Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzie. Pan Aboye-Dubarry pogrążył się w studjowanie swej mowy, zaś na panią prezesową napuściłem tego czarnego reporterzynę, który, jestem pewny, wczepi się w nią, jak krab w wyrzuconą na brzeg rybę.
— To widzę z kapitana wyrobił się spiskowiec?! — zaśmiała się wesoło Elza.
— Czy mogę mówić? — spytał kapitan.
— Proszę, bardzo się cieszę, że mamy tak wyjątkową sposobność! — odparła spokojnie.
— Najpierw chcę wyjaśnić, dlaczego mam zamiar mówić o sobie, swoich myślach i różnych rzeczach, mających wpływ na życie moje i postanowienia decydujące. Pani pierwsza nazwała mnie „Białym Kapitanem“, czyli miała mnie pani za człowieka, prowadzącego innych do celów jasnych, czystych i, jak się to mówi, szlachetnych. Głupie, bezsilne słowo, tymczasem nie mające żadnego znaczenia! Otóż, chociaż nie oglądam się za opinją ludzką, jednak bolałaby mnie myśl, gdyby pani, właśnie pani zmieniła swoje zdanie o mnie. Zapewniam panią, że fru Tornwalsen jest jedyną istotą na świecie, na której opinji zależy mi!
Wypowiedział te ostatnie słowa ze stłumionym wybuchem.
Elza podniosła na niego promienne oczy i spytała:
— Dlaczego?
Wzruszył ramionami i odparł cichym niepewnym głosem:
— Nie wiem... Chyba dlatego, że nie potrafiłbym znieść, żeby smętna rybaczka, Elza Tornwalsen, z westchnieniem rozgoryczenia przyznała się fru Tornwalsen — do pomyłki co do „Białego Kapitana“.
Zamierzał uśmiechnąć się przy tych słowach, lecz na-