Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Brawo! To była odpowiedź szczera! — zauważyła.
Ełza nie odzywała się, jakgdyby zatopiona w myślach.
Wreszcie spokojnie podniosła oczy na Pitta Hardfula i rzekła:
— A pan, kapitanie? Udało się panu znaleźć liczniejszą załogę, niż ta, którą pan rozporządzał na „Witeziu“? Tworzy pan nowe, jasne, sprawiedliwe życie?
Pitt westchnął głęboko i z grymasem bólu potarł lewe ramię.
— Nie! — odparł suchym głosem. — Po odejściu z „Witezia“ skończyło się owo tworzenie... Załoga kutra okazała się bardziej podatną, niż oszalałe mrowisko ludzi z lądu! Przyglądałem się im przez kilka łat, podpatrywałem i podsłuchiwałem, czem żyje ludzkość cywilizowana...
Umilkł, a Elza spytała z niepokojem i natarczywością w głosie:
— I cóż pan przedsięwziął, kapitanie?
— Dotąd nic! Dopiero zaczynam... Stawiam pierwsze kroki, chwilami obawiając się, że człowiek o dwóch zdrowych rękach nie zdąży przez całe życie wyprowadzić z równowagi tego, co stoi tak dziwacznie, bez żadnych fundamentów, a jednak nie chce runąć! Tymczasem, chociaż ten niedźwiadek tajmyrski zgruchotał mi lewe ramię, — nie ustanę i nie cofnę się przed niczem!
Elza nagle przycisnęła ręce do piersi, jak wtedy na pokładzie holownika, gdy ujrzała idącego ku niej Pitta, i radosnym, przenikliwym głosem wykrzyknęła:
— Biały Kapitanie!...