Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


waną pogardą, wiedząc o tem jakie sprawi mu cierpienie. To łagodziło trochę wyrzuty sumienia — chwilami oczywiście. Męka bez granic trwała do 6-tej zrana. Siedząc, zasnął do 7-ej. I to piekielne obudzenie się, z tem jasnem poczuciem, że wszystko zaczyna się na nowo: z początku bezprzedmiotowe przerażenie, że coś się stało, ale jeszcze niewiadomo co — a potem piekielny film wypadków rozkręcał się w pamięci i maszyna do tortur chwytała Atanazego w swoje zębate koła i transmisje. Regularnie co godzinę płakał. Zdawało się, że każda sekunda przeszłości była już czemś najgorszem, że teraz powinno przyjść, zacząć się choćby jakieś polepszenie. Ale nie: im dalej tem gorzej. O którejś tam godzinie któregoś dnia, pani Osłabędzka mówiła jak maszyna: (Biedna staruszka widząc prawdziwe cierpienie zięcia, okłamana przez niego, że sprawa poszła o dziecko, przebaczyła mu troszkę — nie bardzo, ale zawsze. Strzał księcia w Helę przedstawiono jej jako zupełnie dodatkową historję. Nie pytała nikogo i nikt nie śmiał jej nic powiedzieć.) „Czas leczy wszystko. Wiem ostatecznie, że nikt nigdy niczemu zupełnie winien nie jest i że cierpisz bardzo. Przebaczam ci, bo wiem jednak, że z początku ty kochałeś ją więcej i gdyby ona umiała inaczej tem uczuciem pokierować, nie doszłoby aż do tego. Może po jakichś pięciu latach rozeszlibyście się w zgodzie. Trudno. Przetrzymaj to i bądź szczęśliwy. Niech cię to nauczy cenić więcej czyjeś uczucia. Czas wszystko leczy. My się już nie zobaczymy — bo poco? Wątpię abyś chciał mieć jakieś pretensje finansowe...“ Tu Atanazy przerwał tę mowę wybuchem płaczu. Podała mu rękę. Nie śmiał powiedzieć jej prawdy — może i lepiej dla niej. Nie wiadomo.
Ale przyszły rzeczy nie do zniesienia. Musiał asystować przy sekcji zwłok, bo tak chciał umyślnie przybyły na tę ceremonję prokurator, który jeszcze coś po-