Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/372

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


też z upragnieniem (niewiadomo czemu) tego kresu ich indyjskiej podróży. Potem miał nastąpić Ceylon i wyspy Sundzkie.
Była wietrzna, księżycowa noc. Palmy gięły się jak trawy i drzewa dżungli, splątane ljanami w nieprzebyty chaos, huczały jak morze, uderzane miarowemi wybuchami wichru. Raz w raz słychać było trzask gałęzi i huk głuchy: to spadały z drzew ogromne owoce wielkości dyni, wiszące na długich kichach i orzechy palmowe. Księżyc w pełni oświetlał potwornie dziwny i smutny krajobraz. Po niebie leciały nizko nad ziemią białe chmury roszarpane wichrem w kształty, niedające się porównać z formami naszych obłoków. Atanazy był zdenerwowany: przez ostatnie 10 kilometrów szedł za ich dwukolnym wozem, pokrytym budką z palmowych liści, ogromny słoń. Szedł sobie spokojnie, z głową tuż przy otworze budy i nie czynił nic złego, ale gdyby chciał mógłby bez wysiłku zrobić jedną marmeladę z wozu, wołów i ludzi. Czemu tego nie robił i czemu szedł, nikt nie byłby w stanie powiedzieć. Z dżungli po obu stronach drogi dochodziły na tle szumu wichru żałosne miauko-szczeki gepardów. Helę bawiła niezmiernie ta przechadzka słonia. Kształt jego, chwiejący się miarowo, zasłaniał cały otwór budy i widać było w miesięcznym blasku jak na dłoni jego trąbę, którą czasem podnosił, zdecydowany jakby już na jakiś słoni żarcik i kły białe, błyszczące w zimnych promieniach i małe, złośliwe oczka. Ginąć w tak pospolity sposób nie uśmiechało się wcale Atanazemu, mimo częstych napadów samobójczej manji i ledwo powstrzymał Helę, która koniecznie chciała podrażnić słonia okutą ostro laską w trąbę. Wreszcie znudzony olbrzym został wśród leśnej drogi, wymachując trąbą, a potem runął z potwornym trzaskiem w las, skąd ozwały się jakieś podejrzane ryki. Woźnica, nie rozumiejący ani słowa po angielsku mówił do nich coś niepojętego w hindustańskim narzeczu,