Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pitt Hardful zamilkł i ponuro patrzał na sędziwą Angielkę.
— Widzę to wyraźnie ze zmieszanej i niespokojnej twarzy tego poczciwca — ciągnęła dalej lady Rozalja. — Pańskie niemożliwe zachowanie podczas bankietu, gdy to rozmawialiście ze sobą, nie widząc oczu, wybałuszonych na was ze wszystkich stron, przyśpieszyło rozwiązanie tej nieco długo wlokącej się sprawy!
— Nie wiedziałem! W przeciwnym razie nie wzbudzałbym był niepokoju w szanownym profesorze... — syknął Pitt Hardful.
— Nic wiem, czyby mu to bardzo pomogło, kapitanie?! — uśmiechnęła się staruszka. — Coś-niecoś w tej sprawie waży głos samej Elzy...
Pitt nie odzywał się.
— O — o! — zawołała lady Steward-Foldew. — W tej właśnie chwili wyrzekł ostateczne słowo. Sądzę o tem z zupełnie błędnego wyrazu oczu lorda... Inni mają odmienny wyraz twarzy, bledną i stają się ponurzy...
Kapitan nie słuchał staruszki i ukradkiem spoglądał w stronę Elzy i lorda Warwicka.
Elza mówiła coś do profesora, a po chwili przyjaznym ruchem wyciągnęła do niego obie ręce.
Pitt Hardful skłonił się przed lady Rozalją i rzekł:
— Szanowna pani będzie tak uprzejma złożyć moje uszanowanie mrs. Tornwalsen... Słyszę, że jazz niebawem zacznie swoje popisy... Publiczność niecierpliwie oczekuje tańców... Nie znoszę ani jednego, ani drugiego i zamierzam rejterować.
Jeszcze raz się ukłonił, uścisnął bladą dłoń Angielki i szybkim krokiem poszedł do holu.