Okręty zbłąkane/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XI.
WZBURZONE MORZE.

Na werandzie hotelu Edwarda VII w zacisznej niszy, oświetlonej dyskretnie przyciemnionemi lampami siedziała grupa ludzi. Na kanapce królowała majestatyczna lady Rozalja Steward-Foldew, zawsze czarno ubrana, chociaż tym razem miała na sobie bardziej elegancką, jedwabną suknię, ozdobioną srebrną koronką. Jej puszysta, siwa fryzura i blada, poważna twarz, odbijała się efektownie od czarnego stroju.
Jednak w tej twarzy i w ruchach zwykle sztywnej Angielki zjawiły się nowe odcienie. W oczach jej zapalały się co chwila jakieś łagodniejsze błyski, a usta układały się w rzewny uśmiech, z którym spoglądała na siedzących przed nią Elzę Tornwalsen i Pitta Hardfula.
Kapitan był we fraku i miał chmurną minę.
— Wczoraj mieliśmy bankiet, dziś — bankiet, na jutro z pewnością też coś obmyślą ci nic nierobiący panowie i panie, — mówił, — a kiedyż będę mógł porozmawiać z panią, fru Tornwalsen, wypytać ją o wszystko i opowiedzieć o sobie?
Elza w ciemno szafirowym stroju balowym, odsłaniającym ramiona i ręce, słuchała w zamyśleniu niezadowolonego głosu Pitta, a, gdy skończył i zaczął zapalać papierosa, powiedziała, potrząsając złocistą głową:
— Cóż pan chce? Obowiązki towarzyskie nakładają przykre nieraz jarzmo. Co prawda, pierwszą część życzenia pana mogłabym spełnić natychmiast, bo to nie wymaga zbyt długiego czasu. Mam opowiedzieć o sobie? To bardzo krótka historja! Znudziło mi się siedzieć na Lango, bo, jak pan kapitan pamięta, ciągle marzyłam o innem „prawdziwem życiu“. Kopnęłam się do nauki, zdobyłam maturę, a potem już w Anglji urabiać mnie zaczęła i urabia dotąd moja droga przyjaciółka, lady Rozalja, a w naukach dopomaga radą i kierunkiem poczciwy lord Warwick... To chyba wyczerpuje całokształt przeżytych przezemnie lat po odjeździe pana z Hadsefjordu...
Pitt spojrzał na nią badawczo, a później wzrok swój przeniósł na wzruszoną, chociaż nieco ironiczną twarz lady Steward-Foldew.
— Mój Boże! — rzekł cichym głosem. — Krótka, zbyt krótka jest opowieść pani, fru Tornwalsen! Znałem panią dobrze niegdyś.
— Czyżby tak dobrze? — wyrwało się Elzie prawie namiętne pytanie, a oczy jej spoczęły na kapitanie.
— Tak mi się przynajmniej zdawało... — odparł zmieszany tem nagłem, prawie wyzywającem pytaniem.
— Tem gorzej dla mnie... — szepnęła, lecz znowu potrząsnęła głową, jakgdyby zrzucając ciężar przykrych myśli, i już zupełnie spokojnie objaśniała: — gorzej, bo nie zaszło w mojem życiu nic, coby mogło więcej od przeszłości zastanowić i zaciekawić pana, kapitanie! Doprawdy, dość długo borykałam się z myślami, które wydawały mi się bardzo ciężkiemi i ważnemi, lecz były, jak to później uświadomiłam sobie, zwykłemi dla niewykształconej, samotnej kobiety.
Zaśmiała się cicho i dodała:
— Przeczytałam przez ten czas kilka romansów o bardzo podobnych do mnie bohaterkach, — zwykłych i śmiesznych naogół!
Kapitan wpatrywał się coraz bardziej w siedzącą przed nim Elzę. Czuł się podrażnionym i wyraźnie dotkniętym. Coś mu mówiło, że w sercu tej kobiety pozostał żal do niego, że słowa jej, obojętne i nie zdradzające żadnego uczucia, musiały być maską, którą umiejętnie posługiwała się nowa Elza! Znał ją jednak i wiedział, że nie mogła utracić najgłówniejszych cech swego charakteru: uczciwości, szczerości, odwagi i gorącego pragnienia wartościowej treści życia. Czyżby to wszystko, jak niepotrzebny balast, odrzuciła na swojej wyspie wraz z gumowym płaszczem rybaczki i czarną, zakopconą dymem chatką Eddy-Prababki? Nie, tego być nie mogło!
Nachmurzył czoło i niechętnym głosem zapytał:
— Czy pani, fru Tornwalsen, tak samo nieszczerze rozmawia z lordem Warwickiem?
Spojrzenie Elzy skrzyżowało się z ponurym wzrokiem kapitana. Trwało to nieuchwytnie krótką chwilę, ale i tego wystarczyło, aby lady Rozalja spostrzegła płomień triumfującej radości, wybuchający i nagle gasnący w źrenicach pupilki.
Elza, potrząsając złocistą fryzurą, odparła swobodnie:
— Zawsze jestem szczerą, a lord Warwick zasługuje na to w pełnej mierze. Zawdzięczając jego radom, włożyłam swój niesforny, niewyszkolony mózg w ramki naukowego myślenia, a to wypełnia całe życie moje i daje mi ulgę w chwilach ciężkich...
Szafirowe oczy fru Tornwalsen zajaśniały nowym blaskiem i znowu odżyła w sercu Pitta nadzieja, że może usłyszy coś, czego pragnął całą swoją istotą, chociaż nie mógłby jeszcze wyrazić tego słowami.
— W chwilach ciężkich? — powtórzył. — Pani — taka bogata, piękna, mająca prawo być dumną ze zwycięstwa nad życiem, zdrowa i uwielbiana (o, niech pani nie przeczy, przekonałem się o tem na wczorajszym bankiecie w „Reserve“!), popularna w kołach sportowych i towarzyskich, nie powinna mieć ciężkich chwil! Wzięła pani, fru Tornwalsen, życie za łeb i, podług własnej woli, może je teraz puścić pod wszystkiemi żaglami lub zacumować na zawsze w cichej przystani... Byłoby mi bardzo przykro wiedzieć, że pani dotąd jeszcze przeżywa ciężkie chwile!...
Wypowiedział to gorąco, z niezwykłem dla niego uniesieniem.
Elza, wpatrując się w jego zarumienioną twarz, spytała:
— A pan wolałby, żebym nie miała ani zmartwień, ani ciężkich myśli? — spytała.
Nie odpowiedział, siedząc z pochyloną głową.
— Te myśli moje są echem całego życia, a któż rozsądzi, które było lepsze i pełniejsze: czy tamto, co minęło bezpowrotnie — szare, ponure, smętne lub groźne, czy też teraźniejsze — spokojne, niezależne, chwilami zbyt szumne i zbyt błyskotliwe? Niech pan teraz odpowie również szczerze, kapitanie, tak szczerze, jak wtedy, gdy pan po raz ostatni rozmawiał z Olafem Nilsenem!
Pitt Hardful poruszył się niespokojnie i podniósł głowę:
— Pani wie, o czem rozmawiałem z Nilsenem? — spytał.
— Domyśliłam się, bo Olaf nagle postanowił popłynąć ku Lofotom... na pewną śmierć, — odparła.
Umilkli oboje. Pitt spojrzał na milczącą i coraz uważniej słuchającą lady Rozalję. Ta spostrzegła skierowany na nią wzrok, przemówiła twardym głosem, w którym brzmiały nuty oburzenia:
— Niech pan odpowie Elzie, kapitanie! Pan musi to uczynić, bo pan ją obraził! Nikt nie zna wysiłku, którego ona dokonała, aby zmienić swoją naturę... Ja jedna widziałam to i dlatego podziwiam Elzę!
Pitt Hardful spojrzał śmiało w oczy siedzącym przed nim kobietom i, łagodząc szorstkość odpowiedzi nieprzymuszonym śmiechem, rzekł:
— Nie chciałbym widzieć pani, fru Tornwalsen, stojącej na kotwicy w cichej przystani... nie chciałbym... tymczasem...
— Co to znaczy? — spytała Elza.
— Bo przedtem chciałbym poznać swoją nową, czarującą znajomą — fru Tornwalsen! — odparł z dziwnym błyskiem w oczach.
Lady Steward-Foldew zaśmiała się niezwykle głośno i klasnęła w dłonie:
— Brawo! To była odpowiedź szczera! — zauważyła.
Ełza nie odzywała się, jakgdyby zatopiona w myślach.
Wreszcie spokojnie podniosła oczy na Pitta Hardfula i rzekła:
— A pan, kapitanie? Udało się panu znaleźć liczniejszą załogę, niż ta, którą pan rozporządzał na „Witeziu“? Tworzy pan nowe, jasne, sprawiedliwe życie?
Pitt westchnął głęboko i z grymasem bólu potarł lewe ramię.
— Nie! — odparł suchym głosem. — Po odejściu z „Witezia“ skończyło się owo tworzenie... Załoga kutra okazała się bardziej podatną, niż oszalałe mrowisko ludzi z lądu! Przyglądałem się im przez kilka łat, podpatrywałem i podsłuchiwałem, czem żyje ludzkość cywilizowana...
Umilkł, a Elza spytała z niepokojem i natarczywością w głosie:
— I cóż pan przedsięwziął, kapitanie?
— Dotąd nic! Dopiero zaczynam... Stawiam pierwsze kroki, chwilami obawiając się, że człowiek o dwóch zdrowych rękach nie zdąży przez całe życie wyprowadzić z równowagi tego, co stoi tak dziwacznie, bez żadnych fundamentów, a jednak nie chce runąć! Tymczasem, chociaż ten niedźwiadek tajmyrski zgruchotał mi lewe ramię, — nie ustanę i nie cofnę się przed niczem!
Elza nagle przycisnęła ręce do piersi, jak wtedy na pokładzie holownika, gdy ujrzała idącego ku niej Pitta, i radosnym, przenikliwym głosem wykrzyknęła:
— Biały Kapitanie!...
Po chwili niespodziewanego wybuchu mówiła już spokojnie:
— To, doprawdy, bardzo mię zajmuje... Czasami starałam się wyobrazić sobie działalność pana tu, na lądzie, wśród bogaczy i nędzarzy... Widzę teraz, że nie szło z tem gładko, kapitanie?
— O, tak! — westchnął Pitt. — Ludzie uznają teraz tylko jedno sakramentalne hasło: walka o byt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Nikt nie myśli o takiej walce na drodze przyjaznej, prawdziwie chrześcijańskiej współpracy.
Lady Rozalja podniosła się z kanapy i wyciągnęła ręce do kapitana, mówiąc wzruszonym głosem:
— Kapitanie, jesteś mądrym i szlachetnym człowiekiem, bo kieruje tobą myśl, którą usiłował wprowadzić w życie mój mąż, sir Steward-Foldew, człowiek o nieposzlakowanym, niezłomnym charakterze, niemal święty, chociaż za to właśnie zwalczano go podstępem, obłudą i nikczemnością!
Staruszka wydobyła z torebki chustkę i otarła oczy.
— Niechże pan opowie nam szczegółowo! — poprosiła Elza, podsuwając Pittowi kasetkę z cygarami.
Podziękował ukłonem i, uśmiechając się, odparł:
— Tego opowiedzieć tak we fraku i naprędce nie potrafiłbym... tembardziej, że przed chwilą spostrzegłem lorda Warwicka przechodzącego ulicę...
Istotnie, ledwie Pitt skończył to zdanie, na werandę wszedł profesor, w smokingu i z białym kwiatkiem w klapie, roztargniony, jak zwykle, i trochę zmieszany.
Po powitaniu gościa, lady Steward-Foldew, wszczęła rozmowę:
— Mówiliśmy tu o bardzo ważnych zagadnieniach, sir Seebold! Kapitan Hardful dowodził, że społeczeństwo nasze jest zupełnie zdeprawowane z chrześcijańskiego punktu widzenia, bo...
— A cóż innego twierdzę ciągle?! — przerwał jej lord Warwick. — Dlatego to wzywam mrs. Tornwalsen do szeregów badaczy najstarożytniejszych okresów historycznych! Tam przynajmniej i, zdaje mi się, że jedynie tam można przeżywać błogie czasy kwalitatywnych, naprawdę wartościowych cywilizacyj, gdzie nie zaprzątano sobie mózgu wyłącznie tem, aby zbudować jak najwięcej twierdz, wykuć setki tysięcy mieczy, wytkać dwa miljony kilometrów tkanin, zebrać z pola nie pięć tonn jęczmienia, potrzebnego dla właściciela roli, lecz tysiąc, aby prześcignąć sąsiadów, zamienić zboże na żelazo, wykuć z niego nowych sto tysięcy mieczy i podbić tych sąsiadów. W sędziwym sanskrycie nie znajdujemy tego i to daje wypoczynek, ukojenie prawdziwe i szlachetne!
Sir Warwick urwał nagle, bo w tej chwili ze śmiechem i okrzykami weszło całe towarzystwo i zbliżyło się do Elzy. Byli to znajomi jej, mieszkający w „Edwardzie VII“, i angielscy przyjaciele, przybyli z Biarritz.
Zaczęły się rozmowy, zachwyty nad zwycięstwem Elzy, plotki o kłótni pomiędzy Johnem Cornylem i Stantonem Baldwinem, którego stary Amerykanin nazwał publicznie „bezgłowem bożyszczem głupców“, przyrzekając, że odtąd będzie stawiał na konie, psy, szczury i koguty, lecz nigdy na Baldwina. Cudzoziemcy otoczyli Pitta, winszując mu wygranej, a ten i ów z zawiścią spoglądał na szczęśliwego zwycięzcę nad amerykańskim miljarderem. Jakaś bardziej przedsiębiorcza Hiszpanka nieznacznie przytuliła się do ramienia kapitana z niezwykłą porywczością i obrzuciła go wymownem, pełnem obietnic spojrzeniem.
Warwick zbliżył się do Pitta i z czysto angielską wyniosłą poufałością, rzekł do niego:
— Jak widzę, na morzu musiał pan myśleć o tem i owem, kapitanie!
Pitt uśmiechnął się i natychmiast odparł:
— Jak widzę, w bibljotekach, pośród papyrusów i glinianych tablic pan też musiał myśleć o różnych rzeczach!
Lord Warwick parsknął śmiechem i, klepiąc kapitana po ramieniu, powiedział:
— Zapewne, lecz na lądzie łatwiej o spostrzeżenia nad społeczeństwem, niż na morzu, kapitanie. Czyż źle mówię?
— Dobrze! — zgodził się Pitt. — Chociaż co do mnie, to miałem na swoim okręcie całe społeczeństwo w pewnym przekroju. Było to dla mnie dobrą szkołą, sir!
Panie zaczęły się śpieszyć na bankiet, panowie zaś podawali im okrycia, szukali zagubionych, jak zwykle, torebek i wachlarzy i sprowadzali ze schodów.
Pitt Hardful przecisnął się do Elzy i rzekł do niej głosem proszącym:
— Niech pani postara się, aby mnie posadzono przy pani! Być może, uda mi się dokończyć rozpoczętej dziś rozmowy, gdyż bardzo mi zależy na opinji pani, fru Tornwalsen!
— Nie wątpię, że stanie się tak nawet bez mego pośrednictwa — odparła Elza. — Przecież towarzystwo będzie fetowało dziś „zwycięzców“, a więc mnie i pana, bo pan, kapitanie, jest zwycięzcą nad Johnem Cornyle!...
— Ja jestem zwyciężony... — szepnął Pitt Hardful, rzucając na Elzę smutne spojrzenie.
— Zwyciężony? — spytała Elza i stanęła, zdumiona i niespokojna.
Uśmiechnął się i objaśnił:
— Zwyciężyły mnie wspomnienia z przeżyć moich na „Witeziu“, bo teraz widzę wyraźnie, że istotnie nie znałem pani, fru Tornwalsen...
Przez kilka sekund milczała, wreszcie spytała przytłumionym głosem:
— Czyżbym i ja w tych przeżyciach pańskich odegrała jakąś znaczniejszą rolę?
— No, przecież pani wie, że całe życie „Witezia“ obracało się dokoła niej! Co do mnie, zawdzięczając pani, zdołałem bez wielkiego wysiłku wykonać to, co zamierzałem... stać się uczciwym człowiekiem i innych za sobą pociągnąć... bez walki i sprzeciwu, ponieważ to dogadzało wszystkim z tych lub innych pobudek, fru Tornwalsen...
Elza milczała.
Zeszli razem ze schodów. Pitt pomógł Elzie i lady Rozalji wsiąść do auta, w którem umieścił się też i lord Warwick. Gdy samochód ruszył, kapitan ubrał się, zapalił cygaro i, wyszedłszy na chodnik nadbrzeża, skierował się w stronę kasyna „La Pergola“, gdzie miał się odbyć bankiet. Wiatr smagał go w twarz i rozwiewał mu poły palta. Sztorm szalał na morzu i zrywał z drzew liście i drobne gałązki.
Pitt szedł powolnie i uporządkowywał wrażenia.
Nie wątpił, że Elza raz na zawsze skończyła z dawnem życiem i wszystkiem, co ono jej dawało. Fru Tornwalsen opuściła je tak, jak się opuszcza apartament hotelowy, najczęściej bez żalu nawet. Nic dziwnego, jest to, widocznie, nader skomplikowana natura, a niewyraźna żądza jakiegoś nowego, promiennego życia, nie była niczem innem, jak tylko pragnieniem dobrobytu, spokoju i barwności istnienia. Nie widział w tem nic nadzwyczajnego. Każda niemal wieśniaczka, robotnica fabryczna, uboga mieszczka marzy o tem samem. Jednak stara lady z naciskiem zaznaczyła, że to wszystko wymagało od jej wychowanicy wielkiego wysiłku, a już ta okoliczność w oczach jego uszlachetniała dążenia Elzy do innego życia. Spostrzegł wkrótce, że stara się obniżyć, a nawet ośmieszyć Elzę przed sobą samym. Dlaczego tak czynił? Przyzwyczajony do ścisłego i śmiałego rozumowania musiał się nawet przyznać, że czyni to celowo. Przecież posłyszał z ust Elzy kilka zdań, dowodzących, że pamięta o wszystkim, że jest rozumną i myślącą istotą, że nie lubuje się w beztroskiem i pozbawionem treści spędzaniu czasu, że oddaje się nauce, a o niektórych wypadkach z dawnego życia wspomina z nieukrywanem wzruszeniem. Dlaczegóż czuje on żal i jakby obrazę na myśl o Elzie? Poprostu został zawiedziony w nadziei... Był niemal przekonany, że Elza na wstępie napomknie mu o swojej miłości, powtórzy, że czekała na niego wiernie i niecierpliwie, a tymczasem... ani razu nic o tem nie wspomniała, natomiast kilkakrotnie zaznaczyła, że od czasu rozstania wszystko się zmieniło. Na Boga, przekonał się o tem sam, bo przecież nie była z nim ani o krztę serdeczniejszą, niż z lordem Warwickiem, lub tymi panami, którzy kręcą się koło niej, jak ćmy dokoła lampy elektrycznej?! Jeżeli Elza opuściła dawne życie, jak pokój hotelowy, to pozostawiła w nim razem z meblami, marnemi oleodrukami na ścianach i zszarganym dywanem jego samego — Białego Kapitana!
Z takiemi myślami, zrzuciwszy palto w szatni, wchodził do salonów „La Pergoli“. Przystanął na chwilę i niespostrzeżony w tłumie nieznajomych ludzi, przyglądał się zdaleka Elzie i jej otoczeniu.
Uderzyło go najpierw to, że lord Warwick ani na krok nie odchodził od Elzy i że zwykle tak opanowany uczony nie mógł teraz ukryć zachwytu nad młodą kobietą. Świadczyło o tem wszystko: wyraz jego oczu, błogi uśmiech na roztargnionej twarzy i nieco zdenerwowany głos. Oprócz profesora kilku też innych mężczyzn rzucało na Elzę wymowne, pełne czułości lub namiętności spojrzenia.
Jakiś śpiewak włoski klęczał właśnie przed nią i śpiewał arję z „Otella“ przy zgodnym śmiechu całego towarzystwa. Pitt przyjrzał się uważnie Elzie. Uśmiechała się uprzejmie, lecz kapitan spostrzegł, że miała lekko zmarszczone brwi.
Na sali zjawił się maitre d’hôtel i obwieścił rozpoczęcie bankietu. Do Elzy natychmiast podszedł przesadnie dostojny prezes Jacht-Clubu i podał jej ramię. Za nim pociągnęli tłumnie inni goście do sali, przybranej godłami i emblematami jachtingu, kwiatami i barwnemi chorągiewkami. Wesoło, ze śmiechem, okrzykami, hałasem odsuwanych krzeseł goście szukali swoich miejsc.
Pitt skierował się w stronę Elzy i ucieszył się, znalazłszy kartę ze swojem nazwiskiem obok jej nakrycia. Z drugiej strony Elzy siedział już monsieur Aboya-Dubarry, prezes Jacht-Clubu, rdzenny Baskijczyk, dumny z pochodzenia, ponieważ niezłomnie wierzył, że przodkami jego byli przedhistoryczni Atlantowie.
Był on niegdyś urzędnikiem ministerstwa spraw wewnętrznych, nosił złote palmy na fjoletowej wstążeczce, po dymisji piastował godność burmistrza w Saint-Jean-de-Luz i za zasługi na polu spopularyzowania plaży rodzimej, został jednogłośnie wybrany honorowym prezesem Jacht-Clubu. Szumny tytuł i tradycyjna u Francuzów dostojność urzędnicza czyniły z pana Aboya-Dubarry postać nader zabawną. Malutki, siwy, przesadnie układny, poruszający się w sposób „demodé“, krygujący się i nadmiernie elegancki, mówił dużo, używając pompatycznych, staroświeckich wyrazów i z niezwykłą dobitnością akcentując słowa małoważne.
Usadowiwszy się przy Elzie, okrył rumiane oblicze nieprzeniknioną tajemnicą oraz szczególną, niemal natchnioną powagą. Pan Aboya-Dubarry, jak każdy Baskijczyk, lubił i umiał jeść i pić, a nie znosił milczenia. Tego wieczoru nie mówił nic. Od czasu do czasu marszczył brwi i wznosił oczy, poruszając ustami. Pod stołem co chwila zaglądał pokryjomu do kartki, której nie wypuszczał z ręki. Pan prezes usiłował „wykuć“ na pamięć mowę swoją, pragnąc zadziwić gości zagranicznych krasomówstwem baskijskiem. Nie zwracał na nikogo najmniejszej uwagi, w roztargnieniu pociągał wino i uczył się z uporem.
Była to okoliczność nader sprzyjająca zamiarom Pitta Hardfula. Mógł swobodnie rozmawiać z Elzą.
— Do stu porwanych cum! — pomyślał z przerażeniem. — Mam jeszcze sąsiadkę z lewej strony i nie byle jaką, gdyż jest nią majestatyczna, o mocno wybujałych kształtach połowica pana Aboya-Dubarry! Muszę ją bawić, gdyż inaczej będzie uważała mnie za grubjanina, ostatniego łyka okrętowego!
Mruknął do okazałej prezesowej parę zdawkowych słów i nagle spostrzegł, że z drugiej strony siedzi przy niej, drobny, lecz bardzo zjadliwy reporter sportowy, z którym się poznał poprzedniego dnia.
Mrugnął więc na niego porozumiewawczo i obaj, przeprosiwszy damy, odeszli od stołu.
— Redaktorze! — rzekł Pitt. — Wiem przecież, że lubicie sensację. Dam wam coś, czego żadne pismo nie miało. Po bankiecie przyjdzie pan do mnie, znajdzie się tam trochę alkoholu dla pana i kilka szczegółów z mego życia — dla prasy. Uprzedzam jednak, że żądam za to zapłaty! Chcę, aby pan tak gorliwie bawił swoją sąsiadkę, żeby nie miała czasu za zadanie mi ani jednego pytania! Ale... ale! Zapomniałem! Gdy pan wydrukuje nowy wywiad ze mną, proszę przesłać mi sto odbitek, za które dziś wypłacę panu dwa tysiące franków, bo to związane jest z wydatkami, nieprawdaż?
— Istotnie! — zawołał ucieszony reporter. — Będzie to kosztowało właśnie — (tu zaczął robić miny, jakgdyby wykonywał trudne obliczenie...) — około dwu tysięcy... Pan kapitan zna się na naszej technice drukarskiej?
— Znam się doskonale! — odparł ze śmiechem Pitt. — Miałem okazję sporządzać bardzo poważny kosztorys dla dwóch niezwykle poczytnych pism: „Prawda z lewego brzegu“ i „Hałas ulicy“, czy coś w tym rodzaju.
Powróciwszy na miejsce, Pitt wyczekał, aż Elza skończy rozmowę przez stół z lady Rozalją i profesorem Warwickiem, a potem szepnął do niej:
— Urządziłem tak, że nikt nam przeszkadzać nie będzie. Pan Aboye-Dubarry pogrążył się w studjowanie swej mowy, zaś na panią prezesową napuściłem tego czarnego reporterzynę, który, jestem pewny, wczepi się w nią, jak krab w wyrzuconą na brzeg rybę.
— To widzę z kapitana wyrobił się spiskowiec?! — zaśmiała się wesoło Elza.
— Czy mogę mówić? — spytał kapitan.
— Proszę, bardzo się cieszę, że mamy tak wyjątkową sposobność! — odparła spokojnie.
— Najpierw chcę wyjaśnić, dlaczego mam zamiar mówić o sobie, swoich myślach i różnych rzeczach, mających wpływ na życie moje i postanowienia decydujące. Pani pierwsza nazwała mnie „Białym Kapitanem“, czyli miała mnie pani za człowieka, prowadzącego innych do celów jasnych, czystych i, jak się to mówi, szlachetnych. Głupie, bezsilne słowo, tymczasem nie mające żadnego znaczenia! Otóż, chociaż nie oglądam się za opinją ludzką, jednak bolałaby mnie myśl, gdyby pani, właśnie pani zmieniła swoje zdanie o mnie. Zapewniam panią, że fru Tornwalsen jest jedyną istotą na świecie, na której opinji zależy mi!
Wypowiedział te ostatnie słowa ze stłumionym wybuchem.
Elza podniosła na niego promienne oczy i spytała:
— Dlaczego?
Wzruszył ramionami i odparł cichym niepewnym głosem:
— Nie wiem... Chyba dlatego, że nie potrafiłbym znieść, żeby smętna rybaczka, Elza Tornwalsen, z westchnieniem rozgoryczenia przyznała się fru Tornwalsen — do pomyłki co do „Białego Kapitana“.
Zamierzał uśmiechnąć się przy tych słowach, lecz nagle rumieniec zalał mu twarz i zaczął opowiadać o tem, co dręczyło go i pochłaniało. Mówił, że społeczeństwo europejskie jest gorsze, bardziej zatwardziałe w swych błędach, ciemnocie i zbrodniach, niż załoga „Witezia“ w chwili, gdy ładowała karabiny i kulomioty dla powstańców portugalskich i gdy się tłukła z Sudańczykami w tawernie opasłego Araba w porcie Casablanki.
— Na pokładzie kutra — szeptał Pitt — znałem każdego człowieka i wiedziałem, co o nim myśleć! W Europie zupełnie inaczej! Tu się wszystko pomieszało, utworzyło stop, sformowany w tym samym ogniu, twardy, nierozerwalny, chociaż we wnętrzu jego burzy się i wre! Zdawałoby się, że najprostszym podziałem społeczeństwa byłoby ustalenie dwóch klas: bogaczy, dążących do gromadzenia skarbów i uciemiężenia pracowników, i biedaków, marzących o wolności. Gdyby tak było, — dałbym sobie radę. Niestety! Rzecz ta jest bardziej skomplikowana i nie łatwa do rozwiązania. Bogacze narzekają na jarzmo pracy, bo ich smagają biczem maszyny, żądające ciągłego ruchu, i miljony pracowników, żądających pracy. Biedacy zaś wcale nie marzą o wolności! Dążą do dobrobytu, wymagają od maszyn nieustannego rozpędu, rozszerzenia fabryk, zwiększenia produkcji.
— Tak... tak... — szeptała Elza.
— Poza tem biedacy marzą o ujęciu maszyn w swoje ręce, o wytępianiu bogaczy i o rozpętaniu wszystkich sił produkcji. Nie widzą te krety ciemne, że niema już konsumentów, że maszyny wyrzucają towarów więcej, niż ich potrzebuje ludzkość cywilizowana. Nie wiedzą, że, wymordowawszy genjuszów organizacji i wynalazczości, wpadną same w straszliwą i nieuniknioną nędzę.
— Zmierzch cywilizacji... — wtrąciła Elza.
— Gdyby tylko zmierzch — to byłoby, może, najszczęśliwsze wyjście z okropnego obłędu, który miota ludzkością! — odparł Pitt. — Lecz byłoby to dobre tylko do czasu, do chwili, aż ludzkość nie rozpętałaby w sobie zwierzęcych, drapieżnych instynktów! Nikt nie dąży do zmian, wszyscy chcą grać na tej samej scenie, zastąpiwszy dotychczasowych aktorów przez innych, nieskończenie mniej zdolnych, lecz również oszalałych!
— Myślałam o tem często i dlatego zagłębiłam się w historji starożytnej — rzekła Elza. — Zwątpił pan w urzeczywistnienie swego projektu?
— O, nie! Pamiętam przecież, że za mną poszli tacy niepodatni i niepodobni do siebie ludzie, jak pani, jak Olaf Nilsen! — zawołał Pitt Hardful.
— Tak, Olaf poszedł za panem!... — westchnęła. — Co do mnie, to o tem nawet nie warto wspominać! Zdawało mi się, że poszłam drogą, wskazaną mi przez pana, kapitanie, lecz było to bezwiedne, bierne, bezmyślne kroczenie za tym, który postanowił prowadzić... Dopiero teraz sama sobie przebijam ścieżkę, prowadzącą na szlak, wskazany przez pana, staram się zapomnieć o prostej, bezwolnej rybaczce, wierzącej w świetlane zjawy, spływające promiennemi smugami zórz polarnych, o kobiecie, odsłaniającej bez potrzeby wnętrze swej duszy!
Zaśmiała się z goryczą i dodała:
— Mała korzyść z takiej apostołki, drogi kapitanie! Chrystus też miał za uczniów prostaków, ciemnych rybaków z Tyberjadzkiego morza, lecz wstąpił w nich Duch Boży i stali się oni skałą, grzmotem i błyskawicą! Ja... to zupełnie coś innego... Niech pan przypomni sobie, że wśród Apostołów Pańskich był jeszcze Judasz z małej ubogiej mieściny Kariot, gdzie życie było nędzniejsze i cięższe, niż nad brzegami Galilejskiego jeziora. Tam gnieździła się już zawiść i nienawiść, tam dochodziły groźne, mściwe słowa innego proroka, Jana Chrzciciela... I oto Judasz zdradził Syna Bożego...
— Pani zdradzić nie mogła! — potrząsając głową, wybuchnął Pitt. — Pani i zdrada?! Nie, nie! Znałem dobrze Elzę Tornwalsen z Oestwaage, a dusza jej nie umarła we wspaniałej fru Tornwalsen! Nie dała się pani unieść błyskotliwością życia, marnowaniem czasu bez treści, nie stała się pani kobietą, szafującą swemi uczuciami i... ciałem... samicą ludzką...
Elza podniosła głowę i zatopiła w surowych oczach Pitta roziskrzone źrenice.
— Kapitanie! — rzekła cicho. — Pan się myli poniekąd... Ją bardzo lubię komfort, dobrze dobrane stroje, automobil, podróże, sport...
— Nie stała się jednak pani taką, jak setki bogatych, pięknych, niezależnych i nie potrzebujących przed nikim się tłumaczyć wdów? O, widziałem tyle tych wilczyc i żmij w jednej osobie!...
Elza milczała, nie spuszczając wzroku ze wzburzonej twarzy kapitana i z jego oczu, pytających z jakąś trwogą.
Wzruszyła ramionami i odparła:
— Nie stałam się... istotnie. Nie widzę w tem zasługi, kapitanie. Jest to raczej właściwość mojej natury... Miałam nieraz sposobność dać ujście namiętnościom, lecz żądze nie dręczyły mnie zbytnio... Może mam zimną krew północną, może należę do tych istot, których żądze są wynikiem budzącego się uczucia raz w życiu i na całe życie? Podobno takie nienormalne typy istnieją? A właśnie tego uczucia w sobie nie odnalazłam dla nikogo po opuszczeniu Lango i przyłączeniu się do życia cywilizowanego... Tak zwane „namiętności“ nie odgrywały w mojem życiu żadnej roli. Miłość nazywam miłością, a pęd do godów małżeńskich — całkiem inaczej... Granicę pomiędzy temi zjawiskami widzę bardzo wyraźnie... Odeszliśmy jednak od bezpośredniego tematu rozmowy, kapitanie! Co zamierza pan robić dalej?
Pitt Hardful opowiedział Elzie o walce, którą rozpoczęły z nim różne warstwy społeczne i prasa, o swoim projekcie założenia na północy kolonji, pracującej na zasadzie współdziałania, zaufania wzajemnego i sprawiedliwej oceny wartości i wysiłku, wyrażał nadzieję, że to pozwoli mu wychować kadry ludzi o zmienionej psychologji, o dążeniu do doskonałości moralnej i umysłowej.
— A gdy będę miał dwa — trzy tysiące stronników, wystąpię do walki z obłędną ideologją cywilizacji XIX i XX wieku, chociażbym miał zginąć! — odpowiedział, gwałtownym ruchem zaciskając w dłoni serwetkę.
Elza długo milczała, a później zaczęła snuć obraz trudności, które napotka plan jego na swej drodze.
Pitt zdziwił się. Mówiła niemal temi samemi słowami i wyrażała te same wątpliwości, jakie już był słyszał z ust starego Louis Bertranda, wytrawnego, głęboko myślącego publicysty.
Zdumiał się kapitan, widząc, jak bardzo wykształconą i logicznie myślącą istotą stała się dawna rybaczka z Lofotów.
W tej chwili rozległ się brzęk noża o szklankę, hałas odsuwanego fotela i wołanie ucztujących gości:
— Cicho! Prezes mówi!...
Istotnie malutki, okrąglutki pan Aboya-Dubarry, opierając się o stół wypukłością brzuszka, okrytego białą kamizelką, i trzymając na wysokości lewej klapy fraka kieliszek szampana, już chrząkał wzruszony i podniecony.
Rozpoczynał szereg okolicznościowych mów.
— Panie i panowie, drodzy, znakomici goście naszego uroczego Saint-Jean-de-Luz! — zaczął pan Aboya-Dubarry. — Z głębi dalekich fjordów wynurzyła się przy słonecznym brzegu baskijskim urocza syrena Północy...
W tym tak podniosłym i poetycznym tonie długo, stanowczo za długo, przemawiał prezes Jacht-Clubu, mimo poczynione wysiłki nauczenia się na pamięć, zaglądający do kartki, gdzie była spisana jego mowa. Staruszek gestykulował, wydawał patetyczne okrzyki i dążył do logicznego związania w jedną całość barw francuskich z flagą Norwegji, plątał się, co chwila odbiegał od tematu i, nakładając binokle, szukał w nieszczęśliwej kartce wątku dalszej mowy. Ostatecznie zbił go z tropu jakiś niecierpliwy dziennikarz z Bordeaux, który dość głośno zauważył:
— Powiedział już 311 razy „północna syrena“, — sam liczyłem! Daruję mu jeszcze 312-ty, a gdy powie po raz 313-ty, walę w niego ananasem i — basta!
Pan Aboya-Dubarry natychmiast zakończył mowę okrzykiem:
— Niech żyje czarująca madame Tornwalsen, pogromczyni znakomitego monsieur Baldwina!
Inni z kolei próbowali też szczęścia w roli krasomówców i wiwatowali na cześć Elzy. Wreszcie dyrektor kasyna wygłosił toast na cześć kapitana, szczęśliwego zwycięzcy w zakładzie z Johnem Cornyle.
— Musi pan teraz odpowiedzieć! — szepnęła Elza do Pitta Hardfula. — Niech pan mówi w mojem i swojem imieniu.
Oczy kapitana błysnęły radośnie. Podniósł się i ogarnął spojrzeniem całą salę. Wesoły, trochę sarkastyczny uśmiech błąkał mu się po twarzy.
— Zupełnie niespodziewanie padło tu moje nazwisko, zmuszając mnie do odpowiedzi — zaczął przemówienie Pitt. — Spotkał mnie przytem prawdziwy zaszczyt, gdyż upoważniony jestem podziękować i dać pewne wyjaśnienia nie tylko w mojem imieniu, lecz i — fru Elzy Tornwalsen. Myślę, że podzieli ona moje zdanie, iż nasze zwycięstwo nie było przypadkowem, lecz opartem na ścisłem obliczeniu. Fru Tornwalsen uprzytomnia sobie całą pełnię swoich sił i wszystkie możliwości. W jej życiu były wypadki, gdy od dobrego pływania zależał nietylko jej los, ale i życie innych ludzi. To wyrobiło w niej upór i zaciętość w osiągnięciu celu. Jestem przekonany, że gdyby mr. Baldwin wyprzedził był fru Tornwalsen w wyścigu, ona popłynęłaby za nim i pływałaby tak długo, aż dopóki przeciwnik nie znużyłby się do reszty! Fru Tornwalsen popłynęłaby na północ do Bordeaux, a na południe — do Hiszpanji, bo postanowiła zwyciężyć. Ja to wiedziałem, bo znam fru Tornwalsen i miałem przyjaciół wśród potomków żeglarzy i wojowników zuchwałych wikingów, roznoszących ziarna wytrwania po całej ziemi. Znam Norwegję, wiem, iż nie pragnie ona zdobyczy, zaboru, lecz z całym spokojem, gdy wytknie sobie cel daleki, — dopłynie! Uważam, że grałem bez ryzyka. To nakłada pewne obowiązki! Ofiaruję swoją wygraną na określony cel. Mógłbym oddać te pieniądze magistratowi na rozbudowę Saint-Jean-de-Luz, albo czcigodnemu zarządowi kasyna, lecz panowie, wysokie podatki luksusowe, pobierane przez panów, oraz zyski od hazardu, kwitnącego w La Pergola, wystarczą wam na różne nowe inwestycje, o których piszą dzienniki. Natomiast nic nie słyszałem o założeniu domu dla biednych kuracjuszów. Na ten cel składam na ręce pana burmistrza czek, podpisany przez mr. Johna Cornyle, i chcę wierzyć, że możliwość, którą damy biedniejszym, aby spędzili lato w tak drogiej miejscowości, osłabi ich zawiść i wrogość do bogaczy!
Słowa te zostały przyjęte rzęsistemi oklaskami.
Lord Seebold Warwick niespokojnie spoglądał na rozpromienioną twarz Elzy, która mocno potrząsnęła rękę kapitana i szepnęła gorąco:
— Biały Kapitan...
— Jeżeli ten czek wystarcza, aby być nim, to nie warto tak mówić... — odparł smutnym głosem.
— Wielkie rzeczy składają się z małych a konsekwentnych... — rzuciła, uśmiechając się do niego. — A nie chmurzyć czoła, kapitanie!
— Czy nigdy nie mam go chmurzyć? — zapytał, pochylając się ku niej.
— Co pan ma na myśli? — odparła pytaniem, lecz Pitt nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie pan Aboya-Dubarry powstał i podał ramię Elzie, prowadząc ją do salonów, gdzie lokaje roznosili już kawę.
Chcąc nie chcąc, Pitt musiał poprowadzić majestatyczną panią prezesową, mówiąc do niej:
— Ależ pani flirtowała z tym miłym redaktorem! Nie mogłem słowa wstawić. Była pani wprost pochłonięta!
Pani Aboya-Dubarry uderzyła go wachlarzem po ręku i odparła niskim, niemal basowym głosem:
— Pan jest spostrzegawczy... Istotnie redaktor jest wyjątkowo interesujący... Taka inteligencja, dowcip kąśliwy, a elegancki zarazem. Obawiam się, że będę miała scenę zazdrości w domu...
— Ten reporterzyna sumiennie zarobił swoje dwa tysiące franków — pomyślał kapitan i rzekł głośno: — Pan prezes, z takim taktem prowadzący bankiet, był zajęty stroną ceremonjalną, więc, z pewnością, nic nie spostrzegł! A czy było co do spostrzeżenia?
— Potwór! — żachnęła się podstarzała piękność, pochlebiona podejrzliwością Pitta. — Nielitościwy potwór!...
Kapitan westchnął z ulgą, gdy pod panią prezesową z jękiem ugięła się kanapa, skłonił się i odszedł, szukając Elzy.
Stała przy otwarłem oknie i słuchała Warwicka, który mówiąc do niej, coraz niżej pochylał głowę, tak, jakgdyby robił jej jakieś wynurzenia, a oczekiwał wyrzutów i strofowań.
Lady Rozalja skinęła głową na Pitta Hardfula, który z twarzą chmurną bacznie przyglądał się tej scenie.
— Niech pan nie przeszkadza lordowi Warwick! — rzekła z lekkim uśmiechem do podchodzącego do niej kapitana. — On pisze w tej chwili historję...
— Historję? — zapytał Pitt. — Raczy mię pani objaśnić...
— Profesor układa plan historji swego życia... — uśmiechnęła się.
— Nie rozumiem! — mruknął Pitt.
— Ach, mój Boże! Lord Warwick chce zapisać jedną kartę historji swego życia i... oświadcza się Elzie — szepnęła.
Pitt Hardful zamilkł i ponuro patrzał na sędziwą Angielkę.
— Widzę to wyraźnie ze zmieszanej i niespokojnej twarzy tego poczciwca — ciągnęła dalej lady Rozalja. — Pańskie niemożliwe zachowanie podczas bankietu, gdy to rozmawialiście ze sobą, nie widząc oczu, wybałuszonych na was ze wszystkich stron, przyśpieszyło rozwiązanie tej nieco długo wlokącej się sprawy!
— Nie wiedziałem! W przeciwnym razie nie wzbudzałbym był niepokoju w szanownym profesorze... — syknął Pitt Hardful.
— Nic wiem, czyby mu to bardzo pomogło, kapitanie?! — uśmiechnęła się staruszka. — Coś-niecoś w tej sprawie waży głos samej Elzy...
Pitt nie odzywał się.
— O — o! — zawołała lady Steward-Foldew. — W tej właśnie chwili wyrzekł ostateczne słowo. Sądzę o tem z zupełnie błędnego wyrazu oczu lorda... Inni mają odmienny wyraz twarzy, bledną i stają się ponurzy...
Kapitan nie słuchał staruszki i ukradkiem spoglądał w stronę Elzy i lorda Warwicka.
Elza mówiła coś do profesora, a po chwili przyjaznym ruchem wyciągnęła do niego obie ręce.
Pitt Hardful skłonił się przed lady Rozalją i rzekł:
— Szanowna pani będzie tak uprzejma złożyć moje uszanowanie mrs. Tornwalsen... Słyszę, że jazz niebawem zacznie swoje popisy... Publiczność niecierpliwie oczekuje tańców... Nie znoszę ani jednego, ani drugiego i zamierzam rejterować.
Jeszcze raz się ukłonił, uścisnął bladą dłoń Angielki i szybkim krokiem poszedł do holu.
— Migu! — rzucił, wchodząc do hotelu. — Poszukaj samochodu, który odwiózłby nas jutro rano do Bordeaux. Wyjeżdżamy!
— Santa Maria! — wyrwało się Hiszpanowi, lecz znowu przesunął mu się przed oczami wysoki brzeg Hadsefjordu, stromy spych, a nad nim, jak jaskółcze gniazdo, czarny od starości domek Lilit; drgnął tylko i nic nie powiedział.
Nazajutrz o godzinie dziewiątej rano, gdy Pitt Hardful był już koło Bajonny, piccolo zapukał do apartamentu Elzy Tornwalsen i podał jej list.
Elza przebiegła go oczyma i z okrzykiem radości wpadła do pokoju lady Rozalji.
— Matko! — zawołała. — Pitt Hardful odjechał nagle i pisze, że nie chce przeszkadzać memu szczęściu z lordem Warwickiem!
— O, o! — przeciągnęła Angielka i nałożyła okulary. — Widziałam, że wczoraj był bardzo nieszczęśliwy... Nie wie tylko jednego, że odmówiłaś Warwickowi... W gorącej wodzie, widać, kąpany ten kapitan...
— Matko, matko... — szepnęła Elza, tuląc się do staruszki i przyciskając ręce do piersi: — Pitt Hardful mnie kocha!
Łzy szczęścia poczęły spływać po jej złocistych, opalonych policzkach, a w szafirowych oczach iskrzyły się błyski nieznane, które w zdumienie wprawiły i zaniepokoiły starą Angielkę.
— Pitt kocha mnie... — powtórzyła z głębokiem westchnieniem Elza i głowę ukryła w koronkach szlafroku lady Rozalji, aby nikt nie widział łez radości i promiennego uśmiechu szczęścia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.