Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie wróci już. Jedyny Bóg opuścił mnie definitywnie — tu, na tej drodze.
— Tylko w walce z czemś wyższem od nas jest jeszcze jaki taki urok życia — w nas, czy poza nami. Powiem ci otwarcie, że uważam cię za coś wyższego odemnie — w pewnym sensie: wiem, że tobie właśnie mogę to powiedzieć. Ale nie obraź się: jest to wyższość jakby zwierzęca, rasowa — poza intelektualną, którą też ci przyznaję. Przed inną kobietą nie zdradziłbym tego nigdy.
— Przed inną! Drugiej takiej jak ja niema na całym świecie. Wiesz co ci chciałam powiedzieć: na temat miłości wszystko jest już powiedziane, jeśli nie w życiu, to w książkach — mówienie o tem — to obowiązkowe — uważam za objaw złego smaku — nie mówmy już o tem nigdy — chyba, że będzie to absolutną wewnętrzną koniecznością.
— Zgadujesz moje myśli. Prawie w tej chwili to samo myślałem, tylko nie śmiałem ci tego powiedzieć — kobiety lubią... —
— Ach tylko nie mówmy o kobietach wogóle. Na drugi raz „śmiej“ — mów co ci tylko na myśl przyjdzie. Między nami nie może być żadnego skrępowania — możemy sobie pozwolić na wszystko.
Kwietniowe słońce budziło powoli zdrętwiałą ziemię. Ta sama fala promienistego ciepła, buchając z oddalonego o biljony kilometrów pieca, objęła wszystko tym samym uściskiem i budzącą się do życia trawkę i starego autochtona i jego krowę, którą wyszedł przegnać po zimowem więzieniu i śnieżne szczyty, promieniejące metalicznym blaskiem na tle kobaltowego nieba i tę parę skazańców, uciekających przed ich wspólną męczarnią w daleki, obcy świat. Było to banalne, ale prawdziwe. Raczej, nie była to prawda zrozumiała, tylko najzwyklejszy fakt, zrozumiany od wewnątrz jako najdziwniejsza dziwność. Zdarza się to niezmiernie rzadko — ina-