Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/402

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z 15 kilometrów, ale w tej części wyspy wałęsały się jeszcze niewytępione całkowicie tygrysy, — jechać samemu bez eskorty nie było bezpiecznie. Naznaczenie dnia tego, a nie innego, co było najtrudniejsze, spowodował incyndent następujący: do towarzystwa przybył dnia poprzedniego straszny gość: pierwszy anglik w tem gronie: chuderlawy pan, z oczami, które mogły zdawało się przebijać stalowe płyty: Sir Alfred Grovemore z N. S. W. P. P., którego Hela, przez dziką perwersję przeznaczyła na najbliższego przyjaciela swego ukochanego Tazia. Ale sir Alfred traktował Atanazego — mimo uzurpowanego przez niego książęcego tytułu — z zupełną pogardą: co dla takiego anglika przedstawiał jakiś pers — w dodatku alfonsowaty — coś tam szeptano już w pewnych kółkach o nieprawdziwości całej tej maskarady — tak, jakby wogóle maskarada mogła być prawdziwa. O mało nie doszło do grubej awantury. Ostatecznie wymknął się Atanazy kolo 7-ej wieczór, przed samym obiadem. Często uwalniał się teraz od wspólnych jedzeń.
Parę kilometrów za obozem woźnica, Tamil, zapalił latarnię i tak jechali z męczącą powolnością po wyboistej drodze wśród ścian dziewiczej dżungli, oświetlonych migającemi blaskami. Myriady ogromnych, zielonych świetlaków unosiły się w powietrzu jak meteory i błyszczały wśród czarnych gąszczy. Ostatni raz Atanazy nasycał się tropikami, które wskutek „ostatniości“ chwili nabrały dla niego nowego uroku. Po raz pierwszy stosunek jego do tego dziwnego kraju, o którym wiedział, że ogląda go po raz ostatni, stał się uczuciowy, prawie że sentymentalny, jak do pewnych zakątków rodzinnych stron. Sam nie wiedział, kiedy zżył się z tą obcą naturą, mimo, że chwilami prawie jej nienawidził. Tak samo z żalem myślał o Heli: z mięszaniną przywiązania, a nawet litości, z wściekłością za swój upadek, szczególniej na tle przeżyć ostatnich.