Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


myśli, i już zupełnie spokojnie objaśniała: — gorzej, bo nie zaszło w mojem życiu nic, coby mogło więcej od przeszłości zastanowić i zaciekawić pana, kapitanie! Doprawdy, dość długo borykałam się z myślami, które wydawały mi się bardzo ciężkiemi i ważnemi, lecz były, jak to później uświadomiłam sobie, zwykłemi dla niewykształconej, samotnej kobiety.
Zaśmiała się cicho i dodała:
— Przeczytałam przez ten czas kilka romansów o bardzo podobnych do mnie bohaterkach, — zwykłych i śmiesznych naogół!
Kapitan wpatrywał się coraz bardziej w siedzącą przed nim Elzę. Czuł się podrażnionym i wyraźnie dotkniętym. Coś mu mówiło, że w sercu tej kobiety pozostał żal do niego, że słowa jej, obojętne i nie zdradzające żadnego uczucia, musiały być maską, którą umiejętnie posługiwała się nowa Elza! Znał ją jednak i wiedział, że nie mogła utracić najgłówniejszych cech swego charakteru: uczciwości, szczerości, odwagi i gorącego pragnienia wartościowej treści życia. Czyżby to wszystko, jak niepotrzebny balast, odrzuciła na swojej wyspie wraz z gumowym płaszczem rybaczki i czarną, zakopconą dymem chatką Eddy-Prababki? Nie, tego być nie mogło!
Nachmurzył czoło i niechętnym głosem zapytał:
— Czy pani, fru Tornwalsen, tak samo nieszczerze rozmawia z lordem Warwickiem?
Spojrzenie Elzy skrzyżowało się z ponurym wzrokiem kapitana. Trwało to nieuchwytnie krótką chwilę, ale i tego wystarczyło, aby lady Rozalja spostrzegła płomień triumfującej radości, wybuchający i nagle gasnący w źrenicach pupilki.