Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział VII.

UCIECZKA


Atanazy „spędził“ noc przy łóżku Heli. Wszystko było zasłonięte tak gęstą warstwą wyrzutów sumienia, że nie widział nawet jej piękności przez okropne, koszmarowe zwały jakichś buro-czerwonych i czarnych materji nie z tego świata. A jednak przez nią tylko żył jeszcze. Może gdyby nie ona, ambicja, aby nie umrzeć podłym, okazałaby się za słaba i uległby jednemu z samobójczych ataków, których miewał od pięciu do siedmiu dziennie. Nie zdawał sobie sprawy z możliwości jeszcze podlejszych rzeczy, które przyjść mogły i co wtedy? To, co się stało „uwzniośliło“, wysublimowało jego uczucie dla Heli — przynajmniej chwilowo. A przytem czuł, że poza nią jest już zupełnie sam w życiu, że nie czeka go nic. Jak ohydna, tłusta plama, leżała na dnie myśl, że bez niej będzie musiał szukać posady i zacząć pracować, zarabiając na życie, w niepojętych dla niego warunkach bytu, pod panowaniem socjalistów-chłopomanów. Ale z tem dał sobie jakoś radę na tle pewności, że ostatecznie w każdej chwili może sobie w łeb strzelić. Dziwne to było rozumowanie. Ohyda życiowa szczerzyła żółte, spróchniałe zęby i wystawiała lubieżnie czarno obłożony język ze śmierdzącej paszczy, bez żadnej maski. Ból i cierpienie mogły być wogóle piękne — w tym wypadku — nie. Zosia odeszła, dawszy mu moralnie w mordę z wyrafino-