Pożegnanie jesieni/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Pożegnanie jesieni
Data wydania 1927
Wydawnictwo F. Hoesick
Drukarz Drukarnia Narodowa
w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział VII.

UCIECZKA


Atanazy „spędził“ noc przy łóżku Heli. Wszystko było zasłonięte tak gęstą warstwą wyrzutów sumienia, że nie widział nawet jej piękności przez okropne, koszmarowe zwały jakichś buro-czerwonych i czarnych materji nie z tego świata. A jednak przez nią tylko żył jeszcze. Może gdyby nie ona, ambicja, aby nie umrzeć podłym, okazałaby się za słaba i uległby jednemu z samobójczych ataków, których miewał od pięciu do siedmiu dziennie. Nie zdawał sobie sprawy z możliwości jeszcze podlejszych rzeczy, które przyjść mogły i co wtedy? To, co się stało „uwzniośliło“, wysublimowało jego uczucie dla Heli — przynajmniej chwilowo. A przytem czuł, że poza nią jest już zupełnie sam w życiu, że nie czeka go nic. Jak ohydna, tłusta plama, leżała na dnie myśl, że bez niej będzie musiał szukać posady i zacząć pracować, zarabiając na życie, w niepojętych dla niego warunkach bytu, pod panowaniem socjalistów-chłopomanów. Ale z tem dał sobie jakoś radę na tle pewności, że ostatecznie w każdej chwili może sobie w łeb strzelić. Dziwne to było rozumowanie. Ohyda życiowa szczerzyła żółte, spróchniałe zęby i wystawiała lubieżnie czarno obłożony język ze śmierdzącej paszczy, bez żadnej maski. Ból i cierpienie mogły być wogóle piękne — w tym wypadku — nie. Zosia odeszła, dawszy mu moralnie w mordę z wyrafinowaną pogardą, wiedząc o tem jakie sprawi mu cierpienie. To łagodziło trochę wyrzuty sumienia — chwilami oczywiście. Męka bez granic trwała do 6-tej zrana. Siedząc, zasnął do 7-ej. I to piekielne obudzenie się, z tem jasnem poczuciem, że wszystko zaczyna się na nowo: z początku bezprzedmiotowe przerażenie, że coś się stało, ale jeszcze niewiadomo co — a potem piekielny film wypadków rozkręcał się w pamięci i maszyna do tortur chwytała Atanazego w swoje zębate koła i transmisje. Regularnie co godzinę płakał. Zdawało się, że każda sekunda przeszłości była już czemś najgorszem, że teraz powinno przyjść, zacząć się choćby jakieś polepszenie. Ale nie: im dalej tem gorzej. O którejś tam godzinie któregoś dnia, pani Osłabędzka mówiła jak maszyna: (Biedna staruszka widząc prawdziwe cierpienie zięcia, okłamana przez niego, że sprawa poszła o dziecko, przebaczyła mu troszkę — nie bardzo, ale zawsze. Strzał księcia w Helę przedstawiono jej jako zupełnie dodatkową historję. Nie pytała nikogo i nikt nie śmiał jej nic powiedzieć.) „Czas leczy wszystko. Wiem ostatecznie, że nikt nigdy niczemu zupełnie winien nie jest i że cierpisz bardzo. Przebaczam ci, bo wiem jednak, że z początku ty kochałeś ją więcej i gdyby ona umiała inaczej tem uczuciem pokierować, nie doszłoby aż do tego. Może po jakichś pięciu latach rozeszlibyście się w zgodzie. Trudno. Przetrzymaj to i bądź szczęśliwy. Niech cię to nauczy cenić więcej czyjeś uczucia. Czas wszystko leczy. My się już nie zobaczymy — bo poco? Wątpię abyś chciał mieć jakieś pretensje finansowe...“ Tu Atanazy przerwał tę mowę wybuchem płaczu. Podała mu rękę. Nie śmiał powiedzieć jej prawdy — może i lepiej dla niej. Nie wiadomo.
Ale przyszły rzeczy nie do zniesienia. Musiał asystować przy sekcji zwłok, bo tak chciał umyślnie przybyły na tę ceremonję prokurator, który jeszcze coś podejrzewał, a miał jakieś dziwne przesądy na temat „krwi trupa, która rzuca się na zbrodniarza“. Krew się nie rzuciła. Ale Atanazy widział, jak z krwawego wnętrza Zosi (ukochanej niegdyś) wydobyto jego dziecko — był to syn, kilkomiesięczny Melchior Bazakbal, koloru kurzego pępka na surowo. Ten cios był już za ciężki. Nie zapłakał już na ten widok, ale zwalił się, jak podcięty, a oczy zasłoniła mu dobrotliwa czarność. Zemdlał na dobre po raz pierwszy w życiu i to było jedno z jego przyjemniejszych wspomnień z tego okresu, prócz paru godzin szalonego bólu zęba — wtedy nie czuł nic. Ale panowie ci zrozumieli wreszcie, że fizycznej zbrodni winien nie jest, a za moralną nie mieli prawa karać go.
Odbył się pogrzeb w prześliczny dzień marcowy, ostatni tego miesiąca. Góry świeciły czystym, świeżym różowym śniegiem, a i w dolinie było go dość. Miało się wrażenie pełnej zimy i Atanazemu przesunęły się w pamięci ze straszliwą jasnością wszystkie dni od jesieni, aż do dzisiaj, a szczególniej okres środkowy: sportów i opuszczenia Zosi. Mimo, że był zjedzony przez wyrzuty sumienia jak kawał sera przez robaki, na pogrzebie zachował maskę spokoju — ułatwiła mu to okazana mu przez panią Osłabędzką łaska: prowadził ją pod rękę za trumną. Zosię złożono na cmentarzu dla samobójców, tuż za murem cmentarza „prawdziwego“. Dla przykładu biskup nie udzielił pozwolenia i miał rację. Pomnik — szary, prosty, stylizowany trochę kamień, miał wykonać jeden z najlepszych uczniów Karola Stryjeńskiego, wezwany na ten cel umyślnie z Zakopanego.
Cierpienie dławiło Atanazego jak kat, rozporządzający dziką wprost pomysłowością torturową. Jak nie z tej strony, to z innej — zawsze umiało go podejść i jak najboleśniej uderzyć. Czuł to cierpienie prawie jaka realną osobę, mieszkającą w nim stale. Wychodziła czasem na chwilę, (może z jakąś potrzebą?) by wrócić natychmiast i znowu zacząć wszystko na nowo, za każdym razem gorzej, inaczej. Wyrzut sumienia, podany we wszystkich możliwych postaciach, rozrastał się w duszy włóknami, z których każde było nowym ośrodkiem bólu. Po powrocie z pogrzebu (była godzina 6-ta i góry jarzyły się cudownym dalekim żarem zaszłego dawno słońca) Atanazy, patrząc na wspaniały widok, oświadczył Heli, że żyć dłużej nie myśli. Był jak małe dziecko w tem, co mówił i jak się zachowywał i wzbudził mimo wszystko w Heli pewne matkowate (matczyne?) uczucia — nawet w niej, w tym notorycznym, bezpłodnym demonie. Jedynie pani Osłabędzka, która wyjechała wreszcie, pozostała zimną do końca. Ale i tak okazała dużo zalet, których przedtem nikt w niej widzieć nie chciał. Atanazy wspominał ją z pewnem uczuciem wdzięczności, mimo, że cierpienia ich były nieporównywalne, czego w żaden sposób uznać nie chciała.
Hela, nie zbliżając się do Atanazego (na jej dotknięcie reagował jak na rozpalone żelazo), zaczęła mu tłomaczyć łagodnie, aby poczekał do jutra. Twierdziła, że kryzys przejść musi, że nikt jeszcze z cierpienia samego nie umarł, że powinna lada dzień nadejść ta chwila, w której się coś przekręci i powoli zacznie się zdobywać przewagę nad wspomnieniami. Mówiła tak, wsparta na łokciu, patrząc smutnie na gasnący na szczytach, blado-pomarańczowo-czerwony poblask wieczornej zorzy. Atanazy spojrzał na nią, oddawna po raz pierwszy i poczuł, że kocha ją nad wszystko. Było to przykre, nawet wprost obrzydliwe, ale było to prawdą. Ale jakież otchłanie okropności były jeszcze między nimi! Któreż z nich zapełnić to zdoła i czem — nowem świństwem? Jakichż uczuć na to trzeba, aby zniszczyć prawie fizyczny wstręt do niej, wyrzut sumienia za zbrodnię zabójstwa niewinnej, kochającej go istoty i to obrzydzenie do siebie, to najgorsze… Czuł się tak, jakby pokryty był cały jakimś śmierdzącym, lepkim śluzem, czy ropą. A do tego ból tępy, nieznośny, bez miejsca, obejmujący zdawało się wszechświat cały. I ta pogarda, wyrażona w ostatnim liście, ten „policzek“, na którego wspomnienie palił się cały obrzydliwym wstydem bezsilnego tchórza. „Duchowi memu dała w pysk i poszła“ — powtarzał sobie zdanie z „Niepoprawnych“ Słowackiego. Nie — za wiele tego. Do jutra może dożyje, ale dalej…? Nie można żyć z tą męką. O Prepudrechu nie było mowy zupełnie. Łohoyski chodził ponury, okazując wyraźny wstręt do Heli i Atanazego, ale nie wyjeżdżał. Nie miał za co, a o pieniądze prosić nie chciał, w mieście zaś nic nie miał do roboty. Pracować? Ah, non, pas si bête que ça. Wogóle bogactwo Bertzów traktowało się jako coś samo przez się zrozumiałego i używalnego bez wielkich nawet wdzięczności. Raczej miałoby się do nich pretensje, gdyby byli nie tak uprzejmi i gościnni, niż wdzięczność że takimi byli. Jak raz już ustali się taki stosunek, niema na to żadnej rady. Łohoyski powrócił znowu do uwodzenia młodych górali, a nawet zaczął pisać w ludowym djalekcie coś w rodzaju popularnego „Corydona“ dla klas niższych: „Djalog gazdy z djabłem o zadku“ — taki miał być tytuł tego dzieła. Pomagał mu w tem Jaś Baraniec, nawrócony zupełnie na nową wiarę w „wyższą“ przyjaźń. Prepudrech,(o którym nie mówiono) przewieziony został do więzienia w prowincjonalnej stolicy. Chociaż przez cały czas pobytu jego w Zarytem posyłano mu obiady i kolacje z willi, które przyjmował, odmówił stanowczo widzenia Atanazego i żony. Najwidoczniej dziwaczał coraz bardziej pod wpływem „twórczości“. Napróżno namawiała Hela Atanazego do wyjazdu. Ciągle twierdził, że do jutra nie dożyje — ale „dożywał“ i nareszcie na dziesiąty dzień poczuł, że jest mu jakby troszeczkę lepiej. Już widok piękna natury nie sprawiał mu tego palącego bólu, z powodu uświadomienia sobie, że tego samego właśnie co on, nie widzi zamordowana przez niego Zosia. O niedoszłym synku swym, koloru świeżej wątroby (?), nie myślał już prawie wcale. Powoli zaczynał znajdować ulgę w zapatrzeniu się na jakieś „kotki“ na wierzbie na tle nieba, lub skały obnażone na szczytach, świecące o zachodzie ciemno-buro-malinową czerwienią. Zasypiał też czasem w nocy. Ale za to wpadł w zupełną prawie abulję — wola osłabła w nim do tego stopnia, że trzeba było go karmić i ubierać nawet — tem zajmował się „butler“ Ćwirek. A był tak piękny (Atanazy nie Ćwirek) w tem cierpieniu, że Hela zaczęła się powoli niecierpliwić. Jej zmienna, burzliwa natura zbuntowała się wreszcie przeciw poddawaniu się „takim rzeczom“.
Któregoś dnia wstała z łóżka i ubrała się w piżamę purpurową z deseniem stylizowanych czarnych krzewów hyalisu ze złocistemi owocami i otworzyła okno. Był ciepły kwietniowy poranek. Wiosna wisiała w powietrzu, ptaszki ćwiergoliły wesoło, a słońce grzało, jak latem. Tylko ziemia wiała jeszcze w cieniu zimowym chłodem i rano kałuże i brzegi potoczków pokrywały się lodowem szkliwem. Z okna o parę kroków na prawo wysunęła się głowa Atanazego.
— Panie Taziu — (byli ze sobą teraz na „pan“ i „pani“) — niech pan zaraz tu przyjdzie. Mam panu coś ważnego do powiedzenia.
— Jestem nieubrany — brzmiała niechętna odpowiedź.
— To nic nie szkodzi. Proszę zaraz tu do mnie. — „Krzyczy jak na psa. Ja jestem naprawdę jak biedny, obity, parszywy pies na łańcuchu“, myślał Atanazy z głębokiem współczuciem w stosunku do siebie, przyczesując swoje wspaniałe, lśniące, czarne włosy o zapachu miodu, jakichś rzadkich grzybków i jeszcze czegoś nieuchwytnego — (to przynajmniej o nich twierdził Łohoyski.). Czuł się dziś trochę lepiej i robił sobie na ten temat srogie wyrzuty. Jeszcze nie wycierpiał się dostatecznie, nie „wypokutował“ ani setnej części win, a tu już mu było lepiej! „A jednak jestem podły. Gdybym przynajmniej mógł usprawiedliwić życie w innym wymiarze choćby tak jak ten biedny Azio, gdyby coś z tego powstało, psia-krew! A tak nadarmo zginęła, biedactwo!“ Jakkolwiek wskutek wyjazdu ze stolicy i aktualnej rewolucji, która zatrzymała się na stopniu 2-gim, wszelkie społeczne aspiracje Atanazego skurczyły się i zmalały, to jednak teraz, na wieść, że tam znowu coś się gotować zaczyna, uczuł pewną ulgę. Cierpienia jego straciły na ważności i poczuł, że bądźcobądź, jest członkiem społeczeństwa, jeśli już nie narodu, o czem nawet marzyć nie mógł, tak dla wewnętrznych, jak zewnętrznych powodów. Można będzie może zginąć w tem wszystkiem w jakiś twórczy sposób, a może nadarzy się jakaś sposobność dokonania czegoś doniosłego. Straszne miał zamięszanie w głowie na ten temat, a Hela, jako instrument zniszczenia straciła chwilowo na tle wypadków całą swoją wartość. Leniwie ociągając się poszedł do niej, myśląc z pewną przyjemnością, że ma ją jeszcze w rezerwie przed ostatnią z rezerw — śmiercią.
— A teraz niech pan mnie słucha uważnie i niech pan nie będzie już tak ogłupiały cierpieniem, bo mnie nudzi już to wszystko! — Tupnęła nogą w nagłej złości. Jakże prześliczna była w swym gniewie! Z wyrzutem sumienia, dobytym z najgłębszych, zapleśniałych kryjówek ducha, przyznał się do tego Atanazy, że ją podziwiał, a może nawet... ale nie — dosyć i tak. — Dziś wieczorem wyjeżdżamy stąd. Ja nie chcę być tu podczas sprawy Prepudrecha — za tydzień będą go sądzić — a i panu nie będzie przyjemnie: wszystko zostanie wywleczone na nowo. Jak pan jest takim jak teraz, to doprawdy nie wiem, czy się cieszyć czy martwić, że ten osioł nie zabił mnie wtedy. Czyż nie widzi pan, że w panu tylko jest dla mnie cały urok życia. — Ostatnie słowa wypowiedziała z hamowaną namiętnością, a może czemś głębszem nawet. Przez twarz Atanazego przeleciał jakiś bury płomień, ale zgasł zaraz w zaroślach więdnących już cierpień. — A po drugie zaczyna być wogóle niedobrze. Jakkolwiek oni mówili, że są najwyższą marką, bo kraj nasz — to jest wasz — wtrąciła lekceważąco — jest rolniczy i że niweliści nie mogą znaleść tu miejsca do zapuszczenia korzeni na stałe, jednak papa pisze, że nie jest tak dobrze, jak myślał. Agitacja wśród „miejskiej biedoty“ wzrasta, wskutek niemożności szybkiego przeprowadzenia podziału i zorganizowania kooperatyw rolnych. Wszystko to nudne jest jak jakaś weneryczna choroba — przynajmniej tak to sobie wyobrażam. Ach panie Taziu: czemu wszystko, co dobre, jest takie śmiertelnie nudne! Ja chciałam być dobra: robiłam, co mogłam — to jest ciągle jedno i to samo: jedna wielka, szara, wszawa masa — dobra, ale wszawa. Ja już nie mogę... Trzeba będzie oddać pałac i tę willę — papie zaczynają mieć za złe różne rzeczy, że korzystając ze swego stanowiska — ale mniejsza o to — wobec tego, co mamy zagranicą to jest kropla w morzu...
— Ja się zgadzam z tem w zasadzie, ale nasze zło jest na małą skalę. Dawniej było twórczem, w epokach rozkwitu indywiduum: tworzyło siłę mas i dobro przyszłości, które nas zanudza. Ojciec pani, demon I-szej klasy, musi być dobrym dla biednych chłopów, o ile chce być czemś dzisiaj. Niweliści muszą być źli tylko dla konających resztek dawnego indywidualizmu. A źli ludzie dzisiejsi, małe pluskiewki i glistki: bandyci i złodzieje, siedzą po więzieniach. Zostają jeszcze interesy, ale nawet w wielkich aferach trudno jest dziś być złym na wielką skalę — i to się kończy na szczęście. A cóż dopiero my: odpadki bez określonego zajęcia...
— Mniejsza o to. Musimy dożyć nasze życia do końca. Ja nie oddam pana na to, żeby pan się tu dał rozlizać tym wszystkim cierpieniom. Pan ma więcej siły, niż panu się wydaje — ja wiem. Proszę się zaraz pakować. Mam wszystkie paszporty, pozwolenia i pełnomocnictwa. Papa przysłał wczoraj. Załatwiłam bez pana wiedzy. Jest pan księciem Prepudrech — papa może wszystko. A zresztą chcę wyjść za pana za mąż — dokończyła śmiejąc się niepewnie.
— A ja się stąd nie ruszę. Tu jest jej grób. Ja nie mogę. Niech pani jedzie. Ja tu skończę najlepiej i przynajmniej zniknie dla pani problem mojej egzystencji. — Mówił tak, wiedząc, że jest to absolutnie niewykonalne — ale tamto było również niemożliwe: sytuacja bez wyjścia, lub „z wyjściem na wieczność“, jak to napisał jako dedykację na jakiejś książce swojej Miciński.
— Ja pana kocham, panie Taziu — (pierwszy raz ten demon wymówił te słowa) — pana jednego na życie całe. Ja mam dwie drogi przed sobą: albo pan, albo klasztor, a w ostateczności niweliści — i może Tempe, o ile go do tego czasu nie rozstrzelają. Na razie pan przeważa klasztor i niwelizm razem wzięte. Czyż to nie komplement? Zdaje się, że naprawdę pierwszy raz w życiu i ostatni zdaje się kocham — i to pana. Niech pan zaraz idzie się pakować. Pociąg pośpieszny do Kralovanu mamy o 3-ciej popołudniu. Do stacji daleko — ciężarowe auto nie pójdzie prędko po takiej drodze.
— Panno Helu: (nie wiadomo czemu mówił: „panno“) czy pani wie co to znaczy mieć taki wstręt do siebie, jak ja mam? Jestem gorzej niż nic — jestem jakiś ohydny robak, soliter czy motylica.
— Tak, we mnie. Ja się nie brzydzę panem. Czy panu to nie wystarcza?
— Pani sama pomniejsza się w moich oczach, mówiąc tak do mnie...
— Co?! — Fijoletowa błyskawica mignęła w oczach Heli i oczy te, przepiękne w wybuchu wściekłości, skosiły się jeszcze bardziej. Jakże cudowna była w tej chwili. Gdyby nie ten okropny samowstręt, przyprawiający o zupełną psychofizyczną bezsilność, zgwałciłby tę „Królową Małej Azji“ natychmiast. Hela, w zimnej pasji, spokojnie, pewnym ruchem zdjęła karminową, z byczego surowca, szpicrutę, ze skomplikowanego wieszadełka zrobionego z murzyńskich spódniczek z Kongo, koloru cynobru. Świsnęła giętka wstrętna rzecz i Atanazy poczuł piekielny ból w policzku. Rzucił się, ale był osłabiony głodem i cierpieniem — od dwóch tygodni nie jadł prawie nic. Hela chwyciła go lewą ręką za włosy, prawą biła co tylko sił starczy, wszędzie, bez wyboru, zupełnie nie na żarty, gorzej niż psa. Ogarnął ją szał. Atanazy wył z bólu, ale była w tem rozkosz. Osłabł tak, że objąwszy ją, wpółklęczącą w powietrzu, nie mógł jej wywrócić. Hela biła dalej jak opętana. Usta jej wykrzywiły się, z pod szerokich warg błyskały drapieżne zęby. Z początku biła na zimno, programowo: chciała czemkolwiekbądź oddziałać na kochanka: wiedziała już teraz, że jest w nim coś masochistycznego, wiedziała, że jak raz mu się odda — będzie uratowany: trzeba było przerwać to uczucie wstrętu do siebie. Ale zacząwszy raz bić zasmakowała w tem. Siły jej wzrastały w miarę tego łupienia i zaczęło ją ogarniać potworne, nieznane jej dotąd podniecenie, chęć jakichś rzeczy strasznych, do morderstwa włącznie, nienasycenie ostateczne, bydlęce — była przepiękna. Widocznie stan ten był zaraźliwy: skatowanego Atanazego wstrząsnął nagle dreszcz piekielnej żądzy — ból znikał, przeradzając się w warjacką erotyczną wściekłość. Stało się coś niewyrażalnego... „No — teraz on mi pokaże“, pomyślała Hela resztkami świadomości, omdlewając w jego straszliwych uściskach. „Odzyskał siły biedaczek, kochanie najdroższe...“ Teraz on bił ją całem ciałem, wszystkiem — och, nigdy nie czuła jeszcze nic takiego. Ciało jej rozrywało się, coś niepojętego miażdżyło ją w bolesną miazgę niedoścignionej rozkoszy. Oboje w zupełnem rozbestwieniu krzyczeli niewiadome słowa: „głuche i poszarpane“. Spełniła się nareszcie ofiara ich miłości. Ale jeśli taki był początek, jakie otchłanie mąk i rozkoszy czekały ich jeszcze? Bo przecież nie mogło słabnąć to świństwo. — Wtedy nie warto żyć. Atanazy był uratowany: obudził się jakby z okropnego snu. Nowe życie otworzyło swe bramy, cały świat zmienił się nagle do niepoznania. Zamordowane znienacka w bestjalski sposób cierpienie, wydało swój wspaniały kwiat nowych uczuć. Tak przynajmniej im się zdawało.
Kiedy szli do miasteczka (właściwie bez powodu, niby to po jakieś sprawunki) w przepiękne kwietniowe południe (Atanazy z czerwono-siną pręgą przez lewy policzek, ona ze spuchniętemi, poranionemi wargami) patrzyły na nich błyszczące niepokalaną białością świeżego śniegu szczyty i niebo palące się gorącym, fijoletowym błękitem. Ironicznem spojrzeniem zdawał się żegnać ten zaklęty świat gór nieszczęsną parę szaleńców, chcących okłamać własną pustkę wyuzdaniem zmysłów; uciekających od samych siebie w nieznaną dal odległych krajów — prawdopodobnie napróżno. Ciała ich były poranione, zmiętoszone, wycieńczone i mdłe (szczególnie zbity jak pies Atanazy nie miał jednego miejsca, któreby go nie bolało, jak narywający wrzód) ale dusze, po raz pierwszy ulitowały się nad sobą i gdzieś pozornie daleko, w tych zaświatach, które każdy ma w sobie zawsze na zawołanie, połączyły się nareszcie w cichem szczęściu. Cała małość życia, jego przypadkowość, okłamane wielkie okrucieństwo i bezwzględność uciekły w przeszłość, spowitą w nieludzkie cierpienie.
— Ty myślisz, że tylko ty cierpiałeś. Moje życie było jedną wielką męką. Naprawdę przestałam pożądać śmierci dopiero wtedy, wiesz? — po ślubie. Tego, co ty mi dajesz nie mógłby dać mi nikt. — „Tak“, myślał smutnie Atanazy, „czasem przez erotyczne świństwo wzbija się człowiek ponad siebie. Wszyscy jesteśmy warjaci, chcący uciec za jakąbądź cenę od rzeczywistości. Dzisiejsza rzeczywistość jest dla pewnych typów nie do przeżycia. Nie wiemy tylko czasem, jak wyzwolić się z nas samych, stwarzając absolutną zgodę ducha ze samym sobą. Cóż jestem winien że potrzebuję tego, aby ona mnie biła? — jeśli potem mogę być tam, gdziebym bez tego dostać się nie mógł.“ Chwilowy stan zanarkotyzowania, po okresie męczarni, brał Atanazy za objawienie nowego świata w sobie. Zmęczonym, ogłupiałym mózgiem nie mógł skontrolować istotnych wartości przeżywanych stanów. Rozpoczynało się wymarzone zniszczenie. Hela przynajmniej nie kłamała: dla niej istotnie było to na razie wszystkiem. Mijali więzienie, gdzie niedawno siedział biedny substytut męża z czasów pokuty, Prepudrech, którego rolę miał teraz odegrywać Atanazy — (trochę głupio czuł się jako książę perski, ale trudno — czego się nie robi dla interesującego zniszczenia siebie.) Drewniane, świeżo-sklecone budy, świeciły jasno-żółto w wiosennem słońcu. W cieniach panował jeszcze chłodek, przypominający tylko co przeszłą zimę.
— Nic go nie żałuję — mówiła Hela. — Nie powieszą go napewno. A teraz on naprawdę gotów zostać wielkim artystą, jak się trochę skupi i zizoluje od życia. Ja przyjaźń dla niego zachowam. Pozwolisz, Taziu? —
— Ależ naturalnie. Ja nie jestem zazdrosny. Jesteś zbyt bogata wewnętrznie, żebym mógł mieć do ciebie pretensję, że rozdajesz swoje skarby. Ale gdyby nie to, co było dziś, nie wiem czy byłbym tak bardzo pewnym siebie — uśmiechnęli się do siebie bestjalsko.
— Nie myśl że tylko dlatego. Ja cię kocham. To tylko podnieca moją miłość, nie wiem jak to wyrazić: chciałabym cię duchowo pożreć. Tak niedawno to było, a już jestem zła: już teraz chciałabym cię męczyć. Jesteś jedynym na świecie całym. Któż mógł mi dać to. — Wiosenny wietrzyk, ciepły i łagodny jak pocałunek dziecka, muskał ich twarze, gdy spojrzeli na siebie głębokiem, bydlęco-tragicznem spojrzeniem, w którem była śmiertelna trwoga o trwałość tych uczuć, tego całego świństwa. Wiedzieli, że rozpoczęli zabawę niebezpieczną, ale stawka, to jest życie całe, nie przewyższała tego co być jeszcze mogło. W najgorszym razie śmierć. A czyż nie gorszą jeszcze byłaby nuda normalnego życia w jakimś „cichym domku“, bez tej właśnie kombinacji uczuć? Ale przychodziły jeszcze chwile okropne (nie dla niej, tylko dla niego), kiedy zabity wyrzut sumienia wstawał na nowo z martwych i patrzał mu w oczy oczami zmarłej żony. A czasem znowu duch Zosi, w jakiejś nieuchwytnej formie (ona sama jako taka, ta była żywa, stała się prawie czemś nierealnem — jakimś prywatnym mitem) zawalał się na cały psychofizyczny horyzont: z równą siłą na duchowe wnętrzności, jak i na cały świat i wtedy nie było ucieczki: Atanazy starty na miałki proszek, wstrętny ekskremencik niewiadomej, ale bardzo marnej istoty, rozwiewany był na wszystkie strony wichrem zupełnego zwątpienia w wartość czegokolwiekbądź w sobie i poza sobą — to było najgorsze, że na zewnątrz nie było za co się uchwycić — zostawała tylko Hela. — Szklannej rurki bał się jeszcze jak ognia: jakiż potworny mógłby być ten stan potem, jeśli wtedy... O Boże, kiedy żyła ona... I cóż z tego? Czyż miljon razy, gdyby miljon razy żył, nie postąpiłby za każdym razem tak samo? A na to znowu przychodził piekący wyrzut sumienia i królował sam, wszechwładnie, niepodzielnie, już niewiadomo gdzie, bo zdawało się, że naprawdę nic niema. Czyż cała metafizyka, żądza religji i wynikające stąd absolutne nienasycenie, chęć śmierci, czyż wszystko to miało być sprowadzone do paru przewrotnych pocałunków, paru uderzeń, ugryzień, paru niby-zgwałceń? Hela nie czuła dysproporcji tych elementów — gdyż tamto zostało jakby w „tle zmięszanem“ i nie istniejąc jako takie samo dla siebie, dodawało uroku każdej chwili: Atanazy zastępował jej całą skomplikowaną metafizyczną maszynerję dawnego życia — ale dla niego jego własna „jaźń“ zdawała się czasem cienko rozsmarowanem świństewkiem na obojętnej, metalowej płycie „konieczności, aby coś było“ — tem pojęciem określał niemożność przyjęcia Absolutnej Nicości. Takich chwil zmiennej męczarni miał już kilka od czasu gdy wyszli z domu, ale sam zdumiewał się nad tem, jak po tych erotycznych okropnościach zbladł cały ten świat tortur — jakiś świt nikłej nadziei jaśniał gdzieś za czarną, poszarpaną granią ponurych szczytów męki, otaczających codzienne piekiełko.
Hela nie miała żadnej samoistnej filozoficznej koncepcji. Umysł jej był tylko miejscem skrzyżowania wszystkich możliwych systemów, ale swego własnego nie mogła wyprodukować i cierpiała nad tem bardzo. Dlatego lubiła niejasne dywagacje Atanazego, pobudzające ją do ściślejszych sformułowań, dlatego to tak łatwo nawrócił ją Wyprztyk przy pomocy „trick’u“ (jak to nazywała teraz) z niedoskonałą filozofją i doskonałą religją...
I oto właśnie na skręcie modrzewiowej alei, wiodącej do miasteczka, ukazała się nagle wysoka postać w cywilnem ciemnem ubraniu: już po wiatrakowych ruchach można było zdaleka poznać księdza Hieronima. Rzucili się oboje do ucałowania ręki, ale on wyrwał się im ze wstrętem — jakkolwiek gest ten był nieco przesadny i przesadzony. Jako znający na wylot dusze tych czworga (tylko co do szczerości nawrócenia Heli miał pewne złudzenia) z łatwością mógł był odwrócić od nich nieszczęście, uświadamiając każdego i każdą zosobna co do czekającego ich losu. Ale cóż: tajemnica spowiedzi — nikt temu rady nie da. A jednak...
— Jestem tu incognito. Przyjechałem zrobić objazd wsi i zbadać sytuację. Myślę czy tu nie przenieść mojej działalności, między tych autochtonów górskiej krainy, którą w młodości tak kochałem. Jestem przecie z tych stron — tylko trochę poniżej — tam — wskazał dalekie, lasami porosłe Beskidy, majaczące w błękitnej mgle na północy. Atanazy czuł się bardzo niewyraźnie — jak chłopiec złapany na kradzieży jabłek, czy coś podobnego. Zaczął mówić, aby ukryć zmięszanie:
— Zdaje mi się, że wskutek zwlekania z podziałem ziemi i nędzy po wsiach, chłopi tutejsi raczej oświadczą się za niwelizmem. Jeszcze nie są zdecydowani, ale już czuć pewną zmianę, choćby w stosunku do nas. —
— Tak myślisz, synu — mruknął ksiądz i zamyślił się. — Oto jedyny kącik ziemi, do którego miałem zaufanie i tu nawet nie mogę być pewnym z moim klasztorem. Ha — trudno: trzeba będzie zdjąć sutannę i czynić dzieło Boże pokryjomu. Męczeństwo dla formy zewnętrznej jest rzeczą śmieszną. Jeśli trzeba będzie, zostanę nawet pozornie niwelistą. To dla nich wielka gratka — nawrócony ksiądz. W razie czego, inteligencja niema być tępiona, tylko przeflancowywana — haha! Tak piszą oni w swoich orędziach.
— Czy ojciec przypuszcza, że aż tak daleko wszystko już zaszło?
— O, daleko. Nie widzą tego tylko ci, co stoją dziś u władzy — i twój papa także, Helu. Minęły czasy bezpłodnych męczeństw. Wierzę, że kościół na długi czas stanie się instytucją podziemną, jak za czasów pierwszych chrześcijan. I nie myślcie, że to ze strachu przed torturami czynię. Nie — napisałem już o tem memorjał do Rzymu. I zdaje się, że na wypadek chwilowego zwycięstwa materjalizmu, na świecie całym nastąpi taka mimikra religji — nietylko naszej, ale i innych — a potem przyjdzie dopiero ostateczne zwycięstwo naszego kościoła. W Indjach nawet ruch antyreligijny zaczyna zyskiwać na sile — razem z anglikami pokonają siebie samych te hindusy. — Nie chciało się Atanazemu przekonywać Ojca Hieronima, że ulega tylko złudzeniom. Według niego nie była ta kompromisowość chwilowem zamaskowaniem w celu obrony na daleki dystans, tylko raczej symptomem zupełnego upadku.
— A jaki jest stosunek ojca do nas pod względem życiowym? — spytał.
— Widzicie dzieci: wy nie żyjecie w stolicy i nic nie wiecie co się dzieje — odpowiedział wymijająco ksiądz. — To znaczy: wiecie z gazet, ale nie przeżywacie atmosfery. Ja jestem po stronie przeciwnej, ale muszę przyznać, że jest w tem pewien odcień wielkości. Straszliwa epoka mówię wam. Wy tu, pod opieką córki „ziemiodzielca“ jesteście na razie jak pod kloszem.
— No, nie bardzo. Mówię ojcu...
— E, co tam. Nie macie pojęcia o ogólnym sosie, w którym pławimy się my. Mówią, że właśnie tu niweliści nie dadzą rady i że stworzycie osobną republikę.
— Chyba alkoholiczno-dancingowo-sportowo-suchotniczą, z dodatkiem jeszcze sztuki stosowanej. To są brednie, proszę ojca. Ale nie odpowiedział ojciec na poprzednią kwestję: jak ojciec patrzy na zmianę naszego życia? —
— No cóż — jeśli koniecznie chcesz, to owszem: jesteście pospolici zbrodniarze. Ty Atanazy zabiłeś dwoje ludzi, ona ci tylko w tem pomogła. Wiem, że teraz musisz cierpieć okropnie z powodu upokorzenia — przed samym sobą. I uważaj żebyś nie został pospolitym alfonsem. Mało jest już w tobie materjału na człowieka. Wypalisz tę resztkę i zabijesz się — taki będzie koniec. A ona zostanie niwelistką, jak Bóg na niebie — czy się zabijesz, czy nie. A to co? — spytał przypatrując się prędze na policzku Atanazego (wogóle nie patrzył dotąd na nich wcale). — Czy już cię bije ta czarownica jako narzeczona! Cha, cha! — Atanazy zaczerwienił się.
— Skąd ojciec wie o tem? To niesłychane... —
— Jesteś dziecinny — to jeszcze twoja jedyna obrona. Tylko nie udawaj przed sobą więcej dziecinnego, niż jesteś. Ona jest szczęśliwa teraz, ale ty nie nasycisz jej serca — to bezdenna próżnia, której nic zapełnić nie zdoła: zwątpiłem w możność jej nawrócenia teraz. Może, może po latach. Ja was tak znam, jak własne gangliony. Mógłbym wam opisać dokładnie przebieg waszego dnia, tylko nie chcę babrać się w świństwach. Mówić do was teraz byłoby zupełnie zbytecznem. Ale kiedyś wpadniecie w moją norę mrówkolwa. Otóż to: wszystko to długo trwać nie będzie i z powodów wewnętrznych i zewnętrznych. Ty, Atanazy, nie jesteś tak wielka świnią, żebyś w tem długo wytrzymał — nie wiem, muszę się przyznać, że jest w tobie coś tajemniczego.
— Metafizyczna istota bez formy — wtrąciła Hela.— Dziś jedziemy do Indji.
— To na wiele wam się nie zda. Myślicie, ze uciekniecie przed waszemi problemami, wyjeżdżając w podróż — one pojadą za wami. A może w Indjach silniej jeszcze wszystko to się rozwinie. Jak widzicie złagodniałem bardzo — takie czasy. Mimicry — rzekł tajemniczo i nie żegnając się, odszedł od nich, wymachując rękami.
— A może ojciec pozwoli do nas na ostatni obiad? Będzie murbja na zimno — krzyknęła za nim Hela. Odwrócił się.
— Nie — wybaczcie, ale nie. Mam do was wstręt nie do przezwyciężenia. — I odszedł.
— Boję się czegoś — czemu on nam właśnie dziś przeszedł drogę — szepnęła Hela.
— On jest jednak wysłannikiem wyższych potęg.
— Z nim odeszło odemnie tamto życie na zawsze — nie wróci już. Jedyny Bóg opuścił mnie definitywnie — tu, na tej drodze.
— Tylko w walce z czemś wyższem od nas jest jeszcze jaki taki urok życia — w nas, czy poza nami. Powiem ci otwarcie, że uważam cię za coś wyższego odemnie — w pewnym sensie: wiem, że tobie właśnie mogę to powiedzieć. Ale nie obraź się: jest to wyższość jakby zwierzęca, rasowa — poza intelektualną, którą też ci przyznaję. Przed inną kobietą nie zdradziłbym tego nigdy.
— Przed inną! Drugiej takiej jak ja niema na całym świecie. Wiesz co ci chciałam powiedzieć: na temat miłości wszystko jest już powiedziane, jeśli nie w życiu, to w książkach — mówienie o tem — to obowiązkowe — uważam za objaw złego smaku — nie mówmy już o tem nigdy — chyba, że będzie to absolutną wewnętrzną koniecznością.
— Zgadujesz moje myśli. Prawie w tej chwili to samo myślałem, tylko nie śmiałem ci tego powiedzieć — kobiety lubią... —
— Ach tylko nie mówmy o kobietach wogóle. Na drugi raz „śmiej“ — mów co ci tylko na myśl przyjdzie. Między nami nie może być żadnego skrępowania — możemy sobie pozwolić na wszystko.
Kwietniowe słońce budziło powoli zdrętwiałą ziemię. Ta sama fala promienistego ciepła, buchając z oddalonego o biljony kilometrów pieca, objęła wszystko tym samym uściskiem i budzącą się do życia trawkę i starego autochtona i jego krowę, którą wyszedł przegnać po zimowem więzieniu i śnieżne szczyty, promieniejące metalicznym blaskiem na tle kobaltowego nieba i tę parę skazańców, uciekających przed ich wspólną męczarnią w daleki, obcy świat. Było to banalne, ale prawdziwe. Raczej, nie była to prawda zrozumiała, tylko najzwyklejszy fakt, zrozumiany od wewnątrz jako najdziwniejsza dziwność. Zdarza się to niezmiernie rzadko — inaczej zresztą normalne życie byłoby niemożliwem. Cała małość zniknęła. Czuli przepływający koło nich czas, zatrzymani nad nieskończoną wklęsłością wieczności przez to samo uczucie — stopienia się z całym światem — które ich też spoiło w jedność. „Gdyby tak wszystko odrazu to samo poczuło, świat przestałby istnieć“, pomyślał Atanazy, ale nie śmiał powiedzieć tego głupstwa obkutej w filozofji Heli. Możliwe, że była to wielka prawda naiwnie wyrażona — „pojęcie Istnienia implikuje pojęcie Wielości“ — powiedziałaby Hela w swoim filozoficznym żargonie.
Żal im było teraz (po rannym ataku szału) rozstawać się z tą smutną, górską wiosną, ale oczekiwane zdarzenia polityczne wisiały już nad głowami, jak złowroga burzowa chmura. A z chwilą dojścia niwelistów do władzy można było oczekiwać wszystkiego: oprócz zarżnięcia mogło być i uwięzienie, a w najlepszym razie niemożność wyjazdu zagranicę. Postanowili nie brać Łohoyskiego i wyjechać w tajemnicy przed nim — (od rana wyszedł na swoje eksploracje i miał wrócić dopiero późnym wieczorem) — mianując go przez Ćwirka opiekunem willi Bertz. O 7-ej wieczór stali już w oknie sleepingu Orient-Ekspresu, żegnając ulatujący pejzaż. Migały przed nimi przykarpackie wzgórza w czerwonawym mroku zapadającego wieczoru. Tam w szarej dali za nimi zostawał ich kraj — raczej jego: Hela była już kosmopolitką zupełną — rozszarpany, jak jedna wielka rana. Nad tą raną unosił się tylko cień Zosi, (który zdawało się opuścił Atanazego w tej podróży), i piętrzył się u władzy żywy (jeszcze) stary Bertz — jedyne rzeczywiste istoty, które zostawiali za sobą. W tej chwili nie obchodziło ich to wiele — byli szczęśliwi. „Teraz albo nigdy, spełni się moje przeznaczenie“, myślał Atanazy, czując gdzieś na dnie, że popełnia fatalny błąd, przenosząc środek ciężkości wszystkiego na zewnątrz, licząc na zmianę miejsca, nową miłość i przypadek. Ale nie chciał zbyt wyraźnie uświadamiać sobie tych prawd. Nie wiedział, że stany, które przeżywał dziś rano, miały powrócić ze zdwojoną siłą — był zanarkotyzowany. Na razie podróż z Helą, i to do wymarzonych od dzieciństwa Tropików, pokryła wszystkie wątpliwości — nawet problem alfonsostwa usunął się w „tło zmięszane“ — czuł się teraz dosłownie jak pocisk wypuszczony z działa — nareszcie „myśliciel“ ten przestał na chwilę myśleć.

Informacja

[Nie przeczuwał tego wszystkiego Prepudrech i pewny był, że zobaczy swoją żonę i przyjaciela ich „domu“ na rozprawie. „Cóż to za wspaniała rzecz sztuka! Gdyby to wszyscy wiedzieli, wszyscy zostaliby artystami“, — myślał czasem z wdzięcznością w stosunku do Ziezia, a także Łohoyskiego i kokainy w ów wieczór, kiedy po raz pierwszy zdobył się na odwagę przedstawienia swoich bzdur tak wielkiemu „mogołowi“ jak Smorski. Nie wiedział, że nie jest już artystą w znaczeniu dawniejszem, jak jego mistrz — nie miał kryterjów, aby to sprawdzić. Jako uboczny produkt pragmatycznego stosunku do świata powstawała tego rodzaju sztuka (ostatni typ już na tej planecie) nie jako twórcza konieczność przeżyta do głębi, nie wypuszczona przez tak zwany „metafizyczny pępek“ (bezpośrednio dana jedność osobowości), nie przepuszczona nawet dostatecznie przez pokręconą sferę myśli i wyobrażeń, tylko zrobiona, sfabrykowana raczej, przez prawdziwy nawet talent z pomocą artystycznego intelektu, a nawet tego zwykłego, spekulatywnego. Wkrótce po przewiezieniu z powodu braku oddzielnego miejsca przeniesiono obojętnego jak tłomok księcia do innego więzienia, gdzie siedziała wyższa marka tej klasy ludzi: przestępcy polityczni. Nie można było trzymać muzyka tej miary i w dodatku księcia między zwykłymi zbrodniarzami. Chłopomani odznaczali się programową względnością osobistą wobec ci devant aristos — również pewna forma snobizmu. Rozprawa miała się odbyć niedługo, mimo, że główni świadkowie uciekli zagranicę. Ale co to kogo w tych czasach obchodzić mogło. W prowincjonalnej stolicy dopiero poznał Prepudrech rozkosze prawdziwego więzienia i zaznajomił się gruntownie z niwelizmem, siedząc, podczas śledztwa jeszcze, w jednej celi z Sajetanem Tempe, z którego ważności, mimo przypadkowego uwięzienia w jakiejś pomniejszej organizacji, nikt sobie wtedy sprawy nie zdawał. Miał szczęście ten przeklęty Tempe, że najwięksi jego wrogowie zginęli w pamiętnych dniach listopadowych. Jeden stary Bertz wiedział coś o tem, ale milczał na wszelki wypadek, ze względu na niepewną przyszłość. Tam to definitywnie stał się Prepudrech artystą i zaciekłym niwelistą jednocześnie. Czego nie dokonało samo uwięzienie dokończyły rozmowy z Sajetanem, którego djalektyka była nie do odparcia. Czekali obaj przewrotu jak zbawienia. Wkrótce rozeszły się ich drogi: Tempe pozostał w więzieniu śledczem, a skazany (dzięki interwencji poczciwego Bertza, a pośrednio i Heli) tylko na dwa lata, książę (obecnie towarzysz Belial in spe), przeniesiony został do „zakładów poprawczych“ w Górach Świętokrzyskich. Wyrok zniósł spokojnie jak prawdziwy artysta. Ale odjechał z obietnicą Tempego natychmiastowego uwolnienia go w razie zwycięstwa niwelistów. Obiecywał sobie, że nawet dwa lata wytrzyma, a całą młodą energję włożył w niepohamowaną twórczość muzyczną. O Heli, od chwili wystrzału, nie myślał prawie zupełnie. Jakoż Tempe dotrzymał swego przyrzeczenia. Już w kilka miesięcy towarzysz Belial opuścił miejsce kaźni z plikiem takiej marki utworów, że zaraz prawie mianowany został Głównym Komisarzem dla muzyki — ale o tem później.
Łohoyski, zostawszy sam w willi Bertz, z pensją wypłacaną mu przez „butlera“, z właściwą tylko prawdziwym arystokratom zdolnością przystosowywania się, rozpoczął życie zupełnie już fantastyczne. Zmienił przedewszystkiem kompletnie swoją ideologję i stał się czemś, nie dającem się wtłoczyć w żadne kategorje. Nazywał to „pluralizmem życiowym“, a jedyną jego ulubioną lekturą stali się teraz William James i Henryk Bergson. Reszty dopełniały szalone orgje z autochtonami i dodatkowy, prawie że idealny stosunek z Jagniesią Hlusiówną, którą pocieszał jak mógł po stracie jedynej jej miłości: księciu Azalinie Prepudrech. Powoli ale systematycznie odzywała się w nim krew matki, obłąkanej księżniczki rosyjskiej z Rurykowiczów. Marzył o kokainie, ale napróżno. Ciężkie nastały czasy dla „drogistów“ — za sprzedaż tego „szlachetnego narkotyku“ naznaczona była kara śmierci. Zamknęło się nad nim wieko powszedniejącej z dnia na dzień rewolucji. Wszyscy ginący ludzie przyzwyczajali się powoli do tego stanu chronicznego kryzysu. Przeżyć dzień, zapełniając go byle czem, byle tylko nie myśleć o tem, co będzie — to było głównem zadaniem. Niektórzy, zupełnie nawet obcy niwelistycznemu ruchowi czekali nowej „awantury“ z upragnieniem, ponieważ ten stan rzeczy zaczynał być sam w sobie nudny. Na podstawie tej psychologji i nędzy, niwelizm zdobył sobie tylu wyznawców wśród upadającej inteligencji, tembardziej, że obiecywano jej przedstawicielom, że zostaną „zużytkowani“.
Zdaleka od tego nowego centrum społecznych eksperymentów, w atmosferze wspólnie wytworzonej przewrotnej miłości Hela i Atanazy dokonywali swoich ostatecznych transformacji. Wszystko jednak miało się skończyć zupełnie inaczej, niż to mógłby przewidzieć największy życiowy fantasta.]
Niema najnormalniejszego człowieka, któryby pozwalając sobie na wszystko nie doszedł do najdzikszej erotycznej perwersji i nie uczynił z nasycenia się niezmiernie skomplikowanego procederu, obstawionego spełnieniem piekielnie rzadkich i zawiłych warunków Z początku wszystko było dobrze. Życie erotyczne bez przeszkód z dnia na dzień, uspokoiło trochę ich oboje i pozwoliło nawet wznieść się na pewien — śmiało można powiedzieć — wyższy poziom duchowy — zaczęły się „istotne rozmówki“. Odbywało się to za pieniądze Heli — tak — ale cóż w tem złego: była jego najprawdziwszą żoną, tylko bez ślubu; rozwód z Azalinem, na tle nieudanego morderstwa, był tylko kwestją czasu. Ale cóż mogli robić innego, jak nie czytać razem, rozmawiać i nasycać się sobą, z początku w dość stosunkowo normalnych wymiarach. Tak było jeszcze w Atenach, gdzie w smutny, szary, wiosenny dzień zwiedzali nędzne greckie ruiny, (tu przypomniał się im biedny, bredzący o Grecji Tvardstrup), tak było w Port-Said i nawet (mimo 40-sto stopniowego upału) na Morzu Czerwonem. Intuicyjne, nie oparte na ścisłych studjach, filozoficzne dywagacje Atanazego, były dla umysłu Heli żerem, którym karmiła swój wyostrzony, ale bezpłodny intelekt. Razem tworzyli nowy witalistyczny system, ale utknąwszy kiedyś na nierozwiązalnym problemie „istot nieskończenie małych“ i tak ironicznie zwanego „metafizycznego śluzu“, niezróżniczkowanej, żywej pramaterji, zagłębili się w kwestje społeczne, tak blizko związane z zagadnieniem organizacji istnień nieswobodnych w wyższe indywidua. Bezsilność jednak współczesnej myśli (czy nie myśli wogóle, nawet najdoskonalszych istot?) wobec problematu dualizmu, który wyrastał w ich systemie jako dwoistość niesprowadzalna istot żywych (aż do przeklętych nieskończenie małych włącznie) i jakości w ich trwaniach, zaczęła powoli zniechęcać ich oboje do zgłębiania tych tajemnic. System fizyczny i witalistyczny zlewały się razem w granicy: z chwilą przyjęcia istot nieskończenie małych występowała konieczność przyjęcia czegoś jeszcze, jakiegoś spiritus movens dla wszystkiego, energji, czy też jakiegoś substytutu znienawidzonego „élan vital“ Bergsona, a ordynarny dualizm psycho-fizyczny stawał się nie do uniknięcia. Jedyną pociechą tego systemu było to, że w całem nieskończonem Istnieniu nie było nic prócz indywiduów i jakości w ich trwaniach — ale tu znowu cienka ścianka dzieliła to wszystko od zwykłego psychologizmu. Próbowali wgłębić się w Russella — okazał się za trudny, nawet na ich mózgi, a w swoich łatwiejszych pracach pomniejszał się do wymiarów zwykłego, czysto negatywnego stróża tajemnic — „no admittance this way (please)“, a o Chwistku, z jego nie-euklidesową (w znaczeniu przenośnem) matematyką nawet marzyć nie śmieli. A cóż innego robić mogli, jak nie to i jeszcze tamto, w czem stawali się coraz hardziej nienasyceni i rozbestwieni — bestwili się, bestwili, aż się rozbestwili. Przesuwające się coraz to nowe tło, nasycało w nich także pożądanie zmiany. Ale już gdy minęli półwysep Somali i wyspę Sokotra i gdy wzięły ich w swe objęcia wściekłe podmuchy „South-East’u“, południowo-zachodniego monsunu (a był to już początek czerwca i gorąco było straszliwe), niewystarczalność wszystkiego stała się jasna, w ten niemiły sposób, jak tropikalne słońce. Mieli jedną jeszcze rezerwę: Indje. Tam znalazła Hela, na razie w książce Sir Grahama Wensleya i na mapie, jakąś mniej znaną miejscowość, Apura, gdzie dorocznie właśnie w czerwcu, zgromadzały się tysiące wiernych, dla uczczenia, ręką samego Buddy zasadzonego, świętego banyanu — tam miało nastąpić objawienie ostateczne. Tymczasem pożerali się w niesytych pieszczotach jak pająki, o ile wogóle pieszczotami można nazwać to, co się między nimi działo. Atanazego zaczęło ogarniać powoli jakieś nieznane mu dotąd niesamowite psychiczne zmęczenie, graniczące chwilami z zupełnem umysłowem (na szczęście jeszcze nie zmysłowem) zaćmieniem. Coraz cięższe były dlań rozmowy z kochanką, coraz mniej go zajmowała dyskursywna filozofja. Oddawał się za to cichej kontemplacji własnej nicości, czemu pomagał znakomicie bezmiar otaczającego oceanu. Patrzył bezmyślnie godzinami (w przerwach od morskiej choroby) jak podnosiły się zielonawo przeświecające góry fal i jak z ich lśniących powierzchni wypadały, jak srebrne strzały, latające ryby, by upaść znowu w ruchome masy wód, błyszczących błękitem odbitego nieba. A kiedy zmrok zapadał znienacka, tak samo bezmyślnie wpatrywał się w zielone fosforescencje wzdłuż biegnącego okrętu — jasno błyszczące na powierzchni i łyskające tajemniczo, jak twarze umarłych, w głębi, w pół-przeźroczystej smudze spienionej ruchem śrub wody. Monsun słabł i wygładzały się myśli Atanazego, aż do zupełnego ogłupienia. Jeszcze dawne „menu“ prawidłowo zmiennych rozpaczy wracało od czasu do czasu, ale słabiej. Przewrotna miłość zjadała go, jak kwas pożerający metal, wchłaniała jak amerykańskie czy pińskie bagno konia, czy człowieka. Sam nie wiedząc kiedy, ani się opatrzył, jak stał się własnym cieniem, istniejącym tylko w potworniejącej z dnia na dzień erotycznej wyobraźni tej kobiety. Nie wiedział naprawdę czy ją kocha. W miarę jak nasycał jej ciało i swoją żądzę, poddając się jej piekielnym wymysłom, a może nawet wynalazkom (chociaż, co tam jest nowego na świecie?), dusza jej stawała mu się coraz bardziej obca i tajemnicza, co potęgowało w nim jeszcze nienormalne, upadlające do niej przywiązanie. Upajał się jej złowrogim czarem, jak beznadziejnym narkotykiem. Czyż tak miało wyglądać to „zniszczenie“, za którem dawniej tęsknił? Czyż nie lepszy był biały, czysty proszek w szklannej rurce, którą przechowywał jak najcenniejszy talizman — ten właśnie, a nie inny — graniczyło to z lekkim fetyszyzmem.
Ale to zabójcze upojenie nasiliło się jeszcze, gdy wysiedli na ląd w Bombayu. Przepych tropikalnej roślinności i niewiarogodny żar słońca, które tu przestało być dobrotliwą potęgą i zmieniło się w groźne bóstwo zniszczenia, mogące zabić przez nieostrożne zdjęcie chroniącego hełmu nawet na kilka sekund, żar, nie złagodzony już słonym oddechem oceanu, a mokry i duszący, czarno-bronzowe ciała, rozszalałe barwy strojów ludzi i kwiatów — wszystko to zmieniło codzienny dzień od samego rana w męczący koszmar, potęgujący się w czarne, ziejące żarem noce, do rozmiarów potwornego obłędu. Spoceni, rozpaleni, przesyceni pieprznemi tropikalnemi potrawami, nieprzytomni z nieustającej żądzy i wyczerpania, które chcieli oszukać coraz to nowemi pomysłami, tonęli w nieprawdopodobnej sadystyczno-masochistycznej lubieży. Dziwność otaczających form, specyficzna ponurość podzwrotnikowej przyrody, przygnębiały Atanazego. Włóczył się pół-przytomny za Helą, zwiedzając świątynie, teatry i zakazane spelunki, patrząc na pogromców węży i fakirów, wyprawiających w biały dzień niepojęte cuda. W głowie miał chaos bóstw, kwiatów, zwierząt i niesamowitych ludzi. Męczyły go narówni splątane figury na frontonach brahmańskich świątyń i wiecznie ten sam, głupkowato-mądrawo-chytro-naiwny, zmysłowy uśmiech olbrzymich posągów Buddy, a nadewszystko tajemnicza psychologja ludzi, którzy, przez swoją niezrozumiałość, robili wrażenie złowrogich automatów. Nie — to wcale nie była taka przyjemna rzecz te osławione Tropiki. Ileż-by dał w tej atmosferze za jedną chwilkę czerwcowego, krajowego upału, z podszewką chłodnego powiewu, którego tu nie było ani śladu. Wicher, o sile górskiego hurikanu w Zarytem, był tu gorący, jakby wiał z wnętrza olbrzymiego pieca, a rzadkie ulewy zamieniały się natychmiast w parę, nie ochładzając powietrza, a czyniąc je podobnem do tego, które bywa na najwyższej półce w łaźni — czuło się to charakterystyczne szczypanie w nozdrza. Każda trawka, każda najdrobniejsza roślinka była tu obca. Nawet chmury układały się w zupełnie inne formy i oszałamiająca piękność zachodów słońca, po których gwałtownie zapadała czarniejsza przez kontrast w porównaniu do naszych, noc, pełna była złowróżbnej grozy. A jednak brnął w to wszystko z coraz większem zapamiętaniem i z rozpaczą myślał, że kiedyś trzeba będzie się tego wyrzec — czemu, nie wiedział. Nieda się ten urok Tropików rozłożyć na elementy proste, sprowadzić do rzeczy znanych — jest jak blok litej skały, urąga wszelkiej analizie. Taka jest tajemna potęga tych krajów — kto raz je ujrzy — może znienawidzieć je nawet — jest niewolnikiem tej wizji do końca życia. Ostatecznie mogli zostać gdzieby chcieli i na ile czasu-by chcieli — wszystkie banki stały dla Heli otworem: nazwisko Bertz nawet i tu było znanem, a zresztą Hela miała pełnomocnictwo papy na wszystkie sumy zagraniczne.
Ale Atanazy czuł, że tak się skończyć nie może, żeby on rozlazł się powoli w erotycznem świństwie, nawet tak wysokiej marki — mimo, że nic na razie nawet nie przeczuwał, miał już teraz pewność, że inne czekają go przeznaczenia. Jednak niedługo miał nadejść czas ten, w którym podświadome materjały skonsolidowały się w pozytywny plan działania. A Hela, wpadłszy w szał podróżomanji, pędziła przed siebie jak szalona, pochłaniając jedno miasto za drugiem. W miarę jak potęgowała się ich zmysłowa miłość, w Atanazym zaczęła zachodzić dziwna przemiana. Stłumiony nasycaniem nieznanych pragnień wyrzut sumienia powstawać zaczął znów na horyzoncie duszy, jak blade, niskie podbiegunowe słońce, oświetlając w zupełnie odmienny sposób to pobojowisko ostatnich złudzeń, jakiem było naprawdę obecne jego życie. To coś nieobjętego w swym ogromie (może było to histeryczną fikcją) co czuł kiedyś dla Zosi i czegoby teraz nie śmiał nawet nazwać miłością, zaczęło się w nim rozrastać jak nowotwór — powoli, ale ciągle. Coraz częściej obcował w myślach swych z duchem zabitej (inaczej jej nie nazywał) żony. „Żona“ — jak dziwnie brzmiało to nigdy do ostatka niepojęte dla Atanazego słowo, teraz, kiedy jej już nie było. Dawniej było symbolem rezygnacji z życia, tem „zakorkowaniem“ o którem marzył — dziś zdawało się oznaczać całe utracone i pogardzane niegdyś, to zwykłe szczęście, które teraz dopiero zaczynało być czemś istotnem, na tle zaspakajanej żądzy samozniszczenia. Mimo, że uczucia obojga kochanków stawały się coraz bardziej dzikie i nieposkromione, poprzez chwile niszczącego szału zaczęło przezierać dno tej całej awantury i widmo rozczarowania i niemożności nasycenia się rzeczywistością straszyło ich już czasami beznadziejną pustką. Bezsilność w okłamywaniu tej nicości żądzy bez miłości istotnej stawała się coraz wyraźniejsza, jakkolwiek oboje nie chcieli się do tego przyznać. Ani dla Heli nie był to ten „tygrysi skok“, o którym marzyła, ani dla Atanazego wymarzone niby zniszczenie nie miało już tego uroku, jaki wyobrażał sobie przed śmiercią Zosi.
Nareszcie dojechali do ostatniej stacji przed Apurą. Zostawili automobile i bez służby, puścili się we dwoje tylko, dwukolnym „bullock-cartem“ w dwa garbate woły, z jednym woźnicą. Przez „wysoką“ dżunglę wśród piekielnego „mokrego żaru“, jadąc 5 dni i nocy, dostali się do małej wioski, położonej u stóp granitowej, nagiej góry, podobnej do grzbietu olbrzymiego słonia, piętrzącej się wśród morza rozszalałej roślinności. Była to właśnie owa wyśniona przez Helę, Apura. Uroiła sobie Hela, że tu musi spaść na nią objawienie, mogące zmienić jej dotychczasowy pogląd na świat, uwalniając ją ostatecznie od katolickiej idei pokuty, nie dającej jej żyć całą pełnią. Dusiła się już bowiem w sobie od pewnego czasu i Atanazy przestał jej wystarczać jako intelektualny żer. Fizycznie czuła się cudownie i znosiła klimat i niewygody doskonale — tylko stan metafizyczny pozostawiał wiele do życzenia. Zarażony tem intelektualnem nienasyceniem kochanki, Atanazy czekał też z upragnieniem (niewiadomo czemu) tego kresu ich indyjskiej podróży. Potem miał nastąpić Ceylon i wyspy Sundzkie.
Była wietrzna, księżycowa noc. Palmy gięły się jak trawy i drzewa dżungli, splątane ljanami w nieprzebyty chaos, huczały jak morze, uderzane miarowemi wybuchami wichru. Raz w raz słychać było trzask gałęzi i huk głuchy: to spadały z drzew ogromne owoce wielkości dyni, wiszące na długich kichach i orzechy palmowe. Księżyc w pełni oświetlał potwornie dziwny i smutny krajobraz. Po niebie leciały nizko nad ziemią białe chmury roszarpane wichrem w kształty, niedające się porównać z formami naszych obłoków. Atanazy był zdenerwowany: przez ostatnie 10 kilometrów szedł za ich dwukolnym wozem, pokrytym budką z palmowych liści, ogromny słoń. Szedł sobie spokojnie, z głową tuż przy otworze budy i nie czynił nic złego, ale gdyby chciał mógłby bez wysiłku zrobić jedną marmeladę z wozu, wołów i ludzi. Czemu tego nie robił i czemu szedł, nikt nie byłby w stanie powiedzieć. Z dżungli po obu stronach drogi dochodziły na tle szumu wichru żałosne miauko-szczeki gepardów. Helę bawiła niezmiernie ta przechadzka słonia. Kształt jego, chwiejący się miarowo, zasłaniał cały otwór budy i widać było w miesięcznym blasku jak na dłoni jego trąbę, którą czasem podnosił, zdecydowany jakby już na jakiś słoni żarcik i kły białe, błyszczące w zimnych promieniach i małe, złośliwe oczka. Ginąć w tak pospolity sposób nie uśmiechało się wcale Atanazemu, mimo częstych napadów samobójczej manji i ledwo powstrzymał Helę, która koniecznie chciała podrażnić słonia okutą ostro laską w trąbę. Wreszcie znudzony olbrzym został wśród leśnej drogi, wymachując trąbą, a potem runął z potwornym trzaskiem w las, skąd ozwały się jakieś podejrzane ryki. Woźnica, nie rozumiejący ani słowa po angielsku mówił do nich coś niepojętego w hindustańskim narzeczu, a potem zaśpiewał dziwną pieśń bez określonej melodji. Ta niewinna przygoda rozdrażniła Atanazego, który po odejściu słonia chciał posiąść Helę na wozie, co czynił już wiele razy. Ale księżna Prepudrech odsunęła go łagodnie.
— Nie — nie teraz. Zbliżamy się do świętego miejsca — burknęła dość nieprzyjaźnie w odpowiedzi na jego powtórne zabiegi. Właśnie mijali grupę pielgrzymów biało ubranych i w białych turbanach na głowach. Z głębi lasu, w przerwach od podmuchów wichru, słychać było nieregularne bicie drewnianych bębnów. „Czyżby już naprawdę była buddystką?“ — pomyślał Atanazy. „Co za zdolność transformacji. To tylko żydzi zdolni są do czegoś podobnego“. Pierwszy raz pomyślał o niej w ten sposób od wyjazdu. I jednocześnie ujrzał prawie że materjalnie twarz umarłej Zosi, taką, jaką widział przed samem włożeniem do trumny: z jednem niedomkniętem okiem, ukośnie jakby na niego patrzącem i z nienormalnie wywiniętemi wargami, przez które błyszczały zęby. Poczuł się sam z tajemniczą, obcą mu kobietą, wśród mrowia czarnych, niepojętych ludzi i straszna tęsknota za Zosią i „tamtem“ życiem, zalała go ciepłą, bolesną i wstrętną falą. Pogarda, z którą ona od niego odeszła, przygniotła go ciężarem nie do zniesienia. Jakimkolwiek czynem ponad siebie wyrównać trzeba ten piekielny rachunek i módz odchodząc pojednać się z jej duchem, być z nim na równi. Cała wyższość nad nią, którą odczuwał za jej życia, zmieniła się teraz w zupełne poniżenie: czuł się małym i nie było na to sposobu — miał rację. „Jestem człowiek skończony za życia. Trzeba teraz skończyć to życie jaknajprędzej, zginąć w parę po własnym istotnym końcu — tylko nie tu, nie tu. Dokonać czegoś przed śmiercią, ale tam, skąd jestem. Ale czego? Boże! Jak mało ma człowiek możliwości, choćby nawet chciał zginąć w jakiejś awanturze. Albo wszystko jest za małe, albo absolutnie nieosiągalne. Ale tego właśnie, czego akurat potrzeba, niema nigdy“. Zazdrościł Heli jakiejkolwiek wiary, nawet tej w katolickiego Boga, mimo, że zdawał sobie sprawę z nieistotności objektywnej tych jej przeżyć. A jednak mimo tak częstych zmian i sprzeczności coś było żywego w tem wszystkiem, a dla niej, proporcjonalnie do jej psychicznej struktury, ta zmiana właśnie, może była czemś najistotniejszem. W „resthouse’ie“ w Apura, oczekiwała ich telegraficzna poczta. Między innemi kablogram starego „butlera“ Ćwirka z willi Bertz w górach, przeszwarcowany najpierw przez południową luptowską granicę. Wiadomości były „intensywne“: tryumfująca niwelistyczna rewolucja w pełnym biegu, Tempe na czele, jako komisarz dla spraw wewnętrznych, stary Bertz rozstrzelany przypadkowo, bez sądu, przy zdobyciu pałacu, willa skonfiskowana, Łohoyski uwięziony, Prepudrech wypuszczony, mianowany komisarzem czystej muzyki. Atanazy nie otrzymał nic — nie miał biedactwo od kogo. Samotność jego stawała się prawie że aż metafizyczna — jak po dużej dawce eteru. Jedynie ona i to taki potwór. Ale w tem jest cały urok.
Hela, nie powiedziawszy ani słowa, zamknęła się w swoim pokoju. Wogóle były w domu tym tylko dwa pokoje z łazienkami. Gospodarzem był stary, gruby hindus z siwą, rzadką brodą — na dziesiątki kilometrów nie było białych ludzi dookoła. On nawet bliższym był Atanazemu, niż ta dziwna stwora (inaczej jej w myślach nie nazywał), do której, mimo całej obcości jej, był jednak w pewien sposób piekielnie przywiązany. I teraz, kiedy twarz jej skurczyła się od bólu na wieść o śmierci ojca (Hela stała się nagle do niego podobna — podobna i ptasia, bardzo ptasia) [„ach, ona będzie taką na starość“ — zdołał pomyśleć Atanazy] zmęczone potworną miłością jego serce zabiło dla niej w jakiś ludzki sposób. Ale był właśnie „małym“ w tej chwili — nie mógł powiedzieć nic. Obie one gnębiły go bezlitośnie: jedna jako cień, objęty wielkością dobrowolnej śmierci, w czem dla niego przekreślał się cały świat i on sam, ze swoją „samoosobową“ ważnością, druga — jako wcielenie niepojętej kombinacji: takiej piekielnej semickiej inteligencji i takiej perwersji, a w dodatku tej najpiekielniejszej, jedynej dla niego piękności. „Czy może to różnica ras wytwarza ten stan obcości nie do zniesienia. Ona jest jednak niezdobyta — w tym samym stopniu, co ten gospodarz — hindus, czy pierwszy lepszy kulis chiński, z którym chciałbym się porozumieć. Ale to właśnie nadaje pożądaniu ten djaboliczny charakter, tę absolutną dzikość i niezrozumiałość, na tem także polega to coś nie dającego się ująć, czem mnie opętała“. I teraz widział jasno, że jeśli ona go opuści pierwsza, zgubiony jest bez ratunku. Ale skąd wziąć siłę, aby od niej odejść? Chyba tamten cień, zwyciężając jego samego za cenę tamtego cierpienia na nowo od samego początku, wyzwoli go z tego piekła, aby wciągnąć go do swego własnego, na wyższej kondygnacji ducha. Ale wtedy trzeba z tego nędznego życia zrobić ofiarę dla czegoś — ale czego? Dysproporcja pojęć i faktów, uczuć urojonych i obowiązków i rzeczywistej mizerji — nie do wyrównania. Wszystko stawało się tak niepojętem i do dna potwornem, jak wtedy, gdy jechał z Alfredem wracając od Łohoyskiego — i to bez kokainy i inwersji: był znowu w prawdziwem piekle.
Wokół resthauzu szumiały drzewa gięte wściekłym monsunem, a w drgającym płomieniu świecy spalały się dziwaczne muchy i komary i ćmy ogromne: czarne i złotawe. Kilka z nich walało się po stole furcząc opalonemi skrzydłami. Moskity cięły bez litości. Ich cichy chóralny śpiew brzmiał jak jakiś ostrzegawczy sygnał: „ratuj się, póki czas“. Zdaleka dochodził przerywany szumem wiatru odgłos bębnów. Wszystko było straszne i idjotyczne — jak twarz wołowatego kretyna, przylepiona do szyby, na tle ciemnej nocy. I to jej spojrzenie skierowane w niego, oderwane, odklejone od tamtej depeszy. Co myślała ta nieodgadniona stwora, co zamierzała dalej? Tem straszniejsza była ta jej „nieodgadnioność“, że przecież mówiło się o wszystkiem, nic nie pozostało niewypowiedzianego, sytuacja powinna być jasna i prosta, jak rozżarzony napięty drut — w tej niesprowadzalności tkwił jakiś szatański „trick“. Na sekundę, na ćwierć sekundy, zdołał Atanazy ująć tę chwilę artystycznie, w dawny sposób. Ale wtedy „operował małemi napięciami“. Teraz popsuł się transformator potencjałów i prąd przerywany o ciągle zmiennem, ale zawsze straszliwem natężeniu, płynął przez jego duszę, a nawet ciało, spalając wszystko niewysłowionym żarem, stapiając heterogeniczne elementy jaźni wyższego rzędu, w jedną kupę zwierzęcego strachu, cierpienia, obłędu i rozkoszy. Na ile czasu starczy jeszcze sił? Kojący moment bezosobowego artystycznego ujęcia, (jakby z boku) całej tej historji, rozwiał się bez śladu. Zostawała, nie pozwalająca się w żaden sposób odwartościować naga, bezwstydna straszność istnienia. Było to tak, jakby Atanazy, przesuwając rączkę transformatora na niższe, raczej inne napięcia, złamał ją. Pchnięta sprężyną maszynerja odprężyła się na dawne miejsce, strzałki zegarów skoczyły znowu daleko poza czerwone linje niebezpieczeństw i wszystko poszło dalej niepowstrzymanem tempem. Ach — zatrzymać to tam — na to trzeba być artystą. Wzdrygnął się dawnym wstrętem na to słowo i całe dzieciństwo i młodość zawirowała przed nim szalonym kołowrotem wspomnień. Tam to, w podświadomych głębiach, była już zawarta ta chwila i wszystko co nastąpi dalej. Za olbrzymiem, zasłaniającem świat widmem Zosi, mignęło w innym już wymiarze widmo matki, skurczone i biedne, a dalej jeszcze już tylko zapach lewkonji na jakimś klombie i czarna łapa z dzwoneczkami, wysuwająca się z za pieca, we śnie o piekarni na wsi, ale nie tej prawdziwej, tylko spotęgowanej, stokroć rzeczywistszej, nigdy nie byłej. Ocknął się. Na tle niszczącego całą radość życia poczucia własnej małości, przesunęła się myśl, że jednak on coś takiego przeżywa, że to nie jest znowu takie zwykłe i banalne, że coś w tem jest — i myśl ta odwartościowała do reszty wszystko, demaskując przed nim samym jego własne, nędzne komedjanctwo. Kółko bez wyjścia zamknęło się znowu — tym razem zdaje się na dobre. Nie miał siły dobijać popalonych ciem, jak to czynił zawsze, z litości. Na dworze (to słowo wydało mu się obcem w stosunku do tej całej natury) huczał obcy wicher, gnąc obce drzewa, a tam, w drugim pokoju, ona, połączona z tą całą obcością otoczenia, dziwna, niepojęta, uchodząca w swój świat niedościgły dla niego, nawet w najśmielszych myślach. Wedrzeć się tam, zdobyć jak horda barbarzyńców jakieś miasto, złupić, obrabować, nasycić się raz w życiu. Napróżno myślał tak — wiedział, że to niemożliwe. A może to właśnie jest prawdziwa miłość? A jednak pocieszył się trochę. Moment artystycznego ujęcia pozostawił jakiś ślad nadziei. Ale czuł, że nie na tej drodze należy szukać wyzwolenia — raczej w jakimś szalonym akcie woli, naprzekór wszystkiemu i sobie: świadomie oddać się katom na tortury. Skąd zaczerpnąć na to sił i odwagi? I nagle, przeniesiony z tamtych światów z nieskończoną szybkością, był znowu tu, w środku Indji, mały — takie nic, co mogłoby być wszystkiem — zdany na pastwę fantazji obcej, fantastycznej i kochanej (ach, ale w jakże okrutny sposób), a przedewszystkiem tak nieznośnie pożądanej „stwory“ nie z tego świata. Czuł ją we krwi, w mięśniach, w kościach, wszędzie — w każdem włókienku znienawidzonego, pogardzanego swego ciała. „A może ona dlatego jest dziś taka, że nie dałem jej pchnąć słonia w trąbę laską?“ myślał zapominając o śmierci starego Bertza i o buddyźmie. „Może myśli, że się bałem? Dla udowodnienia tego, że tak nie jest mogę się zabić w każdej chwili“. Przeraził się tej myśli (a może był to odruch tchórzostwa?), że mógłby dla tak marnej przyczyny umrzeć podłym, takim, jakim był dla Zosi przed śmiercią, nie usprawiedliwiwszy swego życia odpowiedniem zakończeniem, nie połączywszy się z jej duchem. Co będzie? Przypomniała mu się rewolucja i doznał nagle ulgi — tam jednak, w jego kraju, zamieszkiwał naprawdę duch Zosi, tam jedynie mógł się z nim połączyć: „Narody się przeżyły. Już faszystą byćbym nie mógł, bo w to nie wierzę. To są ostatnie podrygi. To wytrzebiła wielka wojna. Przecież biłem się już za te rzeczy i co z tego zostało dla mnie? Wobec tego konsekwentnie powinienem przyjąć udział w rewolucji niwelistycznej. Chyba to jest ostatnia już marka — bo cóż jest poza tem? — Wystarcza jako nasycenie mojej ambicji. Uda się, czy nie uda — w tem jest wielkość, bo to już jest dno. A ostatecznie wszystko wali w tym właśnie kierunku. To już jest prawo metafizyczne. Ale myśląc tak, okłamuję samą ideję tej rewolucji, bo nie wierzę w pozytywne wartości przyszłej, zmechanizowanej ludzkości, ja, arystokrata, mimo, że z małej tatarskiej szlachty — o czemuż nie jestem chociaż hrabią jak ten przeklęty Jędrek — temu nawet w więzieniu jest dobrze, bo może sobie powiedzieć: a jednak jestem hrabia — a ja, mdły demokrata z wychowania i całej kultury (o ile ją mam wogóle?) nie wierzę i nie uwierzę w nic nigdy. Ale czy właśnie zginąć dla tego, w co się nie wierzy, czy to nie byłoby właśnie moją najwyższą marką tej „grandeur priveé“, którą pocieszają się ludzie bez sławy, majątku i nazwiska, tych trzech najprzykrzejszych życiowych wartości. A jednak to, że udaję perskiego księcia przed jakimś portjerem w hotelu bawi mnie — inaczej teraz chodzę i mówię do służby — nawet Hela to zauważyła. O nędzo!“ Te dziwnie pospolite, czysto życiowe myśli, rysujące się na tle rozmyślań poprzednich, w środku Indji, w towarzystwie tej... („metafizycznej kurwy“ — chciał „w granicy“ pomyśleć, ale się wstrzymał) — („chyba ją jedną kocham“, szepnął — „o ile to słowo ma jakiś sens wogóle“), zdawały się jakby spokojną plamą rozlanego, śmierdzącego duchowego tłuszczu, wśród wirujących fal spotworniałej, męczącej dziwności.
Otworzyły się dalsze drzwi, potem te i do pokoju weszła Hela. Atanazy wstał i stanął jakby „na baczność“ przed siłą wyższą. „A gdyby ona była ubogą żydóweczką — czy kochałbym ją tak samo?“ pomyślał. „Oczywiście pewne rzeczy wytworzyło w niej bogactwo, ale to wiem napewno, że gdyby była taka sama, jak jest teraz, to byłaby tem samem dla mnie, w dziurawych, czerwonych pończochach w Kocmyrzowie, czy w Koniotopie, czy innej jakiej dziurze“. Ta pewność podniosła go we własnych oczach. To zdaje się naprawdę było prawdą.
— Helu — zaczął, jakby zdawał raport przed wyższym oficerem — mam wrażenie, że masz do mnie pretensję o tego słonia. Może myślisz, że się bałem... — W tej chwili przypomniał sobie wiadomość o śmierci jej ojca i zmięszał się. — Przepraszam cię, że ja w tej chwili, kiedy ty... ale ja mogę dla ciebie zabić się w każdej chwili, aby udowodnić ci, że to nie ze strachu... Ale ginąć w taki idjotyczny sposób... —
— Głupi jesteś, ale mimo to kocham cię. — Tu pocałowała go w głowę, tak, jak nigdy jeszcze. Atanazy zamarł na chwilę w nieludzkiem szczęściu. Na ćwierć sekundy świat stał się tak piękny, jak pepity Łohoyskiego wtedy — „a więc można to mieć i bez kokainy w tym stopniu...?“ Ale zaraz potem wszystko obrócone bezgłośnie na doskonale wyoliwionych łożyskach, wróciło na dawne miejsce. Był znowu tu, w tych „zwykłych“ Indjach i przed nim stało groźne wcielenie nieznanego i strasznego przeznaczenia, w postaci tej „metafizycznej ka“.
— Mów: chcę wiedzieć co myślisz w tej chwili — rzekł Atanazy twardo, biorąc ją za rękę. Milczała. Patrzyli sobie w oczy. I znowu od dotknięcia tej skóry, tyle razy dotykanej i całowanej, a wiecznie nowej, niepojętej, niezgłębionej, przeszedł go tajemny dreszcz. „Nigdy nie pokonam jej“, pomyślał z rozpaczą. A do tego ten błękit skośnych oczu. „Tak — w tem jest jej siła że oddzielnie nie istnieją te rzeczy: to coś w jej skórze i piękne oczy i głos i zapach — to wszystko jest jednem jak obrazy, dźwięki i znaczenia słów w dobrym wierszu są jednością, nową poetycką jakością — nowa złożona jakość zmysłowego uroku — nie do przezwyciężenia. Taka rzecz zdarza się chyba niezmiernie rzadko: najwyższe szczęście i najgorsza klęska. To jest prawdziwa miłość!“ Poczuł, że wszystko, co od niej usłyszy, mimo prawdy (wierzył jej bezwzględnie) będzie tylko jakimś piekielnym podświadomym wymysłem jej ciała, w celu przygotowania nowej nieznanej rozkoszy i nowej męki. Hela różniła się od innych kobiet tem, że nie kłamała — była dość silną, aby nie kłamiąc być tym demonem I-szej klasy, za jakiego ją słusznie, nawet w tej pierwotnej fazie rozwoju, uważano. Ale to były przecież zaledwo początki! Nie raczyła nawet kłamać, a on — mężczyzna... — co za nizkość i podłość! Ale czyż kłamstwem był jego do niej stosunek? Nigdy się nie dowie — zagmatwało się wszystko na wieczność całą. Może to właśnie jest miłość? Hela miała jeszcze jedną właściwość: nie potrzebowała umiejętnie regulować swego oddania się — tak: regulować — wstrętne słowo, ale właśnie tak ma być — odmawiać i znowu pozwalać — ona była ponad tem. Raz tylko z początku poniżyła się do takich sztuczek, wtedy kiedy Tvardstrup... „Jak Kleopatra podobno“, pomyślał Atanazy ...„ten najgłodniejszy, co najwięcej pożył“ — tak jest powiedziane u Szekspira. Nie było, nie mogło być człowieka, któryby ją zgnębił — chyba impotent. Ta myśl była śmieszna. A jednak taki „pan“ był nie do wyobrażenia. On sam kiedyś — ale wtedy nie przeżył z nią tego, co teraz było już poza nim. Był taki: Prepudrech! Ten nędzny, pogardzany pseudo-artysta — może właśnie dlatego, że „pseudo“ — to nie człowiek, to maszynka z talentem. Nikt prawdziwy tego nie potrafi. Tylko sfałszowany człowiek może mieć siłę wyższą niż miałby ją w rzeczywistości jako prawdziwy. A zresztą niewiadomo co się z nim dzieje w tej chwili. Atanazy, wywyższając w ten sposób kochankę, starał się wywyższyć sam siebie. Niezupełnie rozwiązalnym problemem był tylko Azalin książę Belial-Prepudrech, obecnie „false“ on sam.
— ...(nie słyszał pierwszych jej słów) ...czy myślisz, że ja dałam mu to, co tobie? Nie mogłam nawet — byłam w stanie pokuty, a zresztą jemu nie mogłabym nigdy. On mnie nie zna. Ja wiem: ta skóra — wiem, że ona ma magiczny wpływ. Moje oczy też wiem, że umieją i wszystko... ale to nie jest to. Tylko ty jeden wydobyłeś mnie samą na zewnątrz z moich własnych głębi, jak psycho-fizyczny Jack the Ripper. Jestem twoja — rozpruta — wszystkie wnętrzności mam wywalone na wierzch, a jednak wiem, że muszę być dla ciebie męczącą tajemnicą, jak posąg Izydy. Ale sama dla siebie nie jestem już storturowanem, niezrozumiałem widmem — z tobą żyję naprawdę. — Było to okropnie niesmaczne, jak zresztą zawsze wszystko, co mówiła, ale miało tę piekielną właściwość, że z chwilą, kiedy to mówiła ona, trzeba było to przyjąć, jako najwyższą artystyczną konieczność. — Na to trzeba było cię kochać w zniszczeniu, bo ty tylko w zniszczeniu istniejesz naprawdę. Twoje istnienie nie jest dla mnie przypadkiem — musiałeś być i musiałeś być moim. I nic mnie nie obchodzi to, kim jesteś — jesteś moim kochankiem — to wystarcza, tym jedynym, wybranym z tysięcy, którego mogę kochać. Chciałabym abyś ty czuł to samo. Ja ci się oddałam, więcej niż ty mnie. Ty ze mną walczysz. — Atanazy nie słyszał ostatnich słów — myślał, czy naprawdę jest wystarczającym powodem dla jego istnienia to, że był przeznaczony na jej idealnego (w znaczeniu absolutnego ideału) kochanka.
— Niestety, nie jestem kobietą — rzekł ponuro biedny Tazio i myślał: „czy to prawda co ona mówi, czy właśnie teraz dobrałem się do jej pozy, do tego demonizmu 3-ciej klasy. Ale skąd ona wie co ja myślałem w tej chwili — to jednak dziwne“. — Ale powiedz skąd teraz... Przecież ja o tem myślałem tu, siedząc sam przed chwilą, przed twojem przyjściem. — Niewiadomo czemu skłamał, że nie myślał tego w tej chwili.
— Dawno chciałam ci to powiedzieć, bo czułam, że masz jakieś wątpliwości. Teraz mi wierzysz? —
— Jakto — czy ci wierzę, że jesteś dla mnie czemś metafizycznie niezwyciężonem, wcieleniem dziwności bytu i największego cierpienia, połączonego z najwyższem szczęściem — przerwał — czuł, że zaczyna mówić banalne głupstwa. Wszystkie rozmyślania poprzednie rozwiały się w nicość: cień Zosi, matki, chęć czynu, wzniesienia się nad siebie — wszystko spalało się, spopielało, kurczyło, malało, znikało pod jednem tchnieniem tej miłości. Przygotowywała się jakaś straszna, nieznana rozkosz — zatracenie ostateczne.
— I teraz kiedy dowiedziałam się, że ojciec nie żyje (pierwszy raz powiedziała o nim „ojciec“, nie „papa“) zrozumiałam jak cię kocham. Ale cierpieć jeszcze będziemy oboje bardzo, bo we mnie jest coś poza mną: jakaś siła mną włada, nad którą nie panuję — widzę tylko jej tajemne drogi rozumem — i cierpiąc — i kiedy ty będziesz cierpiał, wtedy pojmiemy oboje czem jesteśmy razem, jako jedność, poza życiem i śmiercią. Ja cię będę zdradzać przy tobie — nie będę nigdy kłamać i ty mnie, o ile potrafisz — przyjdą rzeczy pozornie okropne, małe wstrętne, ohydne nawet — ja muszę upaść zupełnie i ty też, tylko inaczej i razem ze mną — nie myśl, że cię chcę opuścić: nie rozstaniemy się nigdy — w tym upadku właśnie będziemy iść coraz wyżej, aż tam gdzieś zespolimy się razem w jednego ducha, wszechwiedzącego w męce bez granic i tam (Atanazemu przypomniała się ta chwila złączenia z duchem Jędrka Łohoyskiego i to, co było później; ale to działo się w „sztucznym raju“ kokainy — tu odbywało się to na jawie, w pełni świadomości, choć w obietnicy jeszcze, ale obietnicy, która musiała, musiała się spełnić i która teraz stężyła w nim krew w czarną miazgę z nadludzkiej żądzy...) i tam, tam dopiero, jak w śmierci, będziemy ponad światem... — Oczy jej zawróciły się w dzikim zachwycie i piękna była jak złowrogi anioł zniszczenia, jak samo bóstwo nigdy nienasyconej, okrutnej miłości. Zdawało się, że ulatuje w inny wymiar, że już jej niema. „Taka piękność nie może być prawdą — jej niema, naprawdę niema i ja nigdy już...“ Rozpacz i wściekłość i ukochanie najwyższe, śmiertelne. Tak kochał jedynie ducha Zosi w zupełnej beznadziejności, z tem, że nigdy jej nie zobaczy. A tu ona stała przed nim, rzeczywista, dotykalna, pachnąca — miała na sobie lekki czerwony szlafroczek i była spocona — widział kropelki potu na czole (było 45° Reamura), — nie do uwierzenia. Stała jak zahypnotyzowana, stężała w oczekiwaniu gwałtu, daleka od ziemi, nieuchwytna — gołe nogi w czerwonych pantofelkach drżały jej lekko — była pół przytomna. A z pod ciężkich, opuszczonych powiek patrzyła na kochanka wywróconem, trupiem spojrzeniem, śmiertelnej, trującej, aż zaświatowej lubieżności. Głowa opadła jej w tył. Atanazy rzucił się na nią jak rozżarte zwierzę. I nastąpiła jedna z tych szalonych nocy, tylko jeszcze straszniejsza, bardziej niepojęta, poza czasem i przestrzenią, gdzieś już w otchłaniach Absolutnej Nicości. Na dworze (indyjskim „dworze“) wiał obcy, upalny wicher „monsoon“ i ćmy cudownej piękności paliły się dalej jedna za drugą w płomieniu świecy i kąsały jak zwykle moskity, bo rzucając Helę na łóżko zerwał moskiterę. Nie było kiedy jej poprawić... A dla Hindusów była to zwykła noc religijnych uroczystości, coś jak dla nas Wielkanoc naprzykład. Ale Hela przerwała nagle ten szał, mimo, że Atanazy, będący już prawie jakąś kupą pobitego mięsa, a nie człowiekiem — ale kupą, w której świecił zimny płomień niepoznawalnej Tajemnicy Istnienia — (patrzył w ten płomień bez zmrużenia oczu z odwagą skazańca) — jeszcze nie był nasycony. Nietylko samo to, co się działo, ale i to, co mówiła Hela podczas tego — (a umiała mówić rzeczy zdolne przewrócić mózg do góry nogami, czyniąc z niego tylko jakiś nędzny nowotwór na organach płciowych) — doprowadzało go do tego niepojętego szału. Wykąpali się oboje w zimnej wodzie w kamiennej wannie i wyszli z tej kąpieli odświeżeni — niewinni i wzniośli, jak para aniołków. Nie istniało nic poza nimi. „Ale co mogło być jeszcze?“ ze strachem pytał siebie Atanazy. „Czemu nie nastąpiła śmierć?“ Poczem Hela kazała podać kolację: kura smażona z pieprzem, sałata z owoców mango i lagerbier z Bremy. Usługiwał im stary Hindus, poruszając, w wolnych od podawania chwilach, czerwoną „punkhę“ nad stołem i łapiąc gołą ręką latające prusaki wielkości dwóch naszych karaluchów, zapędzające się aż na biały obrus. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Po kolacji poszli do świątyni. Była pierwsza w nocy.
Oboje potrzebowali nowego wymiaru. Katolicki Bóg nie istniał dla Heli zupełnie. Niezaspokojona religijna potrzeba (das metaphysische Bedürfniss) szukała nowego wcielenia. A nuż uda się przejść na buddyzm — o brahmaniźmie z powodów technicznych nie było mowy — byłoby to dopełnieniem i tak już wielkiego szczęścia. „Ale czy to znowu nie będzie połączone z pokutą i wyrzeczeniem się erotycznych przyjemności“, myślał ze strachem Atanazy, idąc przez ulicę wioski, wzdłuż której drzewa rozszalałe: palmy i fikusy, kładły się od podmuchów potężniejącego, pełnego żaru, hurikanu. „Ciekawy jestem co za nowe świństwa wymyśli ten potwór“. Moralnie złamany był zupełnie i o ucieczce nawet myśleć nie mógł. I w tem poddaniu się niszczącej sile znajdował nową rozkosz i chwilowe zupełne usprawiedliwienie swego stanowiska we wszechświecie. A na myśl o obiecanych mękach i ohydzie, doznawał aż drgawek od przewrotnej żądzy. Poprostu stawał się powoli jednym wielkim lyngamem z dodatkową bardzo zresztą skomplikowaną psychologją, jako epifenomenem, czemś w rodzaju duszy w koncepcji dawnych materjalistów.
Na podwórzu jednej z chat stary czarownik zajmował się właśnie swoim magicznym procederem, usiłując zapalić jakieś suszone listki na małym trzcinowym stoliczku. Czynił to przy pomocy tlącej się hubki. Nad nim jego pomocnik trzymał budkowaty baldachim z suchych liści palmowych.
— Ach — tak wierzyć, jak on — cobym dała za ta w tej chwili — szepnęła Hela.
— Tak: po buddyźmie możesz jeszcze przejść na magję. W tym celu mażemy pojechać na Nową Gwineję lub do Australji — tam najlepiej rozwinięty jest ten światopogląd — rzekł trochę ironicznie Atanazy.
— Nie żartuj. To jest naprawdę wzniosłe, co oni robią.— Ci dwaj nie robili swoich sztuk na pokaz: nawet zdawali się nie spostrzegać dwojga białych w tropikalnych kostjumach, w chwiejnem świetle księżyca przez ruchomą gęstwę drzew. Atanazy spróbował pomódz czarownikowi, zapalając w przerwie od wichru zapałką jego mały stosik. Sam mistrz nie drgnął nawet, nie mogąc przerwać zaklęć, które bełkotał jakby do siebie, ale pomocnik puszczając jedną ręką baldachim, odsunął Atanazego gniewnie, mówiąc coś niezrozumiałego. Poszli dalej. Coraz więcej było na drodze białych postaci. Szli grupami i pojedyńczo: mężczyźni, kobiety i dzieci. Droga zaczęła piąć się pod górę. Mijali zrobione z białego kamienia „dagoby“, podobne do hełmów tureckich ze szpicami, wyrastające wprost z ziemi, wzdłuż kamienistej krętej drogi, idącej po zboczu, porosłem gęstwą krzewów, wśród których wznosiły się ogromne kilkometrowe ostromlecze. W boku olbrzymiej granitowej buły była głęboka jaskinia. Stamtąd dochodził rytmiczny, jęczący śpiew, któremu żałosnym rykiem odpowiadał zmięszany chór. Błyskały światła świeczek, ustawianych przed kilkudziesięciu posągami Buddy — wszystkie przedstawiały go siedzącego pod dwiema wygiętemi kobrami. Atanazy zajrzał tam, zostawił Helę w tłumie, a sam wyszedł na taras nad przepaścią — potrzebował samotności w tej chwili, co mu się rzadko teraz zdarzało. Z drugiej strony doliny, nad masą czarnej dżungli, wznosił się śpiczasty, skalny szczyt, a dalej w głębi góra ścięta jak stół. Wszystko było obce i groźne. Żadnego „nastroju“ (w naszem znaczeniu) nie miał ten cudownie piękny („na zimno“) krajobraz. Na lewo widać było wioskę w dolinie, a dalej ogromne jezioro, odbijające księżyc w pełni drżącą smugą w swej sfalowanej powierzchni. Na skałach nad świątynią rósł mały, karłowaty, odzierany rokrocznie z gałęzi, dla rozpowszechnienia, święty banyan — tam siedziała część pielgrzymów, świecąc swemi białemi strojami wśród ciemnych krzewów. Olbrzymie nietoperze całemi dziesiątkami łopotały w niespokojnem powietrzu. Atanazy siadł na murze. Niewiadomo jakim cudem duch Zosi dognał go aż tutaj i roztoczył się nad obcą ziemią. Atanazemu wnętrzności skręciły się z rozdzierającego żalu, że to nie z nią on podróżuje po tych zaklętych krajach i że ona nie widzi wszystkich tych piękności. Ale myślał tak tylko dlatego, że był chwilowo nasycony. Coby było, gdyby Hela nagle odmówiła mu przewrotnych rozkoszy, do których przywykł, jak do zabójczego narkotyku? Siedział tak długo w kontemplacji wspaniałego widoku. Chciał to zamknąć w sobie, uczynić swoją własnością, utrwalić w sobie na zawsze — nie mógł. Piękno wymykało mu się, przesączało się przez jego zmysły, niknęło — był bezsilny. „W takich chwilach ludzie malują naturalistyczne pejzaże i fotografują — to daje im złudzenie, że złapali przemijającą chwilę zachwytu nad światem“, pomyślał, ale nie był z tej myśli bardzo zadowolony. Coś popsuło się w całej kompozycji tej nocy. „Brak fosforu w mózgu. Ta bestja pożera mnie jak ogień...“ Zasnął, ukołysany monotonnym śpiewem dochodzącym z jaskini i obudził się dopiero przed świtem, gdy Hela wyszła ze świątyni i dotknęła ręką jego ramienia. Mało nie spadł w przepaść z przestrachu. Nie wiedział gdzie jest, kto jest ona, nie wiedział nawet kim jest sam. Miał chwilę metafizycznego strachu: tajemniczość ogólna bytu zrealizowała się częściowa w tajemniczości chwili, niezrozumiałości absolutnej tego, że coś wogóle jest — jakby wszystkie związki przyzwyczajeń codziennych odpadły, rozłożyły się sztuczne życiowe połączenia i naga, samotna jaźń, jak punkt matematyczny bezprzestrzenna, trwała przez chwilę nad niewymierzalną, potworną głębią zdysocjowanego istnienia. Ocknął się. Księżyc zachodził za płaską w głębi doliny górę. Twarz Heli oświetlona ciepłym jego blaskiem miała wyraz nadziemskiego zachwytu.
— Czy już przeszłaś na buddyzm — spytał Atanazy.
— Tak — odpowiedziała z rozbrajającą prostotą. — Miałam objawienie. Przeczucie sprawdziło się. Wiesz, że tam były psy w świątyni. To wzruszające — ta równość wszystkich stworzeń wobec Tajemnicy. Czułam się tam takim psem między nimi. Potem śpiewałam z nimi razem. Pozwalają na wszystko. To jest jedyna religja, w której bóstwa są tylko symbolem Tajemnicy, a nie nią samą. Jest to w zgodzie z tem, co wiem o filozofji — nawet z naszym systemem — to jest też pewien rodzaj panteizmu.
— Ale czy nie jest tak dlatego, że za mało wiesz jeszcze o tej religji? Może dlatego właśnie możesz ją pogodzić z danemi twego rozumu?
— Nie, dziecko: ja wiem wszystko, co trzeba. Wiem też wszystko, co jest negatywne, a pozytywnej filozofji dziś być nie może — tylko ograniczenie. Wyprztyk ma rację, ale teraz dopiero zrozumiałam jego „truc“: niema pojęciowego systemu, któryby mógł zasłonić tajemnicę, ale właśnie ta religja, która jest ostatnią zasłoną, jest jedyną doskonałą — ta, w której są tylko żywe symbole martwych w filozofji pojęć. Doszłam do tego rozważając problemat troistości: jedność jest od niej wyższa, bo istnienie jest jedno. Jedność nie jest wcale mniej tajemnicza od trójki. Miałam naprawdę objawienie. To nie jest niedoskonała metafizyka, tylko żywa. Ach, módz nareszcie przeżywać to, o czem się myślało w martwych kategorjach! A ja nie mam systemu, jak ty: ty jesteś niedoskonałym metafizykiem dawnego typu — dodała z lekką ironją — Chcę być dobra, chcę się poświęcić — cały świat chciałabym objąć i nasycić go mojem przepelnionem sercem. („I to ona mówi, to wcielenia zła — Boże! co za perwersja“). Chciałabym być kapłanką i oddawać się przechodniom jak dawne księżniczki hetyckie, nędznym żebrakom nawet…“ — („A, tu ją ponosi“).
— Może trędowatym? — spytał rozzuchwalony Tazio. — Boję się, że z twoją djalektyką możesz się łatwo nawrócić na totemizm nawet, a poza totemizmem niema już nic — tylko tożsamość wszystkiego ze samem sobą w bezpośredniem przeżywaniu, czyli poprostu zwierzę. Koniec: głowa dotyka delikatnie muru, nie waląc weń nawet... —
— Chodź już. Jeśli zostanę totemistką, ty będziesz zwierzem, którego będę czciła.
— I zjesz mnie uroczyście w rocznicę nawrócenia?
— Nie: będę cię zjadała codziennie, a ty będziesz się odradzał w płomieniach mojej żądzy... —
— Nie mów już. Boję się ciebie. —
— Ten strach twój, to moja największa rozkosz. — Otoczyli ich bronzowi ludzie w białych, powłóczystych szatach i słuchali ich dziwnej mowy. Nad jeziorem robił się gwałtowny świt.
— Boję się, że jestem już tylko zwierzęciem. Chwilami nie wiem, kim jestem. —
— Nie wiedziałeś nigdy i nie dowiesz się. Żyjesz tylko we mnie. Jesteś moim snem o ziszczonym szczęściu.
— A ty kim jesteś?
— „Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy.
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdę mej bezmocy“ —
powiedziała nagle początek wiersza Micińskiego „Lucifer“. Atanazemu zrobiło się jej żal, a jednocześnie wstyd za nią. I znowu poczuł, że ją kocha, że ona też jest istotą ludzką cierpiącą, okłamującą się, szarpiącą się w sprzecznościach. Pierwszy raz odczuł ją taką, jaką jest sama dla siebie. „Kocico, wężu i biedna oszukana kozo!“, pomyślał Atanazy słowami, które Nikefor mówi do Bazylissy Teofanu w dramacie Micińskiego „W mrokach złotego pałacu“. A jednak na chwilę doznał wrażenia, że coś w niej jest naprawdę niesamowitego: jakieś kobiece wcielenie Lucifera — djabli wiedzą co. [Myśli swoich na temat Zosi i możliwości dokonania jakiegoś czynu tam, u niwelistów, nie zwierzył Atanazy Heli. Była to teraz jedyna jego rezerwa — nie chciał jej roztrwaniać. Bał się, że Hela może go przekonać o wszystkiem, o czem zechce. Chociaż w rozmowach teoretycznych na społeczne tematy ona sama go nawracała powoli na niwelistyczną wiarę.]
— Jeśli się boisz zbydlęcenia, to może chciałbyś, żebym wysublimowała nasz stosunek przez pokutę — może chcesz...
— Nie mów tak — wpił się w jej wargi pocałunkiem, przy wszystkich czarnych, którzy zaszemrali głucho między sobą.
— Nie — odsunęła go lekko. — Nie — musimy jeszcze przejść przez męczarnię zupełnego oczyszczenia. Nie rozstając się, nie wyrzekając się niczego, przezwyciężymy wszystko, co w nas jest jeszcze zwykłe i pospolite: tę małostkowość zazdrości i poczucie własności ciał. Roztopimy się w wielości, rozmnożymy naszą wspólną jaźń, rozpuściwszy ją we wszechświecie, którego symbolami będą nam inni ludzie, aby jeszcze więcej spoić ją w jedno niewyrażalne, pozażyciowe coś na granicy niebytu, czego dotąd nie było na ziemi od początku wieków. — „Warjatka. Zaczynam się domyślać. A bestja. Już się nudzi jej ze mną samym. I to w tej chwili kiedy zaczynam ją kochać. Właśnie dlatego. A potwór: ona podświadomie wie o tem. Trzymajmy się za jakąbądź cenę. Nie wolno mi jej kochać. Ale to, co mówi jest bzdura. Żal mi jej. Ale od żalu do miłości jest tylko jeden krok. Trzymajmy się. Ale wyrzec się jej jeszcze nie potrafię“, pomyślał błyskawicznie Atanazy. — Tylko musisz mi się poddać — mówiła dalej, ale już w innym wymiarze, samotności absolutnej, słuchał jej Atanazy. — Zupełnie poddać. Jak mi się poddajesz, wtedy jesteś moim prawdziwym władcą... — „Poddam się wszystkiemu, bo muszę, muszę i w tem jest rozkosz“ — już pożądał jej do bezmiaru, mimo, że pięć godzin temu... „ale kochać cię nie będę. Na ten zbytek sobie nie pozwolę. Zosiu: ratuj mnie“, szepnął, ale była w tem jakaś nieszczerość wobec samego siebie. Wpatrzył się w jaśniejące gwałtownie niebo — zaróżowił się mały stratusik nad horyzontem — już był pomarańczowy, już złoty — wiatr ustał. Z za gór, daleko poza jeziorem, wytrysnęło żółtawe światło i w parę sekund potem wyleciała prostopadle z za widnokręgu oślepiająca kula słoneczna, zalewając żarem i blaskiem cały ten zaczarowany, tajemniczy świat, który zamiast na widno tracić swą obcość, potęgował się jeszcze w dziwnej grozie jasności. Tropikalny dzień bardziej był jeszcze nie z tego świata, niż noc. Atanazy miał wizję innej planety, albo zamierzchłych geologicznych epok. I w tej chwili stanął mu w myśli przykry problem: „Nie wiem kim jestem? Otóż jestem poprostu zwykłym alfonsem — bo jeśli nie mogę jej kochać, jeśli nie mogę sobie na to pozwolić i jeśli zgadzam się zawczasu na obiecane potworności, to nie mogę nigdy zostać jej mężem, czyli jestem poprostu na utrzymaniu. A z drugiej strony dlaczego jakaś ceremonja ma uprawniać do czegoś, co bez tej ceremonji jest świństwem? Tradycja, konwencja społeczna — a więc w zasadzie niema w tem nic złego?“ Nic nie pomogły rozumowania: świństwo nie dało się wyeliminować z tego równania, przy pomocy odpowiednich podstawień, a parametry: bogata Hela i on: biedny alfonsik (może „metafizyczny“?), były nie do naruszenia. A rozstać się z nią teraz nie mógł, nie miał siły. „Trzeba brnąć“, myślał ponuro. „Zobaczymy co będzie. Jednak to jest ciekawe, co ona nowego wymyśli. Ach — gdyby tak na wszystko módz patrzeć z boku, jak dawniej.“ Ale rzeczywistość narzucała się zbyt silnie, aby można ją było w jakikolwiek sposób zmienić na zobjektywizowany artystyczny obrazek.
Schodzili w dół ku wiosce w cichym tłumie pielgrzymów. Hela z bydlęcym zachwytem wchłaniała w siebie piękność świata. Atanazy szedł zamyślony, bezwolny jak lunatyk. W duszy jego panował spokój zupełnej klęski. Świat dookoła pienił się przepychem, dławił się podziwem dla samego siebie. Atanazy też był piękny, ale coś było wstrętnego w tej piękności; to właśnie podobało się jej, to właśnie w nim wywoływała. Jakim będzie ten dzień? Co wykombinuje jeszcze ten potwór dla większego jeszcze udręczenia i rozkoszy?
Wieczorem byli już daleko od Apury, wśród suchej dżungli, oddzielającej święte miejsce od najbliższej stacji na północy. Tam znaleźli już swoje bagaże i służbę. A w dwa dni pędzili już ekspresem do Hajderabadu.

Informacja

[Zaczęły się rzeczy naprawdę straszne: spełniła się obietnica męki bez granic. Właściwie o tych rzeczach „naprawdę strasznych“, wkraczających już w sferę kodeksu karnego, nie miał Atanazy pojęcia, będąc typem w miarę perwersyjnym i nie mając środków do urzeczywistnienia jakichś pomysłów na większą skalę, nawet gdyby mu takie do głowy przyszły. Hela nie chciała wcale podniecać Atanazego zazdrością. Ale po wyczerpaniu przerafinowanego na wylot djalektyką wyuzdania we dwoje, cóż pozostawało, jak nie świństwo zbiorowe, z wzrastającą ilością wplątywanych w nie osób trzecich — a tracić kochanka nie chciała Hela za nic w świecie: wszystko miało urok tylko z nim, w atmosferze jego psycho-fizycznej męczarni. Och — te „osoby trzecie“! Cóż to były za gatunki! Atanazy pojęcia nie miał, że coś podobnego istnieć mogło. A wszystko pokrywał „Commercial Bank of India“, płacąc szalone czeki Heli z psią uległością — skarby zostawione przez starego Bertza w Banku Angielskim i z góry przepisane na córkę jeszcze za jego życia, zdawały się być niewyczerpane. Atanazy szybko wyzbył się problemu alfonsostwa i używał wszystkiego jak prawowity mąż Heli — postanowił się z nią ożenić bez względu na stan uczuć i wypadki. Upadek jego stawał się coraz kompletniejszy, nieprzerywany prawie jaśniejszemi momentami chęci powrotu do dawnego życia. Pierwsze „trochę“ bogate małżeństwo napoczęło jego słabą moralność, Hela zniszczyła ją do reszty. Ślub ich miał się odbyć zaraz po wyjaśnieniu sytuacji w kraju. Tak było to postanowione przy wyjeździe z Apury.
Śmierć ojca nie zrobiła na Heli żadnego wrażenia. Tylko spadł z niej jakiś tajemniczy ciężar, z którego istnienia przedtem, dopiero teraz zaczęła sobie zdawać sprawę. Może był to utajony „kompleks ojca“? Symetrja w stosunku do Atanazego i jego matki zdawała się sprawiać jej specyficzną, artystyczną przyjemność. Możność pogodzenia religijnego światopoglądu z płciowem rozbestwieniem była najważniejszą stroną przejścia jej na nową wiarę. Zagłębiała się w staro-indyjskie księgi w tłomaczeniach angielskich i zawzięcie studjowała sanskryt, robiąc zadziwiające postępy. Postanowiła zdać doktorat w hajderabadzkim uniwersytecie. Ale w stosunku do przedmiotów tych Atanazy nie wykazywał głębszego zainteresowania. Ostatecznie przerzucił się do kwestji społecznych, próbując ująć w niezłomne „transcendentalne“ (w znaczeniu Corneliusa) prawa, kwestje rozwoju ludzkości i każdego wogóle gatunku myślących Istnień Poszczególnych. Pisał, przekonanym będąc, że jest to bzdura zupełna, ale tem poniekąd usprawiedliwiał przynajmniej swoją codzienną egzystencję. Tymczasem życie, to właśnie codzienne, potworniało z dnia na dzień, przybierając formy coraz bardziej kryminalne. Ale niewyczerpana była cierpliwość i uległość całej rzeczywistości, począwszy od Indyjskiego Banku Handlowego, który zresztą nic do gadania nie miał, aż do władz policyjnych, któreby coś do powiedzenia miały, gdyby nie kompletna tromboza organów mowy i odpowiednich ośrodków mózgowych, wywołana szalonemi dawkami złota. Zaczęło się od hoteli, ale wkrótce okazały się one zbyt niepewną podstawą operacyjną dla spraw tak zawiłych i wykraczających poza ogólnie przyjęte normy życia stadowego. Wynajęto wobec tego w kuracyjnej miejscowości u stóp Himalajów, zwanej Anapa, pewną willę, pozostałość po jakimś młodym Radżdży, więzionym przez anglików. Tam poznał Atanazy otchłanie upadku, których istnienia nawet nie przeczuwał. Zaczęło się od jakiegoś hinduskiego niby-mędrca, który miał wykładać Heli Kama-Sutrę, popierając teorję ćwiczeniami praktycznemi. „To już nie podobało się“ Atanazemu. Ale Hela umiała transformować wszelkie ujemne elementy w sferze erotyzmu, na spotęgowaną rozkosz, a nawet na zniekształconą coprawda, ale zato „wielką miłość“. Obcym był jej demonizm wyrzeczenia się i odmowy, narówni z chęcią wzbudzania zazdrości jaka takiej, jako środka — nie potrzebowała tak wulgarnych sposobów. Motywem wszystkiego, co czyniła, okazywała się tylko chęć sprawienia maximum przyjemności sobie i kochankowi i wprowadzenia go w nieznane dlań światy perwersji, mającej tylko pogłębić ich duchowy stosunek. I kto wie — może tak było z początku, ale wszystko ma swoje granice i wytrzymałość Atanazego miała je także — ale o tem później. Po hindusie, tłómaczu Kama-Sutry, z którym już nastąpiły pewne eksperymenty wspólne, przyszły nowe kombinacje — raczej ów Dambar-Ting stanowił stałe tło rozwijającego się szeregu zazębień i zaplątań. Jakiś olbrzym z plemienia Guru, zwany Bungo Dzengar, zaczął się plątać po willi od samego już rana. Nikt dobrze nie wiedział, co myślał ten drab, bo był dokładnie głuchoniemy. Zato posiadał inne zmysły wyostrzone w zabójczy sposób. Potem wprowadzono dziwne kobiety, a potem małe dziewczynki i chłopców, a potem...
Jęki, wzdychania i krzyki — niewiadomo: męki czy rozkoszy, straszliwe podniecające zapachy, wschodnie narkotyki (raz tylko każdego próbowała Hela) dziwnie, w formy odpowiednie, wypoduszkowane pokoje, wielorakość, zmienność, płynność, zacieranie granic osób i rzeczy, zmięszanie tortur z przyjemnością i nad wszystkiem duszący czad obłędu i zbrodni, utrzymywanej na samej ostatniej, śmiertelnej granicy — tuż przed śmiercią, którą stosowano tylko do niższych stworów, składało się na te dni i noce, niepodobne do żadnych najdzikszych fantazji europejskich literatników. Atanazy poddał się temu wirowi z całą świadomością. Też tylko raz jeden (według rozkazu Heli) spróbował miejscowych „drogów“, ale nic nie mogło iść w porównanie z pierwszem wrażeniem od kokainy w czasie tamtej nocy. Z początku cierpiał rzeczywiście męki niesłychane, widząc to wszystko, co się działo. Ale ponieważ odbywało się to przy nim, a Hela z niczego nie robiła tajemnicy i umiała z każdej okropności stworzyć nową podnietę, wkrótce wpadł Atanazy w nałóg „potęgowania potworności“ (jak to się nazywało) i brnął ze wstrętem, połączonym z niezdrowem upodobaniem, w coraz to inne orgjastyczne „nowalje“. Mimo wszystko, jeszcze nie wypełniły się czasy, chociaż chwilami zdawało się, że nic już więcej być nie może, a napięta do ostateczności sytuacja groziła jakiemś szalonem pęknięciem.
Z kraju, poza oficjalnemi komunikatami, dochodziły ich dość skąpe wieści. Nie mieli tam prawie nikogo blizkiego. Jedynie stary „butler“ Ćwirek uwiadamiał od czasu do czasu Helę o stanie rzeczy — lubił bowiem bardzo swoją księżnę, którą znał od dziecka. Dostał posadę leśnego w rządowych lasach i czuł się nieźle. A więc: Tempe, jak wiadomo, był u szczytu, pani Osłabędzka umarła na serce w nędzy, Purcel był komendantem całej kawalerji (nazywana go krajowym Budiennym), Baehrenklotz — komisarzem Sztuk Plastycznych. Łohoyski i Ziezio, przebywali w szpitalach warjatów — pierwszy sporadycznie — drugi stale. Smorski kończył się w zupełnej ataraksji. Jędrek uwolniony z więzienia, gdzie dostał się poprostu jako hrabia, wpadł znów w swój zgubny nałóg i na dodatek w niwelistyczny mistycyzm, graniczący z zupełnym obłędem. Musiano go czasowo zamykać. W okresach wolnych od furji wypuszczany był na wolność w celach propagandowych. Umetafizyczniony nowy swój system społeczny roznosił po wsiach i pomniejszych miasteczkach (do stolic miał wstęp wzbroniony), przeważnie na Podhalu. Oto co pisał o nim dosłownie Antoni Ćwirek:

„...Hrabia siedzi dalej stale w Zarytem, o ile go na czas pewien nie zamykają, ale zgłupiał bardzo i napewno u czubków na zawsze kiedyś skończy. Teraz było u nas o kokainę łatwo i znowu zaczął tego świństwa używać. Potem wyszły nowe prawa. Ale z jakie 10 kilo ma u siebie. Mieszka dalej u Hlusiów, chodzi po chałupach i po dalszych wsiach i coraz dziwniejsze rzeczy mówi o jakiemś królestwie Wielkiego Pępu, które nadchodzi. A po obu stronach ma duchy: nazywają się: Migdaliel i Cybuliel, jak z żywymi z nimi gada. Boję się go choć pokorny jest i żadnego hrabstwa po nim nie poznać“.

Kuzyn Łohoyskiego, książę Miguel de Bragança, widywał się z nim czasem na granicy państwa, ale namowy jego w kierunku powrotu do dawnego życia — ofiarowywano Jędrkowi za żonę prześliczną księżniczkę krwi, Amelję — nie odnosiły żadnego skutku. Z kijem w ręku, wysokim jak pastorał, zakończonym czerwonym pióropuszem, w skórze z białej kozy, którą sam zarżnął, boso, zarosły w potworne blond-kłaki, ganiał po drogach, miewając mowy do obałwanionej zupełnie wiejskiej biedoty i małomiasteczkowej nędzy, której praktycznie zupełnie nie było. Nie wierzył, że był kiedyś hrabią, ale ten fakt dodawał mu tylko uroku. Nauczona rosyjską rewolucją miejscowa partja niwelistów nietylko w teorji, ale faktycznie, nie tępiła inteligencji. Wciągano tylko w pracę co najtęższe łby, a jedynie najbardziej opornych wysyłano na kursa uzupełniające, połączone z torturami, z których niektórzy wracali na wysokie stanowiska, a najbardziej zatwardziali ginęli powoli w mękach, znoszonych niewiadomo poco, bo przecież wszystko musiało być tak, jak było, czego zresztą czarno na białem dowodził Atanazy w swojej pracy filozoficzno-społecznej. Ale teorja jego, jako zbyt przesiąknięta dawnym, zamaskowanym indywidualizmem, nie znalazła — jak to się później okazało — należytego uznania. I powoli, gdyby nie pewne, czasem zbyt brutalne „nastawienia“ otrzymywane od sąsiadów (w Niemczech było to samo, tym razem na dobre), wszyscy przyszliby łatwo do przekonania, że tak być powinno — zmęczenie było straszliwe. Jak się okazało, stary Bertz doskonale mógłby idejowo przystosować się do nowego ustroju. Uparł się tylko jak mrówkojad, nie chcąc swych zagranicznych kapitałów ofiarować przychodzącemu do władzy rządowi, o co go prosił dowódca oddziału, który zdobył jego pałac. Za to zginął mężnie, syt zresztą życia i trochę już zmęczony. A uczynił tak przez miłość dla córki. Dowiedziawszy się o tem Hela, cały dzień spędziła w domowej kapliczce Sziwy, ale nazajutrz orgja rozpoczęła się na nowo z potrojoną gwałtownością. O dziwo (tak: o dziwo) nawet Wyprztyk przystosował się do warunków, zostawszy głównym dyrektorem Instytutu Kultów, ale pod maską tą dbał tylko o to, aby jego religji, jedynej w którą wierzył, nic złego się nie stało. Bo katolicyzm nie miał dobrej marki u niwelitów. Nauczyli się jednak nie niszczyć wszystkiego, tylko zużywać co się dało, w miarę możności dla swoich celów. Była to ideja Sajetana Tempe — tego przeklętego, co zawsze miał rację. Drugą jego ideją było przetworzenie systemu niwelistyczno-komunistyczno-państwowego w postępowy syndykalizm — ale to wymagało trochę więcej czasu. Nie miał zamiaru tego dożyć, tylko zbudować podstawy.]
W tym czasie pisał do Heli Tempe, ale listu jego nie pokazała Hela Atanazemu, twierdząc, że jej gdzieś zaginął. Domyślał się Atanazy, że chodziło tu o jej pieniądze i zużycie osobistego jej uroku dla celów nowego porządku. Tak też było w istocie, przyczem dodane były lekkie oświadczyny: Tempe potrzebował widocznie jakiejś Egerji, odpowiadającej jego stanowisku i sile, która wzrastała z dnia na dzień, zamiast się zużywać. Była to jedna z tych tytanicznych natur, które rosną w proporcji do wielkości ciężarów i zadań. Ale na razie kombinacja zbiorowych wzruszeń erotycznych, miłości jedynego prawdziwego kochanka — spotworniałego do rozmiarów jakiejś metafizycznej bestji — i nowej religji, nie była jeszcze wyczerpana i wystarczała zupełnie księżnej Prepudrech — Duchess of „Pripadrècz“ — jak ją tu nazywano, a z nią razem i biednego tatarskiego szlachetkę.
Na uboczu, w cichym zakamarku ducha, rozrastała się w Atanazym spóźniona miłość do Zosi i zamiar złączenia się z jej widmem, w czystych sferach niebytu, po dokonaniu przedśmiertnego czynu. W miarę rozkładu zewnętrznej psycho-fizycznej skorupy rosła w nim tajemna siła, w którą składał skrzętnie — „ziarko do ziarka“ — aż będzie miarka. Miara i miarka przebrały się jednocześnie. Z temi orgjami i perwersjami wszystko było jeszcze dobrze, póki w grę wchodzili ludzie kolorowi: hindusi (bądź co bądź arjowie), malaje, chińczycy, burmani, mieszkańcy Sjamu, Anamici i inne mongołoidy. Ale kiedy powoli, w najbliższem otoczeniu Heli, pojawiać się zaczęli „biali“, a nadewszystko kiedy dopuszczeni zostali do tychże poufałości, co „coloured people“, Atanazy stanął trochę dęba, tembardziej, że zmuszony bywał do takichże samych psycho-fizycznych kombinacji, co z tamtymi. Bądź co bądź z początku pomogła mu trochę dawna ideologja Jędrka — „użyć wszystkiego“ — ale zdrowy instynkt przemógł, tembardziej, że siły na najwścieklejszego byka muszą być niestety ograniczone — „eine Transcendentale Gesetzmässigkeit“ — trudno. A do tego duch Zosi... A więc przybył do towarzystwa pewien grek: Lykon Multiflakopulo, wywodzący się od jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego; jakiś rosyjski kniaź Grubenberg-Zamuchasranskij, wesoły amerykański miljoner Robert Beedle i włoski markiz Luigi Trampolini-Pempi. Do tego kobiety białe tak okropne, że... Na tle znajomości rozmów w Apura, można sobie wyobrazić jakie rozmówki odbywały się teraz między kochankami. Hela była prawie na granicy ostrego obłędu. Mówiła rzeczy ścinające białko i rozkładające poprostu hemoglobinę, wytwarzające toksyny, zdolne zabić megatherium Cuvier’a — kobry zazdrościłyby jadu jej słowom, gdyby mogły słyszeć ją, gdy przekonywała kochanka o duchowej wyżynie, która czekała ich potem — ale kiedy? — gdzie miały się skończyć wreszcie potworności, a zacząć cud? Granice uciekały w krwawą mgłę jej niesytej wyobraźni, w piekielny opar złośliwej, sprośnej warjacji. Zaczynał się znany z procesów kolonistów okrutny „bzik tropikalny“: upał, pieprz, alkohol, bezkarność i narkotyki — oto są przyczyny tej choroby. Aż wreszcie Atanazy przestał się nawet męczyć tem wszystkiem — zapadł w stan chronicznego „stuporu“. Chodząc samotnie wolnym krokiem starca po okolicznych górach, myślał coraz częściej o ucieczce. Hela wypłacała mu stałą pensję na osobiste wydatki — na jego żądanie bardzo skromną. Tylko wspólne przeżycia opłacane były bez rachunku. Od pewnego czasu robił Atanazy oszczędności i w ten sposób „uciułał“ (cóż za ohydne rzeczy!) pewną „sumkę“, za którą, nawet I-szą klasą, mógł wrócić do Europy. Tropikalny klimat i nawet w tych warunkach pejzaż męczyły go jak okropny koszmar. Już nie mógł znieść ciągłego upału, chininy i moskitów, a do tego tamto... Praca o metafizyce społecznej leżała już od paru tygodni odłogiem. Boże! W jakże krótkim czasie to się stało! Miesiące te były jak lata, a ze wszystkiego wyzierała niczem nie dająca się zapełnić pustka i nuda. Bestjalstwo i ohyda przestały na niego działać zupełnie. Niewielki zapas uczuć, który miał na życie całe spalił w ciągu tych kilku miesięcy — została kupa żużli i duch jego unosił się nad tą ruiną, jak dymek nad paleniskiem w kilka dni po pożarze. A Hela w stanie półmistycznego obłędu i ostrej nymfomanji, objedzona indyjską mitologją, którą napróżno starała się pogodzić z Russellem, Husserlem, Bergsonem Corneliusem, Machem i James’em, zbitymi w jedną kupę w jej biednym mózgu (jedynem ukojeniem była teorja Wielości Rzeczywistości Chwistka), stawała się towarzystwem ciężkiem nie do zniesienia. (A piękna była jak na złość ciągle). Intelekt jej, zmęczony ciągłą beznadziejną pracą w kierunku pogodzenia wszystkich sprzeczności i manją stworzenia systemu pan-religji, zgodnej z idejami najbardziej wysuniętych placówek różnych rodzajów filozofji ścisłej, odmawiał już jej posłuszeństwa. Nie była umysłowo twórczą — w tem tkwiła jej tragedja — a wymagania od siebie miała wprost straszliwe.
Na ostateczną decyzję Atanazego wpłynął cały kompleks przyczyn. Indje też zaczynały się powoli burzyć od podstaw i życie w ten sposób, w jaki żyła Hela, nie mogło utrzymać się w tym stanie na dłuższy dystans. A ginąć tu, w jakiejś indyjskiej zawieruszce, podobnie przypadkowo, jak od trąby rozjuszonego przez Helę słonia, Atanazy nie chciał. Jak już ginąć to świadomie. Czyn swój musiał spełnić tam, w swoim kraju, do którego tęsknił coraz bardziej, wśród niesamowitości otaczającej przyrody. Byli teraz na Ceylonie, gdzie Hela urządziła „camping“ na wielką skalę. Trochę za ciasno było jej w ludniejszych okolicach. Obozowisko namiotów zajmowało ½ kwadratowego kilometra w północnej części wyspy, koło Ragnarok. Tylko polowania były wykluczone z liczby dozwolonych przyjemności, bo tak Hela, jak i jej kochanek nie znosili zabijania zwierząt inaczej jak w czasie rytualnych orgji, według własnego ich, specjalnego obrządku — wtedy było to usprawiedliwione celem wyższym: poznania coraz głębszej tajemnicy własnej istoty, co było możliwe tylko w jakiejś czynności przeciwnej najistotniejszym instynktom. (Postępując ciągle w ten sposób łatwo zmienić się w swoją własną odwrotność.) Któregoś dnia doszło do tego, że któryś z pomniejszych gości skonał na serce. Jakąś panią załaskotano prawie na śmierć: żyła, ale został się jej lekki bziczek. Oczywiście wypadki te zamaskowano świadectwami lekarskiemi bez zarzutu. Ale była to ostatnia kropla, która przeważyła postanowienie Atanazego. Nie miał ochoty zgnić w ceylońskiem więzieniu, a we wszystko musiał być osobiście wmięszany. Poza tem coraz częstsze były szantaże kolorowych ludzi. Jednego czarnego ubito w dżungli niby przypadkiem. Życie naprawdę wkraczało w sferę prawdziwej, śmiertelnej zbrodni. Wstydził się trochę Atanazy, że te właśnie wypadki definitywnie skłoniły go do ucieczki, ale trudno: było jak było — uciekać musiał. Podziwiał tylko własne siły, że mógł wytrzymać to wszystko. Chwilami żal mu było Heli aż do łez włącznie, jej samej, nietylko jaka erotycznego objektu — ale cóż miał robić z obłąkaną, która o niczem realnem wiedzieć już nie chciała: zdawało się jej że jest jakąś nad-kobietą, nieomal bóstwem. A duch Zosi wołał go teraz coraz częściej. Nierzadko, gdy błąkał się sam po dżungli słyszał wyraźnie jej głos. Raz widział jej twarz w rogu namiotu na tle tarczy z bawolej skóry, którą kupił jako talizman od jakiegoś Weda, jednego z pół-zwierzęcych osobników ze środka wyspy.
Zamówił woły w pobliskiej wiosce, zapakował co najpotrzebniejsze rzeczy i czekał nocy. Do stacji było z 15 kilometrów, ale w tej części wyspy wałęsały się jeszcze niewytępione całkowicie tygrysy, — jechać samemu bez eskorty nie było bezpiecznie. Naznaczenie dnia tego, a nie innego, co było najtrudniejsze, spowodował incyndent następujący: do towarzystwa przybył dnia poprzedniego straszny gość: pierwszy anglik w tem gronie: chuderlawy pan, z oczami, które mogły zdawało się przebijać stalowe płyty: Sir Alfred Grovemore z N. S. W. P. P., którego Hela, przez dziką perwersję przeznaczyła na najbliższego przyjaciela swego ukochanego Tazia. Ale sir Alfred traktował Atanazego — mimo uzurpowanego przez niego książęcego tytułu — z zupełną pogardą: co dla takiego anglika przedstawiał jakiś pers — w dodatku alfonsowaty — coś tam szeptano już w pewnych kółkach o nieprawdziwości całej tej maskarady — tak, jakby wogóle maskarada mogła być prawdziwa. O mało nie doszło do grubej awantury. Ostatecznie wymknął się Atanazy kolo 7-ej wieczór, przed samym obiadem. Często uwalniał się teraz od wspólnych jedzeń.
Parę kilometrów za obozem woźnica, Tamil, zapalił latarnię i tak jechali z męczącą powolnością po wyboistej drodze wśród ścian dziewiczej dżungli, oświetlonych migającemi blaskami. Myriady ogromnych, zielonych świetlaków unosiły się w powietrzu jak meteory i błyszczały wśród czarnych gąszczy. Ostatni raz Atanazy nasycał się tropikami, które wskutek „ostatniości“ chwili nabrały dla niego nowego uroku. Po raz pierwszy stosunek jego do tego dziwnego kraju, o którym wiedział, że ogląda go po raz ostatni, stał się uczuciowy, prawie że sentymentalny, jak do pewnych zakątków rodzinnych stron. Sam nie wiedział, kiedy zżył się z tą obcą naturą, mimo, że chwilami prawie jej nienawidził. Taksamo z żalem myślał o Heli: z mięszaniną przywiązania, a nawet litości, z wściekłością za swój upadek, szczególniej na tle przeżyć ostatnich. Ale gdzieś na dnie nie żałował, że przeżył ten okres: całe zło wypaliło się w nim doszczętnie. Teraz dobrze: był wyczerpany do samego szpiku. — ale czy wytrzyma bez niej fizycznie, czy nie dostanie obłędu, gdy zabraknie mu tej ciągłej narkotycznej podniety zmysłów. Czuł jad we krwi, a z drugiej strony bał się wybuchu działania nagromadzonych anty-ciał psychicznych — jednem z głównych było widmo Zosi, które w zakamarkach duszy hodował. Zaczął padać drobny deszcz. Monsun przestał wiać już dawno i cisza była w lesie zupełna; przerywał ją tylko skrzyp kół i uspokajające pomrukiwanie garbatych białych wołów. Nagle woły się zatrzymały i w żaden sposób nie chciały iść dalej. Napróżno woźnica walił je batem i zachęcał przeciągłym krzykiem: „Aaa, Aaa, Aaa!“ Wtem posłyszeli obaj trzask gałęzi w suchej nizkiej dżungli i straszliwy ryk rozdarł tajemniczy spokój uśpionego lasu.
— Tiger, tiger! — krzyczał tamil. — Shoot, Sahib! Shoot anywhere! — Atanazy nie myśląc nic wypalił siedem razy z browninga (karabin zastawił w namiocie) i stężał w oczekiwaniu, włożywszy zaraz nowy magazyn. Teraz na nowo pojął, jak kochał życie (czy też jakim był tchórzem) mimo wszelkich samobójczych myśli, w czasach gdy nie mógł już znieść bestjalstwa Heli, a nie miał siły oderwać się od tej ohydy. (Wtedy po śmierci Zosi to było całkiem coś innego) Cisza. Woły zaczęły miotać się i ryczeć. Latarnia, uczepiona na frońcie budy rzucała niespokojne błyski. Woźnica zdzielił swoje garbusy batem i pojechali dalej względnie szybko. Atanazy wystrzelił jeszcze dwa razy. Gdzieś (a może mu się zdawało?) trzasły jeszcze gałęzie, a zdala rozległ się żałosny bek, jakby naszego jelenia.
— Got him, got a deer. Good luck, Sahib. No fear — rzekł woźnica i zaśpiewał dziką pieśń, bez określonego tematu. Daleko słychać było bębny. Do końca drogi Atanazy był stężały i napięty. Zajechali wreszcie do dużej osady wśród plantacji gumy i herbaty, gdzie stawał Ragnarok-express, łączący Indje (po mostach między wyspami) Anaradżapura, Kandy i Colombo. Znalazłszy się w restauracyjnym wagonie odetchnął. Przygoda z tygrysem napełniła go nową siłą. Była to mała próbka, bardzo mała, ale wiedział już, że jądro najgłębsze jego istoty nie jest zniszczone. Sam wyjazd nie był tu jeszcze miarodajny — wypadek ten przekonał go ostatecznie do siebie. Miał się o co w sobie zaczepić, aby wyciągnąć się z bagna. Ale poza spełnieniem „czegoś rzeczywistego“ i śmiercią, życie nie przedstawiało dla niego żadnego już uroku. Miał wrażenie, że gdyby na świecie, a szczególniej w jego kraju, nie działo się nic nadzwyczajnego, zarazby zrobił odpowiedni użytek z rurki z białym proszkiem.
W szary, mglisty poranek opuszczał Colombo wielkim parowcem Peninsular and Oriental Company, czyli tak zwanym P. and O. Płaski brzeg ze srebrzystą, strzępiastą linją palm i wązkim paskiem żółtego piasku i jakieś komercjalne budy o czerwonych dachach, nad któremi unosiły się rude sępy i mewy, zasnuła mgła i tropikalny świat zniknął mu z przed oczu, jak dziwny sen, który trudno zrekonstruować po obudzeniu się. Na okręcie zrobiło się trochę gorzej. Musiał Atanazy uciec się do paljatywów. Uwiódł więc jakąś młodą wdowę po oficerze, zabitym w Indjach, wracającą do Anglji. Zakochała się w nim bez pamięci — nie znała biedaczka podobnych rzeczy zupełnie — wyższa szkoła Heli dawała wyniki zdumiewające. Potem jakaś brazylijska kokota z Rio, potem żona ohydnego holenderskiego byznesmana, potem perwersyjny romansik z córką „pursera“ — wkrótce miał cały harem, a każdy wie jak trudno jest załatwiać podobne sprawy na okręcie. Wszystko to nie dawało mu najmniejszego zadowolenia, ale bądź co bądź pomagało w tem, że coraz częściej myślał o biednej Zosi i swojej misji społecznej. „Trzeba być konsekwentnym“, mawiał do siebie ni w pięć ni w dziesięć: „jeśli się nie jest faszystą, trzeba być niwelistą“. Skończył w tym czasie swoje „dziełko“ i chwilami był prawie zadowolony z losu. Miał zamiar oddać Heli pieniądze uzyskane za wydawnictwo i wogóle zwrócić cały dług. Nie wiedział biedaczek jak stały finansowe sprawy w kraju — nie miał pojęcia jak żyje tak zwana inteligencja. A zresztą może się jeszcze z nią ożenić i odejść od niej, (to już było kapitalne po tem co było!) i tem pokryć wszystko. Czyż jej to było potrzebne? Zupełnie stracił głowę. Więc pocóż uciekał? Myśląc tak nie zdawał sobie sprawy ze swego upadku. Nieznacznie, sam nie wiedząc kiedy, zmieniał się w zupełnie innego człowieka.
Już w Bombayu otrzymał depeszę Heli:

„Wracaj. Przebaczam. Wszystko zaczniemy na nowo. Ja mam już dosyć. Chcę tylko twojej miłości.“

„Ależ prędko mnie złapała“ — pomyślał Atanazy. I nagle przypomniało mu się wszystko: jad wybuchnął mu we krwi i objął całe ciało pożarem. Poszedł do indyjskich tancerek na Malabar Road i tam spędził noc całą. Zdawało mu się, że po trzech dniach głodówki zjadł małą kanapkę. Ale wrócił na okręt spokojny. Reszty dokonały kobiety na statku, które prowadziły o niego bezlitosną walkę, na włosek jeden od publicznego skandalu. Postanowił wrócić tą samą drogą, którą jechał przez Bałkany — tracił bilet od Port-Saïd do Neapolu, ale nie mógł się oprzeć pokusie widzenia tych samych miejsc w drodze powrotnej — chciał sprawdzić swoją siłę. W tajemnicy przed kochankami opuścił okręt i nazajutrz jechał już z Aleksandrji do Aten. Błądząc po smutnym, spalonym przez słońce Akropolu, przypomniał sobie ten dzień wiosenny, kiedy jechali z Helą, pełni jeszcze zdrowej względnie miłości. Mimo, że wtedy rozpacz jego po stracie Zosi i wyrzuty sumienia były męką nie do zniesienia, pożałował tego dnia i niepowrotnej przeszłości. Wpatrzony w białe ruiny greckie, których tak nie lubił, płakał Atanazy po raz ostatni w życiu. Twarz miał spokojną ten „metafizyczny alfons“, tylko łzy bólu lały mu się z bezdennie smutnych oczu. Wiedział, że koniec już blizki i tu naprawdę pożegnał się z życiem. „A jednak ostatni okres ułożył się w pewną kompozycję“ pomyślał z pewnem zadowoleniem. Życie bez sensu, istnienie samo w sobie okrutne, ponure i tajemnicze, które staramy się pokryć ważnością codziennych, równie bezsensownych zajęć, jak wszystko, ukazało mu twarz swoją bez maski — spalił się w ogniu ostatniej (czyżby?) miłości. „Może są inni, którzy myślą inaczej — pokój z nimi — nawet im nie zadroszczę. Jeszcze w XVIII-tym wieku wszystko miało sens — dziś nie. Przechodzimy, nie wiedząc czasem nic o sobie, myśląc że zbadaliśmy i wiemy wszystko, aż znienacka łapie nas śmierć; albo czasem, przez dziwny przypadek zgodności psychicznych danych i rzeczywistego układu, ukazuje się nam potworna przepaść niezgłębionej Tajemnicy ograniczonego, indywidualnego istnienia, na tle Nieskończoności tego, na co niema definicji, co oznaczamy słowem Byt. Przemijamy — to tylko wiemy, a reszta jest fikcją okłamujących się bydląt. Jedyną rzeczywistością jest byt społeczny, doskonale zmechanizowany, bo jest przynajmniej kłamstwem w najdoskonalszej formie. Dlatego muszę zostać niwelistą“ — tak zakończył Atanazy ten szereg bezwyjściowych myśli. Manjakalna konieczna koncepcja ta, była jak rzeka, do której od pewnego czasu zbiegały się jak drobne strumyczki wszystkie inne jego myśli. Rzeka ta uchodziła w morze: w ideję bezindywidualnego społeczeństwa automatów. Jaknajprędzej zautomatyzować się i przestać cierpieć. Co robiła w tej chwili Hela? Kto zajął przy niej jego miejsce? Czy ten okropny, pająkowaty Sir Alfred, jego niedoszły przyjaciel. „Przyjaciel“ — z jakąż goryczą wymówił to słowo. Był sam — nie miał komu nawet o sobie opowiedzieć. Kogóż to wszystko obchodzić mogło. Jeden może Łohoyski i ten psia-krew oszalał. „Gina Beer! Ona jedna jeszcze — ciekawy jestem czy żyje.“ Ożywił się tem wspomnieniem, ale na krótko. Schodził z góry Akropolu jak do grobu. Może jeszcze bardziej obce były mu te ruiny wśród wyschłych żółtych traw, na tle popołudniowej orgji kłębiastych obłoków na wschodzie, niż cały Tropik. Zamknęło się już wszystko — nawet czyn ostatni, (jakże trudnem to będzie z czysto technicznego choćby punktu widzenia!) wydawał się czemś małem, nieistotnem. A dokonać go trzeba. „To jest moja misja na tej planecie i to, co napisałem. Może tu bzdura, ale tak być musi. Jestem pyłkiem w tem wszystkiem, ale pyłkiem koniecznym.“ Męcząca przypadkowość dawnych dni rozwiała się. Za to wdzięcznym był Heli.
Nie przeczuwał biedny Atanazy, że przyjdzie mu skończyć życie w zupełnie innym świecie idei, niż ten, w którym żył teraz. Zemsta upośledzonych układów czaiła się w mroku jego istoty. Cóż kogo mogło obchodzić, czy ideje te (te które przyjść miały) były „urzeczywistnialne“, czy nie — mądre, czy głupie. Chodziło o wymiar psychiczny, w którym miał nastąpić koniec.
Tymczasem zdawało mu się, że poznał siebie przed śmiercią. I na myśl o tem, że mógłby dotąd być tam w kraju mężem Zosi i ojcem Melchiora i zarabiać w nędzy w jakiemś biurze, a nie wracać jako ten żywy trup wiedzący wszystko, co wiedzieć mógł, zatrząsł się ze zgrozy i retrospektywnego strachu. A mimo to tylko Zosię teraz kochał i z jej duchem w zgodzie chciał to życie zakończyć. Taka przewrotna, nieszczęśliwa bestja był ten Atanazy. A wieczorem mimo wszystko, gdy wypił greckiego wina i zjadł dobrą kolację w Pireus, (na dwie godziny przed odejściem okrętu do Salonik) to nie wytrzymał i poszedł do jakiegoś bajzlu dla wyższych oficerów marynarki i tam bawił się wcale dobrze z jakąś zwyczajną żydóweczką aż z Kiszyniowa i rozmawiał z nią „istotnie“ o niweliźmie i problemie semickim wogóle. Gdyby mogła go widzieć Hela.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.