Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/355

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


śmierci dopiero wtedy, wiesz? — po ślubie. Tego, co ty mi dajesz nie mógłby dać mi nikt. — „Tak“, myślał smutnie Atanazy, „czasem przez erotyczne świństwo wzbija się człowiek ponad siebie. Wszyscy jesteśmy warjaci, chcący uciec za jakąbądź cenę od rzeczywistości. Dzisiejsza rzeczywistość jest dla pewnych typów nie do przeżycia. Nie wiemy tylko czasem, jak wyzwolić się z nas samych, stwarzając absolutną zgodę ducha ze samym sobą. Cóż jestem winien że potrzebuję tego, aby ona mnie biła? — jeśli potem mogę być tam, gdziebym bez tego dostać się nie mógł.“ Chwilowy stan zanarkotyzowania, po okresie męczarni, brał Atanazy za objawienie nowego świata w sobie. Zmęczonym, ogłupiałym mózgiem nie mógł skontrolować istotnych wartości przeżywanych stanów. Rozpoczynało się wymarzone zniszczenie. Hela przynajmniej nie kłamała: dla niej istotnie było to na razie wszystkiem. Mijali więzienie, gdzie niedawno siedział biedny substytut męża z czasów pokuty, Prepudrech, którego rolę miał teraz odegrywać Atanazy — (trochę głupio czuł się jako książę perski, ale trudno — czego się nie robi dla interesującego zniszczenia siebie.) Drewniane, świeżo-sklecone budy, świeciły jasno-żółto w wiosennem słońcu. W cieniach panował jeszcze chłodek, przypominający tylko co przeszłą zimę.
— Nic go nie żałuję — mówiła Hela. — Nie powieszą go napewno. A teraz on naprawdę gotów zostać wielkim artystą, jak się trochę skupi i zizoluje od życia. Ja przyjaźń dla niego zachowam. Pozwolisz, Taziu? —
— Ależ naturalnie. Ja nie jestem zazdrosny. Jesteś zbyt bogata wewnętrznie, żebym mógł mieć do ciebie pretensję, że rozdajesz swoje skarby. Ale gdyby nie to, co było dziś, nie wiem czy byłbym tak bardzo pewnym siebie — uśmiechnęli się do siebie bestjalsko.
— Nie myśl że tylko dlatego. Ja cię kocham. To tylko