Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Trzeba być konsekwentnym“, mawiał do siebie ni w pięć ni w dziesięć: „jeśli się nie jest faszystą, trzeba być niwelistą“. Skończył w tym czasie swoje „dziełko“ i chwilami był prawie zadowolony z losu. Miał zamiar oddać Heli pieniądze uzyskane za wydawnictwo i wogóle zwrócić cały dług. Nie wiedział biedaczek jak stały finansowe sprawy w kraju — nie miał pojęcia jak żyje tak zwana inteligencja. A zresztą może się jeszcze z nią ożenić i odejść od niej, (to już było kapitalne po tem co było!) i tem pokryć wszystko. Czyż jej to było potrzebne? Zupełnie stracił głowę. Więc pocóż uciekał? Myśląc tak nie zdawał sobie sprawy ze swego upadku. Nieznacznie, sam nie wiedząc kiedy, zmieniał się w zupełnie innego człowieka.
Już w Bombayu otrzymał depeszę Heli:

„Wracaj. Przebaczam. Wszystko zaczniemy na nowo. Ja mam już dosyć. Chcę tylko twojej miłości.“

„Ależ prędko mnie złapała“ — pomyślał Atanazy. I nagle przypomniało mu się wszystko: jad wybuchnął mu we krwi i objął całe ciało pożarem. Poszedł do indyjskich tancerek na Malabar Road i tam spędził noc całą. Zdawało mu się, że po trzech dniach głodówki zjadł małą kanapkę. Ale wrócił na okręt spokojny. Reszty dokonały kobiety na statku, które prowadziły o niego bezlitosną walkę, na włosek jeden od publicznego skandalu. Postanowił wrócić tą samą drogą, którą jechał przez Bałkany — tracił bilet od Port-Saïd do Neapolu, ale nie mógł się oprzeć pokusie widzenia tych samych miejsc w drodze powrotnej — chciał sprawdzić swoją siłę. W tajemnicy przed kochankami opuścił okręt i nazajutrz jechał już z Aleksandrji do Aten. Błądząc po smutnym, spalonym przez słońce Akropolu, przypomniał sobie ten dzień wiosenny, kiedy jechali z Helą, pełni jeszcze zdrowej względnie miłości. Mimo,