Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


panowie, wysokie podatki luksusowe, pobierane przez panów, oraz zyski od hazardu, kwitnącego w La Pergola, wystarczą wam na różne nowe inwestycje, o których piszą dzienniki. Natomiast nic nie słyszałem o założeniu domu dla biednych kuracjuszów. Na ten cel składam na ręce pana burmistrza czek, podpisany przez mr. Johna Cornyle, i chcę wierzyć, że możliwość, którą damy biedniejszym, aby spędzili lato w tak drogiej miejscowości, osłabi ich zawiść i wrogość do bogaczy!
Słowa te zostały przyjęte rzęsistemi oklaskami.
Lord Seebold Warwick niespokojnie spoglądał na rozpromienioną twarz Elzy, która mocno potrząsnęła rękę kapitana i szepnęła gorąco:
— Biały Kapitan...
— Jeżeli ten czek wystarcza, aby być nim, to nie warto tak mówić... — odparł smutnym głosem.
— Wielkie rzeczy składają się z małych a konsekwentnych... — rzuciła, uśmiechając się do niego. — A nie chmurzyć czoła, kapitanie!
— Czy nigdy nie mam go chmurzyć? — zapytał, pochylając się ku niej.
— Co pan ma na myśli? — odparła pytaniem, lecz Pitt nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie pan Aboya-Dubarry powstał i podał ramię Elzie, prowadząc ją do salonów, gdzie lokaje roznosili już kawę.
Chcąc nie chcąc, Pitt musiał poprowadzić majestatyczną panią prezesową, mówiąc do niej:
— Ależ pani flirtowała z tym miłym redaktorem! Nie mogłem słowa wstawić. Była pani wprost pochłonięta!
Pani Aboya-Dubarry uderzyła go wachlarzem po ręku i odparła niskim, niemal basowym głosem: