Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/379

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Indji, w towarzystwie tej... („metafizycznej kurwy“ — chciał „w granicy“ pomyśleć, ale się wstrzymał) — („chyba ją jedną kocham“, szepnął — „o ile to słowo ma jakiś sens wogóle“), zdawały się jakby spokojną plamą rozlanego, śmierdzącego duchowego tłuszczu, wśród wirujących fal spotworniałej, męczącej dziwności.
Otworzyły się dalsze drzwi, potem te i do pokoju weszła Hela. Atanazy wstał i stanął jakby „na baczność“ przed siłą wyższą. „A gdyby ona była ubogą żydóweczką — czy kochałbym ją tak samo?“ pomyślał. „Oczywiście pewne rzeczy wytworzyło w niej bogactwo, ale to wiem napewno, że gdyby była taka sama, jak jest teraz, to byłaby tem samem dla mnie, w dziurawych, czerwonych pończochach w Kocmyrzowie, czy w Koniotopie, czy innej jakiej dziurze“. Ta pewność podniosła go we własnych oczach. To zdaje się naprawdę było prawdą.
— Helu — zaczął, jakby zdawał raport przed wyższym oficerem — mam wrażenie, że masz do mnie pretensję o tego słonia. Może myślisz, że się bałem... — W tej chwili przypomniał sobie wiadomość o śmierci jej ojca i zmięszał się. — Przepraszam cię, że ja w tej chwili, kiedy ty... ale ja mogę dla ciebie zabić się w każdej chwili, aby udowodnić ci, że to nie ze strachu... Ale ginąć w taki idjotyczny sposób... —
— Głupi jesteś, ale mimo to kocham cię. — Tu pocałowała go w głowę, tak, jak nigdy jeszcze. Atanazy zamarł na chwilę w nieludzkiem szczęściu. Na ćwierć sekundy świat stał się tak piękny, jak pepity Łohoyskiego wtedy — „a więc można to mieć i bez kokainy w tym stopniu...?“ Ale zaraz potem wszystko obrócone bezgłośnie na doskonale wyoliwionych łożyskach, wróciło na dawne miejsce. Był znowu tu, w tych „zwykłych“ Indjach i przed nim stało groźne wcielenie nieznanego