, którzy tak nagle zginęli mu z oczu.
Ti-Fong-Taj ucieszył się na widok Wagina, wysłuchał uważnie krótkiego i treściwego raportu jego i zaaprobował samodzielnie opracowany przez Sergjusza plan dalszej kampanji.
— Dziś nie będę pana fatygował. Musi pan odpocząć, bo nie podoba mi się pański wygląd, ale jutro zrobimy naradę z Wali-chaneni i jeszcze kilkoma panami, którzy w naszej akcji biorą czynny udział, — powiedział cichym głosem, ze współczuciem patrząc na wychudłą, ziemistą twarz i zapadnięte, połyskujące niezdrowemi ognikami oczy Wagina.
Sergjusz zapytał go, czy nie słyszał czegoś o Miczurinie i o pani Somowej. Komprador powtórzył tylko to, co już telefonicznie komunikował mu do Nankingu, dodał tylko, że dotarł do amerykańskiego biura ogłoszeń, gdzie pracowała panna Somowa, ale tam nic o niej nie wiedzą, gdyż bez uprzedzenia porzuciła przedsiębiorstwo. Wagin westchnął i zgrzytnął zębami.
— Przekleństwo! — mruknął. — Nie mogło przecież troje tych ludzi przepaść, jak kamień w morzu?! Ktoś musi wiedzieć o nich całą prawdę!
Kazawszy bojowi odnieść walizki do swego mieszkania, wybiegł na ulicę i szybkim krokiem poszedł do redakcji „Szun-Pao“. Długo chodził po poczekalni, zanim w gabinecie redakcyjnym posłyszał kroki Liao-Kaj-Fana. Prezes przyjął go natychmiast i z całą wytwornością jął wypytywać o zdrowie, interesy i o podróż, bo doszły go słuchy, że przebywał w Nankingu, o czem doniósł mu korespondent pisma.
Wagin, w krótkich słowach zaspokoiwszy ciekawość prezesa, spytał go o Miczurina. Liao-Kaj-Fan zrobił zafrasowaną twarz i mruknął:
— Obawiam się, że posłyszy pan... smutną nowinę, chociaż są to jedynie domysły... zbieg okoliczności...
— Proszę mówić! — prawie rozkazującym tonem rzucił Sergjusz, a serce jego, jakgdyby runęło w przepaść i, ściskając, się coraz bardziej, mknęło gdzieś z zawrotną szybkością. W piersi pozostała pustka i chłód, w mózgu zato miotał się taki nieprzezwyciężony strach, że Waginowi zaczęły szczękać zęby.
— Pan lejtenant bez żadnego powodu, nawet nie podjąwszy należnych mu pieniędzy, listownie zwolnił się z posady w koncernie, który tak wysoko cenił jego niespożytą energję i zdolności administracyjne... — zaczął swe opowiadanie Chińczyk. — Tegoż samego dnia, w którym otrzymaliśmy od niego list, na szosie pomiędzy pagodą Lunghwa a Szanchajem autobus turystyczny „Withwall and Co” wpadł na idącego środkiem jezdni nieznanego człowieka. Była mglista noc i do tego wypadek miał miejsce na wirażu... słowem autokar... zabił, raczej zmiażdżył przechodnia, wlokąc go ze sobą kilkaset metrów... ciało było zupełnie poszarpane... głowa... ach, lepiej o tem nie mówić!... W trupiarni centralnego szpitala były wystawione na widok publiczny żałosne szczątki ofiary katastrofy, części ubrania i jakieś znalezione w niem przedmioty... Pan zna naszego reportera od sensacyj... Otóż on to wszystko oglądał i, przyszedłszy do mnie, w tajemnicy powiedział mi, że rozpoznał pana... lejtenanta... po spinkach i wytatuowanej na dłoni kotwicy z szybującą nad nią mewą...
Liao-Kaj-Fan umilkł, z przerażeniem patrząc na Wagina. Zdawało mu się, że oczy wyjdą mu z orbit, a z szeroko rozwartych ust nie mógł się wyrwać krzyk. Rzęził tylko urywanym skowytem:
— Miczurin nie żyje... nie... żyje...
— Tak, tak! — potwierdził Liao-Kaj-Fan. — Zabroniłem opublikowania domysłów reportera, zresztą w ciągu kilku dni mieliśmy niebywałe sensacyjne wypadki... Pan zapewne nie czytał gazet, bo ma pan teraz inne zainteresowania (te ostatnie słowa prezes wymówił z wyraźnem ich podkreśleniem. Widocznie nankiński korespondent „Szun-Pao“, sygnalizując pobyt byłego redaktora działu cudzoziemskiego, doniósł również o celu przybycia jego do stolicy)... Na bruku Szanchajskim pojawił się jakiś „prorok“ i miał niezwykłe powodzenie śród Amerykanów i Anglików, raczej — Amerykanek i Angielek... Otóż wypadek, którego ofiarą padł (są to tylko domysły reportera!) niezapomniany nasz lejtenant, zdarzył się tego samego dnia, gdy na wystąpieniu mr. Carlinga (tak się nazywał ów „prorok“, podobno, niezwykle przystojny i elokwentny!) powstała panika, która wkrótce zamieniła się w prawdziwą katastrofę, tej samej nocy w willi dyrektora Hill-Owarta nieznany morderca udusił „proroka“. Zdumiewająca jest niezaradność naszej policji! Lokaj Owartów otworzył mordercy drzwi do willi, rozmawiał z nim, dostał od niego napiwek i wypuścił go z domu. Przyjrzał mu się doskonale i dokładnie go opisał sędziemu śledczemu. Pamiętam jego określenie — „takiego Goljata nigdy nie widziałem, a takie bary mają tylko atleci cyrkowi“...
Wagin targnął głową i wsłuchiwał się w każde słowo prezesa. Krew przestała mu krążyć w żyłach. Jakaś myśl, sprawiająca mu ból fizyczny, miotała się w mózgu.
— Łatwo byłoby znaleźć takiego olbrzyma, tem bardziej, że zgodnie z rysopisem, danym przez lokaja, człowiek ten utykał na jedną nogę...
Sergjusz westchnął z ulgą, krew rozpoczęła swój obieg normalny, a niepokojąca myśl ukryła się w zakamarkach mózgu.
— Nie! Nie był to Miczurin, bo nigdy nie kulał!... — przekonywał siebie Wagin, ale po chwili nowa fala strachu zachłysnęła go, zasnuła oczy mętną mgłą i zacisnęła gardło. Zachwiał się i głowę odrzucił na wysokie oparcie fotela. W mózgu jego odbywała się gorączkowa, chaotyczna praca. Wspomnienia mistycznych słów Ludmiły, jej nocne modlitwy, które sam słyszał ze swego pokoju, wreszcie obawy Miczurina, przerażonego wybuchem jej religijności... jakiś nieznany „prorok“... — zestawienie, sieć hipotez, odrzucenie jednych i zatrzymanie się na drugich... publiczne wystąpienie tego Carlinga... zamordowanie jego... nie! Niema pomiędzy tem wszystkiem żadnego związku!... Potem wypadek z Miczurinem... kotwica z mewą na rozpostartych skrzydłach!... Ileż to razy przyglądał się temu tatuowaniu, wykonanemu przez niezrównanych artystów maoryjskich... katastroficzne wypadki podczas paniki... Boże, Wszechmocny Boże, co się stało z Ludmiłą... Gdzie ona jest? Dlaczego znikła pani Somowa? Co za przyczyny dziwnych wędrówek Plena? Boże, zlituj się nad nami!
— Czy pan prezes nie pamięta nazwisk ofiar? — prawie nieprzytomnie zadaje Wagin pytanie.
— Ależ to niemożliwe! — rozkłada ręce Liao-Kaj-Fan. — Cała kolumna...
Cała kolumna! Te słowa działają, jak dotyk rozpalonego żelaza. Powraca świadomość, a z nią razem obezwładniający strach. Cała kolumna! Spieszyć się! Coś robić, aby raz wreszcie wiedzieć wszystko, wszystko! Błyska myśl:
— Pan prezes pozwoli mi przejrzeć komplet „Szun-Pao“? Dziękuję. Więc zdarzyło się to? Tak... tak... Mniej więcej trzy tygodnie temu.
Migają przewracane płachty dziennika i szeleszczą z jakąś syczącą złośliwością. A - a - a - a, długa kolumna nazwisk „nieszczęsnych ofiar dzikiego popłochu w sali magistratu szanchajskiego“... Nawet ułożona w porządku alfabetycznym... P. R... S... serce pada znowu. Na jego miejscu — pustka i przerażenie... Salstores... Sewerlane... Summerset... jeszcze pięć czy sześć obcych nazwisk... Niema nazwiska, którego z takim lękiem szukał. Jakież to szczęście!... Pod kolumną krótki, drobnemi czcionkami drukowany dodatek... „Nie umieszczamy około trzydziestu nazwisk nikomu nie znanych, gdyż należą do emigrantów rosyjskich i włoskich“...
— Ach — tak! — spostrzega dopiero teraz, że na liście poszkodowanych figurują wyłącznie nazwiska anglo-saskie... Uprzywilejowana rasa nawet w obliczu śmierci! Litości, Niebo! — rozpacz znowu wyje w duszy Wagina...
Wzrok ślizga się jednak dalej po kolumnach opisów strasznego wypadku. Długie, nieskończenie długie szeregi linij — obojętnie jednakowych, zimnych i okrutnych... Napracowali się reporterzy! Miały nielada żer uganiające się za wszelką sensacją dzienniki! Nieszczery patos i jeszcze wstrętniejsza, bo już bezczelnie nikczemna ckliwość opisów! Nędzne wysiłki w kierunku dramatyzmu i realizmu... Podłe mizdrzenie się ulicznicy! Ale wreszcie coś niezmiernie ważnego! Spis szpitalów... Tam złożono rannych i stratowanych na śmierć... Szybko przenosi ręka czytającego Wagina nazwy i adresy na czystą stronę notatnika... Ambulatorja kolejowe i Pogotowia... Szpital dla zakaźnych chorób... lecznica przy szkole pielęgniarek... Centralny szpital... Szpital angielski... szpital misyjny... szpital przy „British Jail“... wreszcie wszystko zostaje zapisane... Wagin zamyka gruby, oprawny kwartalnik kompletu „Szun-Pao“, bełkocąc coś, żegna zdumionego prezesa i wybiega.
— Taksówka! — woła i po chwili krzyczy do zdziwionego szofera jakimś wysokim, zdławionym głosem. — Do wszystkich szpitali pokolei! Aby prędzej, aby prędzej tylko!
Sprytny szofer rozumie, że może dziś dobrze zarobić. Miota się więc taksówka od dworca kolejowego, leżącego na krańcu miasta, do murów Czapei na drugim jego końcu, gdzie znajduje się szpital misyjny, stąd znowu na tamten brzeg Suczou-Creek do szpitala na Jalu-Road, a potem do innych, krążąc po całem mieście. Radują się chciwe oczy szofera, zerkając na licznik... W biurach zwiedzonych szpitali nie znalazł Sergjusz nazwiska Ludmiły... Pozostaje jeden jeszcze szpital — angielski. Znika już nadzieja. Czyżby przyjęto tam jakąś bezprawną emigrantkę, której los nikogo w „wielkiej Babilonji“ obchodzić nie może? „Nie umieszczamy nazwisk nikomu nie znanych, gdyż należą do emigrantów rosyjskich i włoskich“ — urąga, wypłynąwszy w pamięci, krótka uwaga redakcji „Szun-Pao“, umieszczona pod listą ofiar.
— Bądźcie przeklęci! — z nienawiścią wybucha na to wspomnienie dusza Wagina, ale po chwili korzy się przed nieznaną mocą, błaga ją o pomoc i pocieszenie...
— British Hospital! — woła szofer, gdy, obejrzawszy się, zobaczył skamieniałą, nieprzytomną twarz pasażera. — Czy mam czekać? Nie? Wypada 25 dolarów 75 centów... I thank you, sir!
Szybko odjeżdża, zaciskając w dłoni pieniądze. Udało się! Licznik wskazywał zaledwie 20 dolarów i 50 centów. Trudno! Ciężko pracujący człowiek musi wykorzystać każdą dogodną konjunkturę.
Wagin ociężałym krokiem wszedł do hallu. Portjer wyjrzał przez okienko i oznajmił, że w godzinie obiadowej biuro jest zamknięte. Informację można otrzymać dopiero o 2-ej. Wagin spojrzał na zegarek. Pięć minut po pierwszej...
Wyszedł ze szpitala i, spostrzegłszy na bulwarze wolną ławkę, usiadł. Wpatrzony w ziemię, nie widział nic, co się działo dokoła. Jakiś mały Chińczyk podkradł się do ławki i, rozścieliwszy na chodniku matę, rozpoczął sztuki akrobatyczne. Spostrzegłszy, że biały dżentelmen nie podnosi głowy, jął skamłać:
— „Pidżim“, sir, some money for it, good sir...
Stojący na pobliskim posterunku policjant dojrzał chłopaka i odpędził go. Przyjrzawszy się siedzącemu Waginowi, dotknął jego ramienia i spytał:
— Niech dżentelmen uważa, bo łobuzy mogą go okraść, ale może pan zachorował nagłe?
Sergjusz popatrzył na niego obojętnym wzrokiem i mruknął:
— Jestem zdrów... dziękuję... czekam tu na coś...
Policjant odszedł, spełniwszy swój obowiązek. Wagin zaczął się przechadzać przed szpitalem, wpatrując się w umieszczony nad jego frontonem zegar. Straszliwie wolno, jakgdyby znęcając się nad nim, sunęły wskazówki. Chyba nigdy nie dojdą do drugiej! Jednak zegar wybił wkońcu dwa razy. Poczekawszy jeszcze trochę, Wagin, szepcąc coś do siebie, ruszył ku wejściu. Urzędnik, dyżurujący tego dnia, spóźnił się. Na drzwiach biura wisiała ta sama tabliczka w żółtej ramce: „Zamknięte w porze obiadowej.“ Wagin, tracąc siły, plecami oparł się o ścianę. Nie był już w stanie postąpić nawet kroku. Stał bezmyślnie wpatrzony przed siebie. Nagle zadrżał cały i zaczął przecierać sobie oczy. Przez hall sunęło czarne widmo. Wysoka, chuda postać, o rudawych, siwiejących włosach i żółtej, steranej twarzy. Dziwnie wyglądał ten człowiek w zbyt szerokim dla niego czarnym stroju chińskim i w żółtych europejskich pantoflach...
— Plen! doktór Plen!... — zaskowytała dusza Wagina.
Z nieludzkim wysiłkiem jęknął:
— Doktorze!... doktorze!...
Plen obejrzał się i stanął jak wryty.
— Wagin?! Pan tu...?
Zajrzawszy w przerażone, męczeńskie oczy Sergjusza, ogarnął go ramieniem i pomógł usiąść na drewnianej kanapce.
— Tak... tak... — mruczał doktór, przenikliwie patrząc na bladą twarz i kurczące się niby do płaczu usta przyjaciela, — tak... tak...
Wreszcie pochylił się nad siedzącym Waginem i szepnął mu do ucha:
— Chodźmy do jadłodajni... gdzie pozwalają mi palić w osobnym pokoiku... Trzeba coś zjeść... dawno nie paliłem i... jestem... trochę głodny... Nie śpię już trzecią noc...
Wagin nie słyszał słów Plena. Pozwolił się prowadzić gdzieś, idąc obok doktora posłusznie, jak dziecko. Wszystkie myśli, dręczące go tak długo, ukryły się gdzieś, tylko w sercu, w jednym małym punkcie coś jakgdyby dyszało straszliwie szybko, a po chwili wytrysnęła z niego gorąca struga, pobiegła do gardła, do oczu, wdarła się pod czaszkę. Wagin zatrzymał się raptownie i, zaciskając wyciągnięte przed sobą ręce, zapłakał bezdźwięcznie. Plen spostrzegł to dopiero wtedy, kiedy kilku przechodniów obejrzało się za nimi.
— Tak... tak... — mruknął znowu, mocniej biorąc Wagina pod ramię i uprowadzając go w boczną uliczkę.
Plen, spiesząc się, chciwie wypalił fajkę i kazał podać jakąś potrawę. Wagin jadł, nie myśląc o tem, co robi i nie czując smaku. Jednak pożywienie zrobiło swoje. Organizm, nerwowym wstrząsem zahamowany w swoich czynnościach, ożywił się znacznie. Oczy nabrały przytomniejszego wyrazu. Doktór zmuszony był jednak kilka razy zadać Waginowi jedno i to same pytanie, zanim dotarło ono do jego świadomości.
— Czy wiecie, co tu zaszło?
Wreszcie Sergjusz podniósł na Plena wylękłe spojrzenie i wyszeptał:
— Mówcie!
Plen zaczął od opowiadania Miczurina o Arturze Carlingu i doszedł wreszcie do ostatniego z lejtenantem spotkania, gdy kulejący, blady i przerażająco spokojny przyszedł do niego do palarni.
— Miczurin zabił Carlinga?! — szeptem zapytał Wagin.
Plen w milczeniu skinął głową i, otarłszy spocone czoło rękawem, mruknął:
— Tej samej nocy... Miczurin zginął na szosie za miastem...
— Samobójstwo?... — wyszeptał Sergjusz, zaciskając rękami głowę.
— Nie wiem... nie myślę... — odpowiedział Plen. — Miczurin musiał umrzeć... bo Ludmiła...
Ludmiła! To przecież najważniejsze! O niej tylko myślał przez tyle dni pełnych zgrozy i troski serdecznej. Ludmiła! Ach...
— Ludmiła też nie żyje?! — syknął Wagin, chwytając doktora za rękę i gniotąc ją rozpaczliwym skurczem palców.
— Ludmiła żyje, ale jest ciężko chora... — usiłował uspokoić go Plen. — Posłuchajcie, jak to było...
Wagin z zaciśniętemi zębami wpatrywał się w usta doktora i, czując, że serce zatrzymało się w swym rytmie, słuchał, jakgdyby oczekując wyroku śmierci.
Plen opowiedział mu o katastrofie na zgromadzeniu „czcicieli Ducha“ i o nieszczęśliwym wypadku, który spotkał Ludmiłę.
— W tłoku złamano jej ramię, a ktoś, obłędnie przebijając sobie drogę w tłumie, pchnął ją nożem... — starając się zachować spokój, mówił doktór.
— Umiera? — padło i niby szklana tafla rozbiło się z jazgotem pytanie.
Plen nachmurzył czoło i spuścił oczy.
— Umiera? — zgrzytnęło jeszcze rozpaczliwsze słowo.
— Nie wiem... — szepnął doktór. — Wywiązało się ropne zapalenie płuc... Stan jest bardzo groźny... Od dziesięciu dni chora nie powraca do przytomności... i coraz bardziej słabnie... Dziś wieczorem zrobimy ostatnią próbę... Lekarze otrzymają dziś z fundacji Rockefellerowskiej zamówioną surowicę... Zastrzyki mogą zabić bakterje, a wtedy... prawdopodobnie... uda się ją ocalić... Przez cały dzień prawie, a teraz nawet i noce spędzam przy niej razem z panią Somową... Lekarze pozwolili mi nie opuszczać chorej...
Wagin nie słuchał już. Zerwał się na równe nogi i żądał coraz groźniej i natarczywiej:
— Idźmy do Ludmiły! Idźmy natychmiast!
— Pójdziemy! — zgodził się Plen. — Musimy jednak zaczekać do 4-ej, kiedy zaczną wydawać przepustki... Czy możecie zapłacić za jedzenie i dać parę centów kelnerowi?... Dziękuję!... Tymczasem wypalę jeszcze jedną fajkę, bo następna oczekuje mnie dopiero późnym wieczorem, po zastrzykach...
Nabijając fajkę i zapalając lampkę, opowiadał, że, wybierając się do szpitala, po raz pierwszy przyjął pieniądze od pacjentów, przychodzących do jego ambulatorjum w palarni, ale że wydał wszystko, bo już prawie trzy dni nie odchodzi od Ludmiły.
— Musiałbym zjeść dziś na kredyt, gdybym was nie spotkał... — zakończył słabnącym głosem i, położywszy się na macie, pociągnął dym z fajki, trzymając metalowy koniec jej nad migającym płomykiem lampki.
Wagin, oddychając ciężko i kurcząc palce, chodził po pokoju. Na dworze zaczął kropić deszcz i wkrótce przeszedł w ulewę. Zerwał się północno-wschodni wiatr i strugami wody siekł szyby. Przemoknięci do nitki doszli do szpitala. Wyrobiwszy przyjacielowi przepustkę, Plen poprowadził go długim, posępnym korytarzem, który załamywał się kilka razy i biegł dalej. Zdawało się, że nigdy nie dojdą. Stanęli wreszcie przed drzwiami i doktór ruchem ręki zatrzymał Sergjusza.
— Zaczekajcie tu... — szepnął i ostrożnie nacisnął klamkę.
Wagin długo stał przed drzwiami, każdą kroplą krwi uświadamiając sobie, że tam za niemi znajduje się Ludmiła. Do duszy jego wstępował dziwny spokój. Usta poruszały się, powtarzając trzy słowa, niby jakieś tajemne i potężne zaklęcie:
— Teraz zawsze razem! Teraz zawsze razem! Teraz zawsze razem!
Nie wzruszyło go nawet pojawienie się Plena i skinienie jego, oznaczające, że może już wejść. Nic nie widząc, nie czując słodkiego zapachu eteru i kamfory, wszedł na palcach do półciemnego pokoju i stanął przy łóżku. Wbił rozszerzone nagle, migocące dziwnym blaskiem źrenice w twarz Ludmiły. Nie przeraziła go ani przezroczystość i bladość jej uduchowionej i pięknej dla niego twarzy, ani mocno zamknięte oczy, otoczone sinemi cieniami, ani bezkrwiste wargi i leżąca nieruchomo na prześcieradle chuda, żółta dłoń, ani nawet obandażowane, bezwładne ramię, umieszczone w metalowej podstawie, przymocowanej do ramy łóżka.
Nic tego nie widział, bo wszystko zasłoniła mu przepojona radością i szczęściem świadomość, że oto widzi przed sobą Ludmiłę, i spokój, że jest przy niej. Twarz jej mieniła się w jego oczach coraz to innemi uczuciami — i temi, które dawniej pochwytywał w niej, i nowemi, które rozumiał odrazu, czując gorącą falę krwi, wzbierającej mu w sercu. Wreszcie ukląkł przy łóżku i, pochyliwszy głowę, powtarzał z uporem:
— Teraz nazawsze razem! Nikomu nie oddam! Nikomu!
Szeptał to głośno, wyraźnie. Ktoś dotknął jego ramienia. Obejrzał się i poznał panią Somową w białym fartuchu i czepku. Uśmiechnął się do niej oczami i rękę jej przycisnął do ust. Po chwili znowu wpatrywał się w Ludmiłę i bezdźwięcznie poruszał wargami. Plen i sanitarjuszka podnieśli go i usadowili na stołku przy oknie. Nie sprzeciwiał się, nie odrywając wzroku od chorej i szepcąc coś, czego nikt już posłyszeć nie mógł. Mówił z duszy do duszy Ludmiły, mówił tak, jak nie potrafiłby powiedzieć, gdyby słuchała go, patrząc na niego; odsłaniał przed nią całą swoją duszę, mówił o tem, jak rosła w nim i wzmagała się miłość, aż stała się dla niego wszystkiem, czem i w imię czego pragnął żyć. Całą istotą swoją wyczuwał, że Ludmiła słyszy tę niemą mowę, że jego słowa bezszelestnie padają do jej duszy i że uczyni znak, potwierdzający zrozumienie ich mocy i wiarę w ich prawdę.
Ludmiła, nieruchoma i wyczerpana gorączką i słabością, leżała wyciągnięta i sztywna, ale na bladych ustach jej zabłąkał się nagle łagodny, szczęśliwy uśmiech i zgasł w okamgnieniu, jak zapalający się świetlny punkcik w kropli rosy. Po chwili usta jej drgnęły lekko i szepnęły cicho, jak stłumione westchnienie:
— Sergjusz Wagin...
Plen, schylony nad przyjacielem, mówił do niego stłumionym głosem.
— Zapewne temperatura się podniosła, bo zaczyna bredzić... W malignie nieraz wspomina was i woła...
Wagin nie słyszał objaśnień doktora. W uszach rozbrzmiewał mu szept Ludmiły:
— Sergjusz Wagin!
Posłyszała głos jego duszy i odpowiedziała! Radosny szloch wyrwał mu się z piersi. Podrzucając wysoko ramiona, zapłakał łzami szczęścia. Płakał długo, a gdy otarł sobie oczy i rozejrzał się dokoła, Plen i pani Somowa nie poznali go. Znikł bez śladu skamieniały wyraz twarzy, rozjaśniły mu się oczy; wyprostował się cały i potrząsnął głową, jakgdyby gotowy do walki. Sanitarjuszka, oczami wskazawszy na zegar, przypomniała mu, że musi już opuścić szpital. Godzina, przeznaczona dla odwiedzających, minęła.
— Kiedy będą zrobione zastrzyki? — spytał Plena.
— Pomiędzy siódmą, a ósmą... — szepnął doktór.
— Gdy wszystko będzie skończone, znajdziecie mnie przed szpitalem. Będę czekał na was — powiedział mu na ucho i znowu spytał: — Kto będzie robił zastrzyk?
— Starszy ordynator, dr. Downport...
— Dobrze! — uśmiechnął się nagle Wagin i, pochylając głowę, na palcach poszedł ku drzwiom.
Wszedł do biura, zwrócił urzędnikowi przepustkę i zapytał o ordynatora.
— Dr. Downport o tej godzinie przyjmuje u siebie w domu, — objaśnił go urzędnik. — Do szpitala przyjdzie o siódmej. Doktór mieszka w tym samym gmachu, — wejście od ulicy na lewo. Good-bye, sir!
Odnalazłszy mieszkanie ordynatora, Wagin nacisnął guzik dzwonka elektrycznego. Otworzył mu drzwi sanitarjusz.
— Czy mogę widzieć się z doktorem Downportem? — spytał Sergjusz.
— Pan zaczeka chwilkę, doktor ma u siebie chorego, lecz wkrótce będzie już wolny. Ostatni to pacjent...
Wagin wszedł do poczekalni i z całym spokojem zaczął przerzucać dzienniki, leżące na stole. Minął kwadrans i doktór zaprosił go do gabinetu.
— Czem mogę służyć? — spytał, uważnie przyglądając się nieznajomemu.
— Dziś wieczorem doktór będzie robił zastrzyki leżącej w pokoju Nr. 102 Ludmile Somowej... — zaczął Sergjusz, lecz Downport przerwał mu:
— Ach, tak! Bardzo ciężki stan! Jeżeli ten zabieg nie poskutkuje, nie ręczę za dalszy przebieg choroby... Ropne zapalenie ogarnęło całe płuco!
Wagin schwycił nagle rękę doktora i, zanim ten mógł się opamiętać, począł okrywać ją pocałunkami, mówiąc urywanym, gorącym głosem:
— Doktorze! Niech pan włoży w ten zabieg całą wiarę i przekonanie, że wszystko się uda jaknajlepiej, że chora wyzdrowieje! Ocal pan tę dziewczynę!
Zwolnił wreszcie dłoń doktora i patrzał na niego błagającym wzrokiem.
Wzruszony i zmieszany Downport pytał go:
— Czy panna Somowa jest siostrą pana?
— Nazywam się Wagin, Sergjusz Wagin, i kocham ją nad życie, doktorze! Pan powinien mnie zrozumieć! Słyszę głosiki dzieci w sąsiednim pokoju... Ma pan żonę i kocha ją pan!
Lekarz skinął głową i odpowiedział z niespodziewanie ogarniającą go szczerością:
— O tak! Pobraliśmy się już cztery lata temu, a, wydaje mi się, że dopiero wczoraj odbył się nasz ślub... Mamy dwoje prześlicznych dzieciaków...
— Widzi pan, widzi pan! — szeptał radośnie Wagin. — Ja też kocham! Uratuj mi ją pan! Doktorze! Na Boga!
— Uczynię wszystko, co jest w mojej mocy — poważniejąc odrazu, obiecał Downport. — Czuję prawdziwą sympatję dla tej chorej panienki, jej matki (co za zdumiewająca dostojność i niezachwiana wiara — prawdziwie chrześcijańska!), no i dla tego rosyjskiego lekarza. Taki dziwak i nałogowy, niestety opjumista, a jednocześnie, co za głęboka wiedza i niewiarogodna wprost intuicja przy djagnozie?! Bardzośmy się z nim zaprzyjaźnili, chociaż nie daje się zaciągnąć do mnie, mówi, że odzwyczaił się już od kulturalnych manjer... Przemiły dziwak!
Wagin słuchał doktora z uśmiechem i, pożegnawszy go, wyszedł na ulicę. Nie czuł ani znużenia, ani głodu. Chodził przed gmachem szpitala, od czasu do czasu spoglądając cierpliwie i spokojnie na zegar. Myślał o Ludmile i w duszy jego utwierdzała się pewność, że od chwili, gdy stanął przy niej, powrócą do niej siły i że zwalczy toczącą ją chorobę. Widział zdaleka idącego do szpitala Downporta i, wzniósłszy oczy ku szaremu, zasnutemu ciężkiemi chmurami niebu, szepnął z przejęciem:
— Boże, dopomóż mu! Boże, którego miłosierdzie nie ma granic, ratuj nas!
Spokój jednak nie prysnął.
Wagin chodził od rogu gmachu do rogu, wcisnąwszy ręce do kieszeni płaszcza. Wybiła dziewiąta, gdy ujrzał Plena, wychodzącego z gmachu. Tuż za nim szedł doktór Downport. Wagin szybkim krokiem zbliżył się do nich.
— Mogę dać panu trochę nadziei! — zawołał ordynator. — Zastałem chorą w znacznie lepszym stanie. Gorączka spadła, puls bardziej wyraźny, serce działa sprawniej... Nastąpił jakiś przełom w chorobie, chociaż nie daje się on wytłumaczyć naukowo... Zrobiliśmy zastrzyk, chora usnęła... Nie wiem, dlaczego, ale dziś dopiero wstąpiła we mnie nadzieja!
Potrząsnąwszy mocno dłoń Wagina, odszedł.
Wagin zajrzał w zgasłe oczy Plena. Doktór zrozumiał nieme pytanie przyjaciela i natychmiast mówić zaczął:
— W stanie Ludmiły nastąpiło nagłe polepszenie. Przy takich warunkach zastrzyk może mieć zbawienne skutki... Jestem już prawie przekonany, że ocalimy ją.
Sergjusz tuż na ulicy przycisnął Plena do piersi i trzymał go długo w objęciach, patrząc w niebo i, przypominając sobie dawno zapomniane słowa modlitwy, cicho szepnął je w dziękczynnym i błagalnym porywie. Wagin zawiózł doktora do siebie, a, gdy Plen po wypaleniu fajki umył się i uczesał, poszli razem na kolację. Mówili o Miczurinie i jego smutnym zgonie pod kołami autobusu. Imienia Ludmiły nie wspominali obaj, jakgdyby obawiając się spłoszyć powracające do niej życie.
Nazajutrz rano Sergjusz znowu chodził przed szpitalem, czekając na Plena, który miał być obecny przy drugim zastrzyku. Wyszedłszy do niego, doktór oznajmił, że Ludmiła od samego rana jest przytomna, że temperatura wciąż spada i że dopiero teraz, dostawszy nowy zastrzyk, usnęła i lekko gorączkuje.
— Ale to tak już być powinno! — uspokoił go Plen i zaczął się nagle spieszyć, mówiąc:
— Muszę jechać do palarni, bo mój Czeng-Si niepokoi się zapewne, że uciekłem od niego.
— Panie doktorze, spotkamy się więc o czwartej w szpitalu — powiedział, żegnając go Wagin, lecz Plen zamachał rękami.
— Nie, nie! — mruczał. — Teraz musi pan zaczekać, aż nastąpi prawdziwe, zupełnie pewne polepszenie. Widok pana i nagła radość może zaszkodzić chorej. Niech pan pamięta, że jej serce osłabione jest do reszty. Trudno zrozumieć nawet, w jaki sposób biło tak długo! Co je podtrzymywało — to pozostanie dla mnie na zawsze zagadką!
Wagin patrzał na niego głębokiem, skupionem spojrzeniem, jakgdyby robiąc mu wyrzut. Plen zrozumiał myśl przyjaciela i, powiedziawszy: „no, tak, tak!“, prawie biegiem skierował się ku przystankowi tramwajów z napisem „Station-Czekiang rd. — West Czapei“.
Wagin poszedł do domu, lecz po chwili przyszło mu coś do głowy, bo skręcił nagle w inną stronę. W kilka minut potem wchodził bocznemi drzwiami do cerkwi. Młody mnich ścierał kurz z lichtarzy i zdrapywał wosk z posadzki. Sergjusz, nie zwracając na niego uwagi, ukląkł przed ołtarzem i zaczął się modlić. Z półmroku, panującego w głównej nawie, patrzyły na niego pełne rzewnej dobroci, przebaczenia i cierpienia oczy Chrystusa Ukrzyżowanego. Wagin modlił się długo, bez słów i bicia pokłonów, modlił się w milczeniu głosem duszy stroskanej, wzburzonej błyskającą w niej nadzieją i pełnej namiętnych i kornych próśb i wdzięczności.
— Tylko Ty — Zbawicielu, tylko Ty! — szepnął gorąco i wyszedł z domu Bożego.
Powróciwszy do siebie, zaczął przygotowywać materjały do wyznaczonej przez Ti-Fong-Taja narady. Pozostawała mu jeszcze cała godzina. Zatelefonował więc do biura i kazał przynieść sobie gazety. Przeglądając „China‘s Daily News“, przeczytał opis bitwy w rejonie jeziora Pojang.
— Historyczny i konserwatywny Nań-Czang został uratowany, co zawdzięczyć musi talentowi dowódcy południowej grupy, dzielnemu pułkownikowi Chaj-Czinowi, który w najtrudniejszych warunkach nie stracił spokoju prawdziwego wodza. Cała armja nankińska wstrząśnięta jest śmiercią pułkownika. Dziwnym zbiegiem okoliczności zginął on przy samym końcu ataku. Zabitego Chaj-Czina wraz z adjutantem jego znaleziono na szosie, gdzie dosięgły ich zbłąkane kule, gdy śledzili za przebiegiem bitwy. Świadczy o tem mapa, znaleziona przy poległym adjutancie.
Tak pisał korespondent wojenny z Czangszy.
— Chaj-Czin nie żyje! — westchnął Wagin.
Po chwili na twarzy jego pojawił się uśmiech goryczy. Ze smutkiem, kiwając głową, szepnął:
— Biedny, biedny pułkowniku, nie udała ci się próba!
Zastosował tę myśl do własnych przeżyć i natychmiast uczynił trzykrotny znak krzyża świętego i powtórzył z wiarą:
— Tylko Ty, Zbawicielu! Tylko Ty możesz sługom swoim dać łaskę szczęścia!
Zadzwonił telefon. Komprador zapraszał Wagina na naradę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.