Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wić, gdyż inaczej będzie uważała mnie za grubjanina, ostatniego łyka okrętowego!
Mruknął do okazałej prezesowej parę zdawkowych słów i nagle spostrzegł, że z drugiej strony siedzi przy niej, drobny, lecz bardzo zjadliwy reporter sportowy, z którym się poznał poprzedniego dnia.
Mrugnął więc na niego porozumiewawczo i obaj, przeprosiwszy damy, odeszli od stołu.
— Redaktorze! — rzekł Pitt. — Wiem przecież, że lubicie sensację. Dam wam coś, czego żadne pismo nie miało. Po bankiecie przyjdzie pan do mnie, znajdzie się tam trochę alkoholu dla pana i kilka szczegółów z mego życia — dla prasy. Uprzedzam jednak, że żądam za to zapłaty! Chcę, aby pan tak gorliwie bawił swoją sąsiadkę, żeby nie miała czasu za zadanie mi ani jednego pytania! Ale... ale! Zapomniałem! Gdy pan wydrukuje nowy wywiad ze mną, proszę przesłać mi sto odbitek, za które dziś wypłacę panu dwa tysiące franków, bo to związane jest z wydatkami, nieprawdaż?
— Istotnie! — zawołał ucieszony reporter. — Będzie to kosztowało właśnie — (tu zaczął robić miny, jakgdyby wykonywał trudne obliczenie...) — około dwu tysięcy... Pan kapitan zna się na naszej technice drukarskiej?
— Znam się doskonale! — odparł ze śmiechem Pitt. — Miałem okazję sporządzać bardzo poważny kosztorys dla dwóch niezwykle poczytnych pism: „Prawda z lewego brzegu“ i „Hałas ulicy“, czy coś w tym rodzaju.
Powróciwszy na miejsce, Pitt wyczekał, aż Elza skończy rozmowę przez stół z lady Rozalją i profesorem Warwickiem, a potem szepnął do niej:
— Urządziłem tak, że nikt nam przeszkadzać nie bę-