Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gle rumieniec zalał mu twarz i zaczął opowiadać o tem, co dręczyło go i pochłaniało. Mówił, że społeczeństwo europejskie jest gorsze, bardziej zatwardziałe w swych błędach, ciemnocie i zbrodniach, niż załoga „Witezia“ w chwili, gdy ładowała karabiny i kulomioty dla powstańców portugalskich i gdy się tłukła z Sudańczykami w tawernie opasłego Araba w porcie Casablanki,
— Na pokładzie kutra — szeptał Pitt — znałem każdego człowieka i wiedziałem, co o nim myśleć! W Europie zupełnie inaczej! Tu się wszystko pomieszało, utworzyło stop, sformowany w tym samym ogniu, twardy, nierozerwalny, chociaż we wnętrzu jego burzy się i wre! Zdawałoby się, że najprostszym podziałem społeczeństwa byłoby ustalenie dwóch klas: bogaczy, dążących do gromadzenia skarbów i uciemiężenia pracowników, i biedaków, marzących o wolności. Gdyby tak było, — dałbym sobie radę. Niestety! Rzecz ta jest bardziej skomplikowana i nie łatwa do rozwiązania. Bogacze narzekają na jarzmo pracy, bo ich smagają biczem maszyny, żądające ciągłego ruchu, i miljony pracowników, żądających pracy. Biedacy zaś wcale nie marzą o wolności! Dążą do dobrobytu, wymagają od maszyn nieustannego rozpędu, rozszerzenia fabryk, zwiększenia produkcji.
— Tak... tak... — szeptała Elza.
— Poza tem biedacy marzą o ujęciu maszyn w swoje ręce, o wytępianiu bogaczy i o rozpętaniu wszystkich sił produkcji. Nie widzą te krety ciemne, że niema już konsumentów, że maszyny wyrzucają towarów więcej, niż ich potrzebuje ludzkość cywilizowana. Nie wiedzą, że, wymordowawszy genjuszów organizacji i wynalazczości, wpadną same w straszliwą i nieuniknioną nędzę.